Świat służb specjalnych, szpiegów i ich oficerów prowadzących od starożytności był wyjątkowo fascynujący i nadal jest, czego przykładem jest popularność filmów o Jamesie Bondzie. Dzięki „Regułom zdrady” dostajemy kolejną dawkę zdrowej adrenaliny w tym temacie.
Jakubowi Ritterowi i Piotrowi Sieńko udała się rzecz niezwykła. Zdołali stworzyć genialną powieść akcji, której tematem jest działalność konkurujących ze sobą wywiadów, osadzoną w realiach naszego kraju ostatnich 16 lat. Powieść ta zasługuje na ekranizację przez Hollywood i ma szansę stać się międzynarodowym przebojem.
Konrad Ruzik: Czy chciałby Pan pracować w służbach specjalnych?
Jakub Ritter: Na szczęście nie muszę szukać adrenaliny. W pracy redakcyjnej jest tego wystarczająco dużo. Poza tym w moim wieku nie zmienia się zawodu. Tym bardziej, że teraz do normalnej pracy, którą wykonuje od lat, doszło jeszcze pisanie powieści. Zajęcie, które jest pasjonujące, ale pracochłonne. Wybór dla naszych opowieści kostiumu służb specjalnych jest zabiegiem w gruncie rzeczy formalnym. To efekt wcześniejszych, młodzieńczych lektur i konstatacji, że w tej formule można się płynnie poruszać między tematami, które mnie i Piotra od dawna pasjonują – geopolityką, historią.
Takie też są „Reguły Zdrady”. Oczywiście wszystko okraszone akcją, zagadką, suspensem, które mają zapewnić czytelnikowi maksymalną rozrywkę. Praca nad taką powieścią wymaga jednak dużego skupienia. Dla autorów książek, którzy pracowali w służbach pewne sprawy są naturalne i nie wymagają badań. Dla nas odpowiedź na pytanie jak powinna zachowywać się bohaterka w Moskwie, gdy sprawdza czy nie jest obserwowana przez kontrwywiad była wyzwaniem.
Trzeba było na przykład prześledzić wspomnienia byłych oficerów wywiadu i wyciągnąć informacje jak wyglądają takie trasy. Jeśli się pewnych informacji nie udało odnaleźć sięgaliśmy do konsultantów, którzy są wymienieni w podziękowaniach. Ja nie narzekam, bo oprócz wymyślenia historii to chyba najprzyjemniejszy moment pracy nad opowieścią. Każdy fragment wymaga bowiem uważnego reaserchu, sprawdzenia, weryfikacji danych.
Można się więc przy okazji pisania wiele nauczyć i dowiedzieć. Ale pytanie o chęć pracy w służbach jest fajne. Ciekaw jestem czy pisarze science-fiction, którzy opisują odległe galaktyki chcieliby zostać astronautami a historycy postaciami, które opisują? Mnie, wystarcza wygodny fotel i wyobraźnia.
Jak należy rozumieć tytuł pańskiej książki „Reguły zdrady”? Inaczej mówiąc jak chciałby Pan by był on rozumiany?
To chwytliwy tytuł. Ma zainteresować, przykuć uwagę. Taka jest jego rola. „Reguły zdrady” łączą bowiem w sobie kryminalną zagadkę, polityczny suspens, w którym poruszamy się od Moskwy, Teheranu, Warszawy po Waszyngton i odniesienia do historii, która jak pan doskonale wie nigdy się nie kończy za to zawsze bezpośrednio wpływa na współczesność.
Świat działa według niezmiennych reguł a zmieniają się jedynie dekoracje. Zdrada jest jednym z tych odwiecznych pewników. Drobna zmiana w czyimś losie przed laty okazuje się, że potrafi wpływać na wydarzenia po dziesiątkach lat. Nawet ukryta, skrywana zdrada pozostawia wokół ślady. Ma ona szczególne znaczenie w życiu narodów. Dlatego na początki książki cytuje sentencję przypisywaną Cezarowi „Zdradę lubię. Zdrajców nienawidzę”.
Opinia publiczna kojarzy służby specjalne głównie z historią XX wieku. Nie zdajemy sobie sprawy, że istnieją one już od starożytności. Chociażby z dzieła starożytnego historyka żydowskiego, Józefa Flawiusza, żyjącego w latach 37- 100 po Chrystusie dowiadujemy się, że król Herod Wielki, znany dobrze z Biblii, posiadał swoją tajną policję, dzięki której inwigilował społeczeństwo żydowskie i za pomocą której likwidował potencjalnych buntowników….
My zaś mieliśmy Abrahama ben Jakoba. Izraelitę z Tortosy w kalifacie Kordobańskim, który jako podróżnik raportował z państwa Mieszka, władcy północy, że jest to kraina obfitująca w żywność, mięso, miód i rolę orną, a gdyby nie niezgoda (wśród tych ludów) wywołana mnogością rozwidleń ich gałęzi i podziałów na szczepy, żaden lud nie zdołałby im sprostać w sile.
Cóż, przyzna pan, że dla ówczesnych władców takie uwagi spisane ręką podróżnika pewnie brzmiały jak dla współczesnych szefów rządów raporty wywiadowcze. Oficer wywiadu raportuje przecież o dużym potencjale gospodarczym, podziałach w społeczeństwie i elitach… Jakieś wnioski z takiego raportu można wyciągnąć i oprzeć przyszłe działania wobec takiego kraju.
Polityka od zawsze posiłkowała się więc takimi informacjami. Im dokładniejsze, im bardziej zakulisowe tym lepiej. Jan Surwiłło, który był zaufanym wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego informował o tajemnicach Malborka przeciwników w tym Jagiełłę i Witolda. Zawsze jednak to byli wysłannicy lub zaufani władców. Droga do powstania instytucji, które zajmowałyby się zbieraniem informacji była jednak daleka.
We współczesnej swojej postaci służby specjalne powstały w okresie rewolucji francuskiej i wojen napoleońskich, czyli na przełomie XVIII i XIX wieku. Ich ostatecznym twórcą był Joseph Fouche, pełniący w okresie napoleońskim funkcję ministra policji. Fouche był tak zręczny w tym dziele, że w 1815 roku zdołał objąć swoją całkowitą kontrolą wybory do francuskiego parlamentu, wskutek czego zostali wybrani do niego jego ludzie. Po klęsce Napoleona w bitwie pod Waterloo 18 czerwca 1815 roku, kontrolowany przez Fouchego parlament wymógł na Napoleonie abdykację z tronu francuskiego. To wszystko dowodzi jak potężne potrafią być służby specjalne…
Służby specjalne są jak młotek. Od tego, kto trzyma ten młotek w ręku zależy, jak zostanie użyty. Można nim wbić gwóźdź, ale też boleśnie przywalić się w rękę. Jako człowiek z zewnątrz nie mam żadnych recept jak uniknąć tej drugiej sytuacji. Widzę w tym zbożnym dziele dużą rolę dla polityków. Cóż z tego, jeśli zazwyczaj traktują służby jako młot na przeciwników politycznych.
Ten smutny obyczaj nie odnosi się wyłącznie do naszego kraju. Jeśli poczyta pan wspomnienia oficerów CIA, pozna przykłady naginania rzeczywistości na potrzeby polityków, raporty robione wyłącznie po to. żeby uzasadnić potrzebę inwazji na Irak w 2003 roku i wtedy dojdzie pan do wniosku, że była to jedna z największych porażek wywiadowczych. Na tyle długofalowa, że z jej skutkami zderzamy się w tym regionie do dzisiaj. Główne uzasadnienie ataku, posiadanie przez Saddama Husajna broni masowego rażenia okazało się nieprawdziwe.
Kluczowe zeznania dotyczące irackich mobilnych laboratoriów biologicznych pochodzące od irackiego uciekiniera o kryptonimie “Curveball” zostały wyssane z palca. Podobnie było z raportami dla Putina w sprawie Ukrainy. Samonapędzający się mechanizm wzajemnego oszustwa. Putin chciał zająć Kijów więc służby wywiadowcze dostarczały informacje, które miały zadowolić cara. Efekt – miliony zabitych i katastrofa geopolityczne dla byłego mocarstwa.
Służby specjalne potrafią nie tylko kontrolować wybory do parlamentów, ale nawet wywoływać rewolucję. W tej chwili oczy całego świata skupione są na Iranie, przytoczę zatem przykład Iranu. Na początku lat 50 XX wieku, ówczesny premier Iranu, Mohammad Mossadegh dokonał nacjonalizacji irańskich zasobów ropy naftowej, należących do Brytyjczyków i odsunął od władzy szacha. W reakcji na to, amerykańska CIA dokonała w 1953 roku zamachu stanu w Iranie, który pozbawił władzy Mossadegha i przywrócił całą władzę szachowi…
Mówi pan o Iranie a to ważny wątek w „Regułach Zdrady”. Nie byłem jakoś specjalnie zaskoczony, że stał się tak gorący. Interesy ekonomiczne są prawdziwym paliwem napędzającym polityków Do dnia, w którym jakiś zapoznany wynalazca nie wymyśli sposobu na konkurencyjny wobec benzyny łatwy i tani zamiennik to właśnie w tamtym regionie skupione będą interesy ekonomiczne świata. Wtedy chodziło o ropę, teraz o nią chodzi…
W Regułach Zdrady położyliśmy jednak nacisk na wykorzystywanie ideologii do wewnętrznych walk politycznych i jak przekłada się to na wydarzenia w miejscach oddalonych o tysiące kilometrów. Świat już w XX wieku stał się małą wioską a po wynalezieniu Internetu wywoływanie rewolucji stało się dziecinnie proste. Agencja Badań Internetowych z Petersburga, czyli słynna fabryka trolli Putina ma budżet miesięczny ponad miliona euro i zatrudnia około setki ludzi, których jedynym zadaniem jest zatruwać umysły i podburzać obywateli zachodu.
Zaczęli od tego, że obserwowali kamerkę internetową w Nowym Jorku w której było widać stoisko z hot dogami. Zaczęli się zastanawiać, co się stanie, jeśli na jakimś forum wrzucą informację, że o konkretnej godzinie i konkretnego dnia pierwszych kilku klientów dostanie darmowe hot dogi. Wrzucili ten wpis i czekali. Okazało się, że dokładnie wtedy, kiedy miało to nastąpić, zjawiła się gromada ludzi domagająca się darmowej bułki. To było jak odkrycie druku.
Można ludźmi manipulować na odległość! Skończyło się manipulowaniem wyborcami i napuszczaniem jednych na drugich. Niestety zachodnie demokracje są wciąż bezradne wobec tych działań. My również. A powinno się oddać równie mocno, jak się dostało. Przypomnę, że to Biuro Informacji i Propagandy Związku Walki Zbrojnej AK wymyśliło Akcję N, która była bolesnym ciosem w nazistowskich mistrzów propagandy.
Chciałbym jeszcze wspomnieć o Rosji. Jurij Felsztinski — który razem z nieżyjącym od 2006 roku Aleksandrem Litwinienką wydał książkę „Wysadzić Rosję” — stawiał w niej tezę, że rosyjska FSB celowo wysadziła w powietrze kilka bloków mieszkalnych we własnym kraju w 1999 roku. Miał to być pretekst do wywołania II wojny czeczeńskiej poprzez zrzucenie winy na tamtejszych bojowników. Felsztinski twierdzi także, że rosyjskie służby specjalne, które w okresie ZSRR znajdowały się pod kontrolą partii, po 1991 roku najpierw uniezależniły się od nowej władzy, a następnie same ją przejęły. Ich emanacją jest Władimir Putin. To dowodzi, że służby muszą być pod stałą i uważną kontrolą władzy cywilnej, inaczej mogą zawładnąć państwem.
Dlatego systemy demokratyczne wprowadziły różne formy kontroli nad służbami specjalnymi. Dużą rolę do spełnienia mają tu media i opinia publiczna. W 2021 roku szesnaście redakcji z całego świata założyło międzynarodowe konsorcjum dziennikarskie, dzięki któremu ruszył „Projekt Pegasus”. Pracy tego zespołu zawdzięczamy informację, że na całym świecie trzech prezydentów, dziesięciu premierów, 189 dziennikarzy oraz ponad 600 polityków miało w swoich telefonach oprogramowanie szpiegujące.
Co gorsza, w wielu państwach wykorzystywano to oprogramowanie przeciwko działaczom społecznym. Z punktu widzenia służb ujawnienie informacji o systemie, który można było zainstalować w telefonie, stanowiło zdradę i zagrożenie bezpieczeństwa. Jednak z punktu widzenia obywateli, dzięki dziennikarzom udało się uniknąć czegoś znacznie gorszego. Reporterzy zaalarmowali społeczeństwo i ostrzegli przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Jako dziennikarz uważam, że nasze prawa są znacznie ważniejsze niż rządowe tajemnice.
Skupmy się teraz całkowicie na pańskiej książce. We wstępie pisze Pan wraz ze współautorem, Piotrem Sieńką, że wszystkie przedstawione w niej wydarzenia mają charakter fikcyjny. Niemniej jednak akcja osadzona jest w realiach ostatnich 16 lat. Wspomniana jest chociażby katastrofa smoleńska z 10 kwietnia 2010 roku. Jaki jest cel tego zabiegu?
Od tego zaczyna się nasza książka. Smoleńsk i tragedia narodowa, do której tam doszło, są punktem wyjścia do opisania fikcyjnych przygód naszych bohaterów. Bardzo chcieliśmy, żeby czytelnik „Reguł zdrady” wiedział, w jakich ramach czasowych się poruszamy i przypomniał sobie nastrój tamtych lat. Taką samą rolę odegrała późniejsza scena w bunkrze dowodzenia prezydenta Rosji. Chcieliśmy, żeby czytelnik poczuł ten „przedwojenny nastrój”.
Umiejscowienie akcji w konkretnych okolicznościach historycznych nie miało na celu wyrywania Smoleńska z politycznego klinczu. To nie nasze zadanie ani misja. Książka, a już szczególnie sensacyjna, sobie z tym nie poradzi. Proszę pamiętać, że „Reguły zdrady” to wyłącznie fikcja, w którą zaledwie wpleciono faktyczne wydarzenia. A na marginesie… Zwrócił pan uwagę, jak wszyscy daliśmy się zaczarować politykom?
Mijają lata, a temat tragedii, która była wielkim przeżyciem narodowym, praktycznie nie występuje w kulturze popularnej. Zadziwiające. Prawdziwa historia, w tym tragiczne zdarzenia w Smoleńsku czy globalne napięcia z udziałem Rosji i Iranu, była dla nas jedynie punktem wyjścia. Wykorzystaliśmy te motywy tylko tam, gdzie wymagała tego opowieść. Staramy się jednak, by ta literacka gra była jak najbardziej wiarygodna – stąd dbałość o topograficzne szczegóły i ścisła współpraca z fachowcami, którzy pomogli nam zachować realizm.
Pańscy bohaterowie są postaciami niezwykle wyrazistymi. Czy może Pan zdradzić, których z nich najbardziej Pan lubi, a których darzy niechęcią?
Chyba nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że najciekawiej pisze się bohaterów niejednoznacznych i „pokręconych”. Dlatego dużą przyjemność sprawiło mi tworzenie postaci śledczego Gleba Gieorgijewicza Pożarskiego, którego wyobraziłem sobie jako współczesne wcielenie demonicznego oficera Ochrany. Poukładany, pedantyczny, pełen nawyków.
Pożarski walczy z Polakami i stanowi narastające zagrożenie, ale z każdym pojawieniem się na kartach książki odsłania też nieoczywiste tajemnice. Podobnie było z Hafsą, czeczeńską snajperką, która ma do wykonania ważne zadanie. Współpracownicy Klary Klinger działają zespołowo, ale każde z nich jest odrębnym bohaterem z własnym losem i problemami rodzinnymi.
Dla Klary przyjaźń zawsze była świętością. Teraz jednak musi zmierzyć się z brutalnym ultimatum: ocalić tych, których kocha, czy chronić bezpieczeństwo kraju? To nie jest tylko kolejna historia o szpiegowskich potyczkach. To opowieść o balansowaniu na krawędzi, gdzie jeden drobny błąd może zmienić bieg historii. Choć książka powstawała jako fikcja, rzeczywistość dopisała do niej przerażająco aktualny epilog. Takie dylematy — oczywiście nie na taką skalę — często dotyczą każdego z nas w pracy czy w życiu prywatnym. Musimy wybierać. Czy jest jakiś bohater, którego nienawidzę? Skądże. Wszyscy są moimi dziećmi, dziećmi mojej wyobraźni, więc nawet jeśli są potworami, muszę ich kochać.
Zbliżamy się do końca naszej rozmowy. Czy lubi Pan filmy o Jamesie Bondzie? Na ile przedstawione w nich realia są zgodne z rzeczywistą działalnością służb specjalnych?
Jakub Ritter: Uwielbiam. Ale nie proszę, bym oceniał ich realizm — to pytanie do fachowców. Na zdrowy rozum ma się to do rzeczywistości tak, jak księżycówka do Księżyca. W „Regułach zdrady”, choć dążyliśmy do realizmu, mamy świadomość, że nasza wizja może odbiegać od faktów. Naszym celem było stworzenie uniwersum na tyle sugestywnego, by lektura stała się autentycznym doświadczeniem. To nasza autorska interpretacja, zaprojektowana tak, by wciągnąć czytelnika w sam środek intrygi. Chcieliśmy, abyście bez reszty uwierzyli w tę historię. Czy ta literacka kreacja okazała się przekonująca? Przekonajcie się sami.
Czy planuje Pan kontynuację „Reguł zdrady”?
Na razie planujemy odpoczynek od świata szpiegów. Mamy gotowy maszynopis powieści, której akcja toczy się w Londynie podczas I wojny światowej. Potrzebne są jeszcze poprawki, ale opowieść się klaruje. Będzie tam zagadkowe morderstwo, śledztwo i polskie wątki. Najciekawszy jest punkt wyjścia: w zamkniętym, pilnie strzeżonym pokoju bez okien, z ochroną pod drzwiami, podczas samotnego dyżuru ginie młoda kobieta. Jak ktoś mógł ją zabić? Weszła żywa i już nigdy nie wyszła.
No i będzie tam sporo sterowców, które kiedyś były moją pasją. Wybrałem się nawet do Muzeum Zeppelina w Friedrichshafen nad Jeziorem Bodeńskim. Znajduje się ono w dawnym budynku dworca morskiego i posiada zrekonstruowaną część sterowca LZ 129 Hindenburg. Coś wyjątkowego, polecam wszystkim. Teraz jednak żyję „Regułami zdrady” i pilnie śledzę reakcje na książkę. Naszym czytelnikom życzę więc żeby wciągnęli się w reguły gry, w której nikt nie wygrywa, ale każdy chciałby wziąć udział. Dzięki Regułom Zdrady mają ku temu okazję.