Przylądek Trafalgar

Przylądek Trafalgar |Recenzja

Arturo Pérez-Reverte, Przylądek Trafalgar

21 października 1805 roku miała miejsce bitwa morska pod Trafalgarem, która zadecydowała o wyniku konfliktu Napoleona z Anglią, a w dalszej perspektywie przypieczętowała los cesarstwa Bonapartego. Arturo Pérez-Reverte w książce Przylądek Trafalgar przenosi nas w tamten świat, pełen przemocy, bezprzykładnego bohaterstwa i wielkiej głupoty…

Przyznam, że książka jest trudna. Znajdziemy w niej bowiem wiele określeń związanych z żeglarstwem – od nazw wiatrów, po strony statku i elementy jego wyposażenia. Dla mnie było to trudne przeżycie – bowiem nie bardzo potrafiłem (i nadal mam z tym ogromny kłopot) się w tych określeniach odnaleźć.

Trudy życia na morzu

Pérez-Reverte w cudowny sposób oddaje to, co towarzyszy życiu na morzu. Nie trudno poczuć posmak soli w ustach… We włosach kołysze się wiatr, w nozdrza wdziera się zapach prochu, którym tak chętnie raczono przeciwników. W ciało wbijają się nam drzazgi rozrywanych okrętów, a na twarz lecą krople krwi wrogów, towarzyszy lub nasza sama. Dzięki takiemu zabiegowi, całość historii staje się autentyczna, zupełnie jakbyśmy byli uczestnikami opisywanej batalii. Naprawdę coś niesamowitego.

Zdecydowanie na plus są również opisy trudów życia marynarskiego. Nie dość, że ciągle grozi śmierć w starciu z całą potęgą Natury, to jeszcze choroby, bunty, brak życiowych wygód, życie z dnia na dzień… Bo przecież w świecie ciągłych wojen i bitew, nikt tak naprawdę nie wie, kiedy przyjdzie pożegnać się z życiem. Nic więc dziwnego, że wielu żeglarzy nie cieszyło się ze swej przynależności „zawodowej”.

Wielu marynarzy pochodziło bowiem z łapanek, przekupstwa czy byli najzwyczajniej oszukiwani. Owi przymusowi żeglarze nie bardzo nadawali się do służby na okrętach. Często zapadali na chorobę morską, popadali w obłęd lub wpadali w pewien stupor, nie pozwalający im normalnie funkcjonować. Do tego, nieprzyzwyczajeni do życia na morzu, popełniali wiele błędów, które czasem przypłacali życiem. Niektórzy nawet wpadali w szał, i ginęli podczas próby zamachu na swego oficera… Tak, życie na morzu w ówczesnym świecie nie było wcale romantyczną sielanką.

Przyjaźń w czasie chaosu?

Wielki plus należy przyznać powieści również za dobitne ukazanie stosunków francusko-hiszpańskich. A te nie były zbyt kolorowe. Pełno w nich było ksenofobii, złości, poczucia odrzucenia lub wyższości nad aliantem. Co ciekawe, wszyscy oni żywili ogromny szacunek dla Anglików, którzy stanowili „śmietankę” świata żeglarskiego.

Autor w świetny sposób opisuje morale, a te najczęściej bywało niskie, zarówno wśród załóg statków, jak i w kadrze dowódczej, która nie tylko obawiała się ośmieszenia, ale i buntów, czy nieoczekiwanej śmierci. I nawet możliwość uzyskania najwyższych państwowych zaszczytów nie mogła tego zmienić. Zresztą – któż normalny chciałby stać się mięsem armatnim?

W momencie, gdy los bitwy był już przesądzony, zapoznajemy się z nieopisanym chaosem, wściekłością i bezsilnością, która wynikła w zdecydowanej mierze tylko z ogromnej nonszalancji i niekompetencji francuskiego dowódcy. W związku z tym mamy możliwość usłyszenia niepochlebnych opinii wobec polityków, głupców stojących na wysokich stanowiskach, choć nie posiadają najmniejszych kompetencji do sprawowania tych funkcji. I tak się tutaj zastanawiam, czy to aby nie tylko pamflet na ówczesnych polityków/dowódców, czy Autor przekroczył granice czasu i przestrzeni, rzucając ten sąd na „wielkich” wszystkich czasów?

Pod rozkazami głupców

Spodobało mi się również takie niepełne ujęcie samej batalii. Obserwujemy ją oczami niskiej rangi dowódców, którzy widzą błędy swych dowódców, ale nie mogą z nimi nic uczynić, bowiem ręce wiąże im kodeks morski lub rozkazy.

Z tego też powodu jest tutaj pełno emocji, negacji, przekleństw, a czasem nawet myśli iście proroczych. Co ciekawe, Autor pochyla się nad losem żeglarzy nie tylko z perspektywy tych nieco lepiej sytuowanych w życiu (dowódców, arystokratów), ale i tych, którzy stali najniżej w hierarchii. Pełno jest tu więc dramatycznych historii, które rzadko kiedy kończą się dobrze. Słowem – obraz przejmującej niedoli.

Powieść jest swoistą kroniką losu maluczkich, którzy zostają wrzuceni w tryby wielkiej historii. Nie mogą samodzielnie podjąć żadnej decyzji, muszą podporządkować się regulaminom, dowódcom, rzucając swoje życie na szalę, w zamian nie otrzymując zupełnie nic. Bo ich los jest już przesądzony z góry – czy chcą, czy nie, zostaną pochłonięci w imię interesów wielkich tego świata. Ich śmierć co najwyżej będzie statystyką, konieczną ofiarą na ołtarzu historii, zysku lub strat, tych, co rządzą światem. tak po prostu. Cudze ambicje wzmagają tylko brutalność, której nie zmieni nawet dopisywana później mitologia.

Przylądek Trafalgar – podsumowanie

Na minus trzeba zapisać, niezrozumiałe dla mnie, wtrącenia i przeinaczenia słów francuskich i angielskich. Są one bardziej adekwatne do czasów współczesnych, choć rozumiem, że miłość do własnego narodu i jego minionej świetności. Zdaję sobie jednak sprawę, że nienawiść powodowała, że hiszpańscy żeglarze mogli naigrywać się z Francuzów, którzy stali się ich sojusznikami tak jakby na siłę. Na szczęście, w drugiej części powieści te zwroty znikają, ustępując miejsca bardziej namacalnym obrazom bitwy.

Jednocześnie należy oddać hołd tłumaczce, Pani Joannie Karasek, która dokonała niemałego wyczynu. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, z jakim ciężkim chlebem przyszło się jej zmierzyć. Pełno tutaj fonetycznych wtrętów, trudnych słów marynistycznych i takich zwrotów, które czasem przyprawiają o zawrót głowy. Udało się jej uchwycić to pomieszanie, przeplatanie się pewnej dozy komedii z tragifarsą, przemocy z dewocją, gburowatości z szlachectwem ducha. Naprawdę – świetna robota! Chapeau bas, czy jakby chciał tego Autor – sza-po-ba!

Książka liczy sobie 208 stron. To pozycja dla tych, którzy lubią pławić się w nietypowej konwencji, a zarazem chcą uszczknąć coś z atmosfery chwili – w tym wypadku batalii morskiej pod Trafalgarem. Ale uwaga – mimo początkowej formy kładącej nacisk na wewnętrzne przemyślenia poszczególnych bohaterów książki, a drugiej części mamy istną masakrę – bez upiększeń, bez owijania w bawełnę. Kto ma słabe nerwy – niech weźmie tabletki uspokajające. Bo serduszko może wyskoczyć wam z klatki piersiowej. Polecam.


Wydawnictwo Art Rage
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Art Rage. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.


Comments are closed.