Motyl. Ścibor – Rylski| Recenzja

S. Pawlina, Motyl. Ścibor – Rylski. 101 lat Polski, czyli opowieść o Generale

Gdybym chciał znaleźć postać, która bezsprzecznie kojarzy mi się z powstaniem warszawskim, patriotyzmem i kultywowaniem pamięci o przeszłości, to na pewno na jednym z czołowych miejsc znalazłby się Pan generał Zbigniew Ścibor-Rylski. Człowiek ogromnej wiedzy, kultury, a przede wszystkim szacunku do każdego człowieka. Zapewne dla wielu-podobnie jak dla mnie- był kimś więcej niż tylko żołnierzem – był żywą skarbnicą historii. Gdybyśmy go jednak postrzegali jedynie przez ten pryzmat, dokonaliśmy ogromnego i niesłusznego uproszczenia. Był przecież także mężem, ojcem, bratem dziadkiem, pasjonatem. Pan generał naprawdę był człowiekiem dziś już niespotykanym.

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że choć główny bohater urodził się w dobrym miejscu, bo w kochającej się rodzinie, której w zasadzie niczego nie brakowało, to już niekoniecznie można to odnieść do czasu, w którym przyszło mu dorastać. Urodził się bowiem,
w chwili trudnej dla całej Europy i świata. Od trzech lat bowiem toczyła się pierwsza wojna światowa, a w Rosji dochodziła do głosu najpierw anarchia i bezwład, a zaraz za nią rewolucja czerwonego sztandaru. Z kolei, kiedy miał ledwie trzy lata, bolszewicy stanęli u bram Warszawy. Mimo to, generał przez całe życie powtarzał, że na brak szczęścia nigdy nie mógł narzekać i że tak naprawdę miał go nawet za dużo.  Trudno się z tym nie zgodzić, jeśli weźmiemy pod uwagę jego późniejsze losy. A może tak miało być? Może generał był jeszcze do czegoś potrzebny?

Zbigniew Ścibor-Rylski poprzez metrykę należał do pokolenia, którego młodość przypadła na czas traumatycznych wydarzeń z lat 1939-1945. W zasadzie można by go nawet zaliczyć do pokolenia Kolumbów i nie będzie to przesadą. Młody oficer lotnictwa, zamiast cieszyć się urokami młodości spędził ją na froncie. Kampania wrześniowa zastała go w stolicy i zaprowadziła aż do Kocka, gdzie był podkomendnym samego generała Franciszka Kleeberga. Chciał przedostać się do Rumunii, aby walczyć dalej, jednak trafił na roboty przymusowe, z których udało mu się uciec. Ten wątek jest dla mnie szczególnie ciekawy, z uwagi na fakt, że generał w tym czasie ukrywał się w Złotym Potoku, a miejscowość ta leży nieopodal mojego miejsca zamieszkania. Krótko po przybyciu do Warszawy znalazł pracę i zaangażował się w konspirację. Wszystko, co tam robił zawsze czynił
z wielkim zaangażowaniem i poczuciem misji, którą należy spełnić, aby Polska znów była wolna. Przełożeni szybko przekonali się o jego zaletach i dużej wiedzy i polegając na jego profesjonalizmie powierzali mu naprawdę odpowiedzialne zadania. Ciekawostką jest, że przez większość okupacji generał wraz z rodziną mieszkał nieopodal siedziby gestapo w Alei Szucha.
W zasadzie zaskakujące jest, że Niemcy nigdy nie wpadli na jego trop, a on uniknął aresztowania. Może to znowu kwestia szczęścia?

W ówczesnym życiorysie „Motyla”, jak w soczewce skupiają się najważniejsze punkty historii Polski w tamtym czasie. Był świadkiem krwawego panowania „kata Warszawy”, ulicznych łapanek
i egzekucji, obserwował powstanie w stołecznym getcie, na własne oczy widział zbrodnie ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu, a w końcu był jednym z najdzielniejszych żołnierzy sierpnia 1944 roku. O swoich dokonaniach w tamtym czasie, generał mówił bardzo prosto i zwyczajnie
– właśnie przez wrodzoną skromność oraz żołnierskiego ducha. Wolał skupiać się na wspomnieniach o towarzyszach broni. W trakcie samego zrywu ówczesny porucznik, a potem kapitan i major dokonał wielu bohaterskich czynów, zostając przy tym trzykrotnie ranny.

Bardzo interesujący jest stosunek Ścibora do samej decyzji o wybuchu powstania w Warszawie. Mianowicie, jak pisze Autor, od początku miał on świadomość słabości sił powstańczych i po kilku dniach spodziewał się tego, co w końcu się stało ale stwierdził, że rozkaz to rozkaz i trzeba było go wykonać bez względu na konsekwencje. Przyznam szczerze, że to jedno zdanie bardzo mi zaimponowało. Właśnie przez brak koloryzowania sytuacji wyjściowej.

Po wojnie życie Zbigniewa także nie było spokojne. Długo nie mógł znaleźć swojego miejsca na ziemi oraz osobistego spełnienia. Gdy już to się udało, wszystkie swoje działania ukierunkował na kultywowanie pamięci o wojnie i powstaniu. Był przy tym bezprecedensowy i nieszablonowy.
To on pierwszy przeprosił ludność cywilną Warszawy za ogrom zniszczeń i niepewny los.
Gdy jednak chodziło o kultywowania przeszłości potrafił być koncyliacyjny i szukać porozumienia.

Sam mam w pamięci jego uśmiech, twarz zdradzającą ogromne zmęczenie, ale ciągle radosną
i pełną wigoru. Prawie nigdy nie mówił z kartki, zawsze spontanicznie, ale celnie i z przesłaniem. Zawsze znalazł czas choć na chwilę rozmowy, nigdy o nikim nie mówił publicznie źle. Może właśnie przez to zyskał tak dużą sympatię.

Jednak i tu pojawia się zgrzyt. Bowiem w ostatnich latach życia oskarżano go o świadomą współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa PRL. Generał w zasadzie nie bronił się, a stwierdził jedynie, że jeśli tak było, to z rozkazu i tylko dla dobra sprawy, a więc pamięci o jego współtowarzyszach broni. Ciosy i oskarżenia pojawiały się szybko i niemal tak samo szybko znikały. Nikt, nigdy nie przeprowadził rzetelnej kwerendy źródeł. Jak się okazuje, wystarczy tylko słowo, aby pozbawić człowieka autorytetu. Dość powiedzieć, że na jego pogrzebie nie było nikogo z naczelnych władz państwa polskiego, któremu całe życie wiernie służył. To bardzo niebezpieczne zjawisko.

Ktoś mógłby powiedzieć, że niepotrzebnie streściłem tu życiorys „Motyla”, zamiast recenzować książkę o nim. Zrobiłem to jednak celowo. Chciałem przez to pokazać z jak ważną i znaną postacią zmierzył się Autor – Pan Sebastian Pawlina. Łatwiej bowiem pisać o kimś, kto nie  żyje jakiś dłuższy okres czasu, a pamięć o nim zdążyła okrzepnąć. Tu jednak jest odwrotnie – generał bowiem zmarł ledwie trzy lata temu. Jak wspomina Autor, same wspomnienia bohatera, zawierają wiele szczegółów, a przy tym niejasności, a często także pomijają wiele faktów i zdarzeń, do których być może „Motyl” celowo nie chciał wracać. Tak więc w niektóre miejsca w jego biografii należało albo zostawić puste, albo wypełnić przypuszczeniami. Mimo tego wszystkiego uważam niniejszą pozycję za bardzo dobrą. Pisana jest sine era et studio. Nie przechyla szali, w żadną ze stron. Wyczuwalnych emocji Autora dostarcza jedynie wątek procesu lustracyjnego generała,
ale przyznam się, że mnie też bardzo poruszył.

Z książki bowiem wyłania się postać To tak jakby okupacja i powstanie były tylko  epizodami  jego ponad stuletniego życia. Kto wie, może to był jego sposób na radzenie sobie z przeszłością, albo godzenia się z rzeczywistością? Spośród pożogi wojny i lat komunizmu wyłania się czytelnikowi mężczyzna przystojny, wysportowany, wesoły i pełen energii, kochający konie, samochody
i podróże, Ojciec i dziadek, który zawsze miał czas dla swojej rodziny, kombatant, ceniący sobie spotkania z młodzieżą i uczącego kolejne pokolenia nowoczesnego patriotyzmu. Nie zawaham się powiedzieć, że pan generał był chyba jednym z najbardziej rozpoznawalnych powstańców warszawskich.

O pozycji Pana Sebastiana Pawliny właściwie nie można powiedzieć nic złego. Narracja jest sprawna, szybka i interesująca. Rozdziały są, podzielone w cztery bloki tematyczne.  Zasadniczy tok rozważań uzupełniają zdjęcia, cytaty z książek i wierszy, wyrywki z pamiętników m.in. jego matki, Marii. Bardzo dobrze, że książka ukazała się na krótko przed 77. rocznicą zrywu stolicy. Trochę szkoda, że na okładce zamiast kolażu zdjęć, nie ma po prostu uśmiechniętego pana generała w mundurze.

Zapewniam Państwa, że mimo lekkości lektury, co jest jej kolejnym atutem, można lepiej poznać lepiej jednego z tych ludzi, którym przyszło podejmować najcięższe decyzje.  Odpowiadając na postawione przeze mnie pytanie, dlaczego generał miał w życiu tyle szczęścia, powiem, że moim zdaniem po to, aby pamięć o wojnie i powstaniu bardzo długo miała jego twarz i głos.  Fakt,
że żyjemy w wolnej i niepodległej ojczyźnie, zawdzięczamy krwi takich ludzi jak generał Zbigniew Ścibor-Rylski. Miłość do Polski i jej dobro były dla niego zawsze najwyższym nakazem. Pamiętajmy o tym, kiedy znowu poniosą nas emocje i podziały.

Wydawnictwo: Znak Horyzont i Muzeum Powstania Warszawskiego

Ocena recenzenta: 5/6

Dominik Majczak

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*