Współcześnie coraz trudniej rozmawiać, zwłaszcza w Internecie. Czasem można natknąć się na osoby o wybitnie radykalnych poglądach oraz przekonaniach. O tym, jak rozmawiać z fanatykiem, i nie tylko o tym, rozmawiałem ze specjalistą w zakresie dialogu otwartego, youtuberem Szymonem Pękalą.
Szymon Pękala jest popularnym twórcą internetowym promującym otwarty dialog, zwłaszcza z ludźmi, z którymi się nie zgadzamy. Napisał dwie książki: „Wojna Idei. Myśl po swojemu” (2022) i „Wojna Idei 2.0. Jak przekonać przekonanych?” (2025). Tworzy kanały „Wojny idei” oraz „Szymon mówi”. Jest także jednym z prowadzących „Program Pierwszy Polskiego YouTube’a”.
Błażej Jankowski: Naszą rozmowę chciałbym zacząć od pytania: czy w ogóle jest sens rozmawiać z fanatykiem? Z osobą, która ma bardzo silnie ugruntowane poglądy i twierdzi, że wie lepiej od wszystkich innych?
Szymon Pękala: To bardzo dobre pytanie. Pierwsza instynktowna odpowiedź, jaka się nasuwa, brzmi: „nie”.
Dla jasności – kiedy mówimy „fanatyk”, nie mamy na myśli osoby po prostu głęboko przekonanej do swoich poglądów. To całkiem normalne – każdy z nas w coś wierzy, bo gdybyśmy nie byli przekonani do własnych poglądów, to byśmy ich nie wyznawali. Mówimy natomiast o kimś, kto jest odporny na argumenty, radykalny i nietolerancyjny wobec istnienia innych punktów widzenia.
W przypadku takich osób naturalną reakcją jest unikanie rozmowy – i w większości przypadków to sensowna decyzja. Nie mamy obowiązku rozmawiać z każdym. Często naprawdę nie warto.
Ale niestety, są też sytuacje, w których rozmowa może być potrzebna albo wręcz konieczna. Jedna z nich to przypadek, gdy fanatyk publicznie głosi poglądy, które uznajemy za szkodliwe. Takie, których realizacja mogłaby prowadzić do czyjejś krzywdy albo poważnych zaburzeń w funkcjonowaniu społeczeństwa.
Wówczas można powiedzieć: „przecież i tak go nie przekonam”. I to prawda – raczej nie przekonasz. Ale możesz chcieć zareagować nie po to, by zmienić jego zdanie, tylko by pokazać innym, że to, co głosi, jest błędne czy groźne.
Bo chociaż dla nas taki pogląd może być oczywiście szkodliwy, osoby zbliżone światopoglądowo do fanatyka mogą tego nie widzieć. Nie dlatego, że same są fanatykami – po prostu znajdują się bliżej jego pozycji i przez to nie dostrzegają skrajności.
W takich sytuacjach bańki informacyjne bardzo łatwo potrafią radykalizować. Kiedy fanatyczne wypowiedzi nie są kontestowane, ludzie zaczynają myśleć: „Może to jednak normalny pogląd?”, „Może coś w tym jest?”. I właśnie wtedy warto zareagować.
Rozmowę można zacząć zarówno offline – np. wśród znajomych – jak i w Internecie. Tylko trzeba mieć świadomość, że celem nie jest dyskusja jako taka. Nie chodzi o to, by wymienić myśli z fanatykiem. Celem jest zdemaskowanie jego narracji wobec innych słuchaczy.
To specyficzny rodzaj rozmowy – inny niż te, które promuję w książkach. Tam podkreślam, jak ważne są otwartość, szczerość i założenie, że możemy się czegoś nauczyć od rozmówcy. Ale w przypadku fanatyka nie mamy do czynienia z typową rozmową.
Tu chodzi o pokazanie problemu, nie o porozumienie. Dlatego standardowe techniki dialogu – np. unikanie krytyki, łagodny ton – nie zawsze się sprawdzą.
Co więcej, jeśli uda się wzburzyć fanatyka do tego stopnia, że zacznie krzyczeć czy obrażać innych, to może wręcz pomóc – bo osłabi to jego wiarygodność w oczach postronnych odbiorców.
Drugą skuteczną strategią jest dopytywanie o logiczne konsekwencje tego, co ktoś głosi. To naprawdę ciekawe, bo wbrew pozorom – wielu fanatyków, kiedy da się im mówić swobodnie, bez przerywania, wcześniej czy później sami obnażają ekstremizm swoich poglądów.
Dzieje się tak dlatego, że na co dzień obracają się oni w bardzo zamkniętych środowiskach – w tzw. bańkach. Tam wypowiadanie skrajnych tez nie tylko nie jest kontrowane, ale wręcz bywa nagradzane. W takim środowisku „normalne” przesuwa się bardzo daleko. I później, kiedy te same rzeczy zostają wypowiedziane publicznie, zderzają się z rzeczywistością – i przestają brzmieć tak niewinnie.
Czasem wystarczy tylko delikatnie podrążyć temat, zadać kilka dodatkowych pytań – i taka osoba w końcu sama powie coś, co dla niej brzmi rozsądnie, ale dla innych – nawet o podobnym światopoglądzie – będzie już zupełnie nieakceptowalne.
Dobrym przykładem była moja rozmowa z jednym z liderów polskiej Koalicji Ateistycznej. W komentarzach pod nagraniem najaktywniejsi byli… ateiści. I to tacy, którzy czuli potrzebę jednoznacznego odcięcia się od postawy swojego lidera. Ten pan bronił poglądu, że przymusowe leczenie psychiatryczne osób wierzących nie jest wcale radykalne – a wręcz przejawem empatii wobec „chorych” i „głupich ludzi”.
W jego bańce to był normalny postulat. Ale dla zwykłych, rozsądnych ludzi – także niewierzących – to był oczywisty fanatyzm. Co ciekawe, niektórzy popularni twórcy z ateistycznego środowiska na YouTubie dziękowali mi później publicznie – właśnie za zdemaskowanie takich postaw.
A przecież ja niczego nie musiałem demaskować – on sam to zrobił. Wystarczyło dać mu przestrzeń, żeby powiedział, co myśli.
To faktycznie był skrajny przypadek. Ale mam wrażenie, że wiele osób, które z pozoru brzmią jak fanatycy, potrafi złagodzić ton, gdy dochodzi do prawdziwej konfrontacji. W twarzą w twarz trudno być równie agresywnym jak w internecie. Łatwiej atakować symbolicznego „wroga” niż konkretnego człowieka.
Zgadzam się. To kolejny ważny przypadek – osoby, które powtarzają fanatyczne hasła, ale nie do końca rozumieją ich sens. Coś gdzieś zasłyszeli, uznali za trafne, ale nie przemyśleli, do czego to prowadzi. I właśnie wtedy rozmowa ma sens.
Taka osoba to jeszcze nie fanatyk, może bardziej aktywista. Kiedy zaczniemy zadawać pytania o konsekwencje tego, co mówi, od razu widać, z kim mamy do czynienia. Jeżeli widzimy, że się zastanawia, próbuje zrozumieć – to bardzo dobrze.
Moglibyśmy wtedy zareagować impulsywnie: „Nie chcę z tobą rozmawiać, bo to głupie”. Ale znacznie zdrowsze – i dla tej osoby, i dla dyskusji – może być właśnie wejście z nią w dialog.
Oczywiście to wciąż nie jest rozmowa w duchu: „Nauczę się czegoś od tej osoby, zmienię jej zdanie”. To raczej sytuacja, w której chcemy pokazać komuś lub innym, że jest problem. To nie jest dla każdego – nie każdy ma ochotę się kłócić.
Bo taka rozmowa, w najlepszym wypadku, przypomina debatę. A w najgorszym – po prostu kłótnię. To już forma performatywna, z innym celem niż klasyczny dialog.
Ale są też sytuacje o wiele bardziej przyziemne. Czasem fanatyk to nasz znajomy, ktoś z rodziny. Dawno nie poruszaliśmy z nim pewnych tematów, a nagle okazuje się, że wierzy w rzeczy, które mogą krzywdzić innych. Albo w rzeczy, które nie są groźne same w sobie – ale są skrajne, oderwane od rzeczywistości.
Wtedy nie chcemy tej osoby ośmieszyć ani publicznie skompromitować. Chcemy do niej dotrzeć. I tu zaczynają się schody. Ale nawet takie rozmowy są możliwe – i warto próbować.
Rodzi się pytanie, czy najpierw nie trzeba się bronić przed własnym fanatyzmem? Bo łatwo zobaczyć drzazgę w oku drugiego, a belki we własnym już nie.
Oczywiście. Mam cichą nadzieję, że osoby sięgające po moje materiały – czy to filmy, czy książki – robią to dlatego, że są otwarte. Że chcą posłuchać drugiej strony, zrozumieć coś, czego wcześniej nie brały pod uwagę.
Zakładam optymistycznie, że nie są fanatykami, skoro w ogóle chcą słuchać czegoś, co prezentuje odmienne stanowisko. Bo jeśli ktoś jest fanatykiem, to raczej nie będzie chciał się uczyć od innych. Dla niego samo założenie, że może się czegoś dowiedzieć od osoby, z którą się nie zgadza, jest nie do przyjęcia. „Jeśli się ze mną nie zgadzasz – to znaczy, że się mylisz”.
Dlatego mam wrażenie, że treści, które publikuję, nie trafiają do fanatyków. Trafiają do tych, którzy chcą rozmawiać.
Ale wracając do sytuacji z rodziną – gdy mamy bliską osobę, która prezentuje poglądy skrajne – musimy uświadomić sobie kilka rzeczy. Taka osoba nie została fanatykiem znikąd. To się nie dzieje przypadkiem.
Zazwyczaj w jej życiu pojawił się jakiś problem, który nikt poza fanatycznym środowiskiem nie potrafił wyjaśnić. I to środowisko podało jej bardzo proste, bardzo emocjonalne odpowiedzi: „To wina tamtych”, „To spisek”, „Wszyscy cię nienawidzą”.
A kiedy ktoś spędza dużo czasu w internecie, łatwo może dojść do wniosku, że świat naprawdę go nienawidzi – za to, kim jest. Bo internet tak działa. Wystarczy wejść na Twittera, żeby uwierzyć, że po wyjściu na ulicę zacznie się wojna domowa.
Tymczasem fanatyk odpowiada na to w drugą stronę: „Właśnie tak! Cały świat, państwo, system, Unia – wszyscy są przeciwko tobie!”. I kiedy chcemy porozmawiać z taką osobą, musimy to zrozumieć. Musimy zobaczyć, że fanatyzm wypełnia jej jakąś potrzebę – poczucia przynależności, sensu, bezpieczeństwa. Ale jednocześnie my widzimy, że to środowisko jej szkodzi – że przynosi więcej zła niż dobra.
I dlatego chcemy reagować. Bo jeśli nie szkodzi – to może ta osoba wcale nie jest fanatykiem, tylko po prostu ma przekonania, z którymi się nie zgadzamy. To jeszcze nie jest problem. Czasami słyszę: „Moja mama, kuzynka, ciotka to fanatyczka”. A potem się okazuje, że nic złego z tego nie wynika, po prostu wierzy w coś, co nam się nie podoba. To jeszcze nie jest fanatyzm.
Pytanie, czy w takiej sytuacji sami nie przesuwamy się w stronę fanatyzmu?
Właśnie. I wtedy mamy do czynienia z zupełnie inną rozmową. Bo jeżeli to osoba, z którą głęboko się nie zgadzamy, ale chcemy z nią wymienić poglądy – to możemy chcieć rozładować napięcie, zobaczyć się jako ludzie, nie tylko jako reprezentanci stanowisk.
Ale jeśli ktoś faktycznie jest fanatykiem, to trzeba podejść do rozmowy jak do interwencji. To nie jest równorzędna, otwarta wymiana myśli.
W takich rozmowach polecam całkowitą jawność intencji. Jeśli chcemy zmienić czyjeś zdanie, warto to powiedzieć wprost: „Hej, chciałbym ci pokazać coś, co mnie samemu zmieniło sposób myślenia”.
To ułatwia rozmowę, bo odbiorca wie, że nie próbujesz nim manipulować. Ale… w przypadku fanatyka to nie działa. Bo jeśli powiesz mu, że chcesz podważyć jego światopogląd, przynależność do grupy – to potwierdzasz jego lęki. On właśnie tego się boi. Bo dla niego „atak” to każda próba zmiany.
Z fanatykiem trzeba postępować inaczej. To nie rozmowa między równorzędnymi partnerami. To próba pomocy – i to trudna.
Pierwszą przeszkodą, na jaką się natkniemy, są mury oblężonej twierdzy, które fanatyk wzniósł wokół siebie i swojego środowiska. Naszym odruchem może być chęć ich zburzenia – ale to tylko potwierdza jego obawy.
„Aha! Mówili mi, że oni będą mnie atakować. No i proszę – atakują!”. Zamiast tego trzeba działać inaczej: nie burzyć murów, tylko przemycić do środka człowieka. Albo siebie samego, albo kogoś, kogo fanatyk z definicji powinien postrzegać jako „wroga”.
Bo może da się go zaprosić na wspólne oglądanie filmu, granie w grę, rozmowę o hobby. Nie jako formę konfrontacji, tylko zwykłego kontaktu. Bo trudno nienawidzić kogoś, z kim się spędza czas.
I to może być dopiero początek. Fanatyk nie od razu zmieni zdanie. Ale może pojawi się zgrzyt: „Okej, nie zgadzam się z tym człowiekiem, ale mogę z nim spędzać czas. Czyli może nie jest wcielonym złem?”
Z mojego doświadczenia wiem, że fanatyzm można spotkać w różnych miejscach. Niestety – także na uczelniach. I to nie tylko wśród studentów. Czasem przejawiają go również wykładowcy – osoby wyżej postawione, które wyraźnie manifestują swoje przekonania, zwłaszcza polityczne. Wydaje się, że jedyna bezpieczna taktyka dla studenta w takiej sytuacji to: siedzieć cicho i przeczekać.
To bardzo dobry przykład. Ja też poruszam ten temat w innych fragmentach mojej książki. Bo dziś obserwujemy nie tylko atomizację społeczną na poziomie indywidualnym, ale też coraz większe rozwarstwienie grup społecznych.
Bańki nie są już tylko światopoglądowe. Dzielą nas też klasy socjoekonomiczne. Coraz łatwiej nie mieć styczności z ludźmi myślącymi inaczej lub żyjącymi inaczej. Pracujemy zdalnie, robimy zakupy przez internet, nie mamy dzieci – więc nie musimy spotykać się z rodzicami innych dzieci, z sąsiadami, ze współpracownikami.
I to ułatwia zamykanie się w bańkach. Przez to ludzie z zewnątrz przestają być dla nas realnymi osobami – stają się abstrakcyjnymi wrogami. Nawet jeśli nie prowadzi to od razu do otwartego fanatyzmu, to rodzi podejrzliwość i dystans. A kiedy taka osoba próbuje z tego świata wyjść – zaczyna zadawać pytania, podważać pewne rzeczy – to jej środowisko może zacząć ją blokować.
Bo każda wątpliwość wobec światopoglądu czy narracji fanatycznej jest niepożądana. I środowiska często mają gotowe racjonalizacje, które pomagają zdławić te wątpliwości.
Ale to też da się wykorzystać. Zwłaszcza jeśli ten ktoś miał już wcześniej kontakt z kimś spoza swojej bańki – i zobaczył, że ci „inni” wcale nie są tacy źli. Jeśli udało się wcześniej zasiać w nim wątpliwość – np. poprzez logiczne pytanie: „A co z tego wynika?” – to można zasugerować:
„Skoro nie jesteś czegoś pewien, pogadaj o tym ze swoimi.”
I bardzo możliwe, że kiedy ta osoba spróbuje – spotka się z wrogością. Bo fanatyczna bańka nie znosi pytań. I to może być moment przełomowy.
Mówił o tym choćby Imad Mohammed Tauhibi, popularyzator wiedzy o islamie, który wzywa do reform bardziej radykalnych nurtów. Wykształcił się w Iranie i sam przyznaje, że w młodości był skrajnym radykałem religijnym.
Co go zmieniło? Właśnie to, że dostrzegł pewne niespójności w nauczanej doktrynie. Kiedy próbował o nich rozmawiać ze swoimi nauczycielami – został zaatakowany. I to był dla niego pierwszy sygnał ostrzegawczy: „Jeśli macie rację, to dlaczego nie wolno mi zadawać pytań?”.
Podobne mechanizmy działają także u nas – na różnych płaszczyznach. Można komuś powiedzieć:
„Zgłębij ten temat. Dopytaj.” I jeśli spotka się z oporem, odrzuceniem, agresją – to może być punkt zaczepienia przy kolejnej rozmowie: „Zobacz, czy to środowisko naprawdę ci służy. Czy cię wspiera. Czy nie ogranicza cię bardziej, niż ci pomaga.”
I tu pojawia się bardzo ważna rzecz – takich rozmów nie da się przeprowadzić w jeden wieczór. To proces rozłożony na dłuższy czas. Jeżeli naprawdę chcemy pomóc fanatykowi wyjść z jego twierdzy, to musimy uzbroić się w cierpliwość.
A propos trudnych rozmów – przypomniała mi się pana debata z komunistą. Dla mnie to był poznawczy szok, że ktoś może nadal w pełni wierzyć w tezy sprzed dekad. I to tak bezrefleksyjnie.
Tak, ale to typowe. Fanatyka trzymają gotowe racjonalizacje. Gotowe hasła. To one pozwalają mu trwać w swoim środowisku. Ale jeśli uda się zasiać w nim choćby minimalną wątpliwość, jeżeli pojawi się zgrzyt między tym, co mówi, a tym, co czuje – wtedy można zacząć działać.
Warto pamiętać, że to środowisko odpowiedziało kiedyś na jakiś jego problem. I dlatego on do niego trafił.
My nie chcemy więc tej osoby oderwać od wszystkiego. Nie chodzi o to, by całkowicie ją przekonać, zburzyć jej światopogląd. Chodzi o to, by delikatnie ją przekierować – do środowiska mniej radykalnego, bardziej racjonalnego.
Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić w rozmowie z fanatykiem, jest próba całkowitego odwrócenia jego światopoglądu. To błąd, który widuję często – szczególnie w Polsce. Przykład: ktoś mówi, że jego ciotka czy babcia jest fanatycznie religijna. I wpada na pomysł: „Przekonam ją, że Bóg nie istnieje. I wtedy ona straci powód do bycia fanatyczką.”
To tak nie działa. Taka próba tylko potwierdza jej obawy: „Widzisz? Ci ludzie atakują naszą tożsamość”. To jest dokładnie to, czego się boi. To tak, jakbyśmy próbowali przebić mury twierdzy siłą. A przecież wcześniej mówiliśmy – to tylko wzmacnia poczucie oblężenia. To nie rozmowa, to atak.
Takie podejście – dążenie do całkowitej zmiany czyjegoś światopoglądu – powinno chyba skłonić do refleksji. Czy to już nie jest nasz fanatyzm?
Właśnie tak. Trzeba zadać sobie pytanie: czy przeszkadza mi to, że ta osoba jest fanatykiem, czy po prostu to, że ma inny światopogląd niż ja? Bo jeśli to drugie – to może to nie jest problem tej osoby, tylko nasz.
Wracając do przykładu z religią – dużo lepszym rozwiązaniem jest pokazanie, że można być nadal katolikiem, ale nie być radykałem. Co więcej – bardzo często fanatyzm religijny jest wprost sprzeczny z doktryną Kościoła katolickiego.
To daje nam unikalne narzędzie. Możemy nie tylko pokazać, że radykalizm nie jest konieczny – ale wręcz, że bycie fanatykiem jest sprzeczne z byciem dobrym katolikiem.
I wtedy nie próbujemy wyrwać tej osoby z jej tożsamości, tylko delikatnie przesunąć ją w stronę bardziej umiarkowaną. Nadal w obrębie jej wiary, ale już bez skrajności.
Można powiedzieć: „Zobacz, ten publicysta – też katolik – mówi inaczej.” „Ten ksiądz czy teolog pokazuje inną perspektywę.” W ten sposób odpowiadamy na te same potrzeby, które popchnęły tę osobę w stronę fanatyzmu – ale w sposób mniej szkodliwy dla niej i otoczenia.
To – moim zdaniem – powinien być ostateczny cel rozmowy z fanatykiem. Nie walka. Nie nawracanie. Delikatne przekierowanie. Złagodzenie. Jeśli ktoś jest fanatycznym konserwatystą – niech będzie umiarkowanym konserwatystą. Przesunięcie go choćby o kilka kroków – ale tak, by nie naruszyć fundamentów jego tożsamości. Bo jeśli spróbujemy to zrobić zbyt mocno – nie uda się. I tylko pogorszy sytuację.
Czasem mam wrażenie, że radykalne poglądy wynikają po prostu z braku wiedzy. Ale nie w takim sensie: „On nie wie, więc jest głupi”. Bardziej: „On zna tylko swoją wersję faktów, bo jego bańka podaje mu wycinkowe informacje”. Często chodzi choćby o historię. Na jednym z Pana kanałów była kiedyś seria krótkich filmów o różnych ideologiach – komunizmie, nazizmie, faszyzmie… Czy właśnie dzielenie się takimi „pigułkami wiedzy” było dla Pana motywacją?
Tak, dokładnie tak. Te pigułki wiedzy są potrzebne, bo taka jest forma Internetu. Część widzów nie jest jeszcze gotowa na głębsze analizy, nie ma czasu lub ochoty, by obejrzeć dłuższy materiał. A krótkie filmy mogą być wstępem. Zawsze podkreślam: żadnego tematu nie da się wyczerpać w 15 minut na YouTube. Ale można nakreślić podstawy – i to już dużo.
W tych materiałach staram się przedstawić ideowe fundamenty różnych doktryn. Bo wszyscy wiedzą, że komunizm czy nazizm doprowadziły do zbrodni – ale niewielu rozumie, dlaczego i jak. Jakie były racjonalizacje? Jakie motywacje? Skąd to się brało?
I czasem, pod takimi filmami, w komentarzach pojawiają się osoby, które te poglądy nadal bronią. Piszą: „To nie był prawdziwy komunizm”, „Faszyzm sam w sobie nie był zły – tylko nazizm” itd. Ale takie komentarze – paradoksalnie – mogą prowokować dyskusję. Wtedy inni widzowie mają okazję zobaczyć, że to wciąż istnieje, że niektóre idee wciąż mają swoich wyznawców.
I dzięki temu rośnie świadomość. To był jeden z głównych celów tworzenia tego typu materiałów.
W nawiązaniu do tematu zbrodniczych ideologii XX wieku – przypomniała mi się pewna anegdota z czasów studiów. Wykładowczyni zapytała nas na zajęciach: „Z czym państwu kojarzy się nauka?”. Odpowiedzi były oczywiste: nauka to dobro, postęp, rozwój. Jedna koleżanka szczególnie się wyróżniała – mówiła, że nauka to szczyt ludzkiego geniuszu, że to dzięki niej świat staje się lepszy, że „w naukę należy wierzyć”. Wtedy wykładowczyni powiedziała coś, co bardzo zapadło mi w pamięć: że zarówno nazizm, jak i komunizm miały swoje źródła w środowisku akademickim. I niektórym z nas trudno było to przyjąć.
Tak.
Zastanawiam się, czy środowisko naukowe potrafi dziś wziąć odpowiedzialność za swoje „luźne eksperymenty myślowe”, czy odważne tezy, które mogą mieć konsekwencje społeczne?
To odrębny, niesamowicie ciekawy temat. Ale myślę, że nie będzie przesadą stwierdzenie, że środowisko akademickie nie bierze odpowiedzialności za tego typu eksperymenty. Sam jestem z wykształcenia inżynierem – i nauczono mnie, że jeśli zaprojektuję most albo maszynę, i ta konstrukcja kogoś skrzywdzi, to ja ponoszę odpowiedzialność. Podpisałem się pod tym.
Ale jeśli ktoś tworzy projekt ideologii – a ta ideologia doprowadza do zbrodni – to zawsze można powiedzieć: „To nie tak miało być”, „Oni mnie źle zrozumieli”, „To nie był prawdziwy komunizm”.
I już. Temat zamknięty.
To mnie – jako inżyniera – zawsze trochę rozgoryczało. Bo nas się rozlicza z każdego błędu, a innych – niekoniecznie. Ale rozumiem, dlaczego tak się dzieje. To trudne do uchwycenia, bardziej rozmyte. Ale to nie znaczy, że nie warto tego wypunktować. Bo przecież te ideologie rościły sobie prawo do naukowego uzasadnienia. I bardzo często uczono ich treści na uniwersytetach. Ludzie w nie wierzyli – i ośrodki akademickie je legitymizowały. Warto o tym pamiętać.
Czyli nauka nie jest czymś „świętym”, nieomylna. To po prostu narzędzie.
Dokładnie. Nauka to narzędzie. I jak każde narzędzie – może być wykorzystane w dobrym albo złym celu. Nie pamiętam już, w której książce pojawił się ten przykład, ale był tam opis próby skrzyżowania dżumy z wąglikiem. To przedsięwzięcie było całkowicie poprawne z punktu widzenia nauki. Prawidłowe metodologicznie. Logiczne. Systemowe. Ale to nie znaczy, że powinniśmy to robić. [śmiech]
No tak. [śmiech]
Właśnie. To już temat na inną, dłuższą rozmowę.
Może przy kolejnej okazji. A za tę – bardzo dziękuję. Była naprawdę ciekawa.
Ja również bardzo dziękuję za rozmowę. I pozwolę sobie jeszcze zaprosić wszystkich na moje kanały: Szymon Mówi i Wojna Idei. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się więcej – serdecznie zapraszam.
I oczywiście zachęcamy do sięgnięcia po książkę.
Tak – zapraszam do lektury mojej najnowszej książki: „Wojna Idei 2.0. Jak przekonać przekonanych?”
Znajdują się tam nie tylko strategie rozmowy z fanatykami, ale przede wszystkim szersza perspektywa prowadzenia dialogu – w duchu otwartości i z założeniem, że każda rozmowa może nas czegoś nauczyć.