Początek drogi Goebbelsa

„Samotny prowincjusz” w sercu stolicy. Początek drogi Goebbelsa do władzy

Berlin tętnił chaosem i politycznymi napięciami, a w jego cieniu rodził się człowiek, który potrafił przemienić słowa w broń. Początek drogi Goebbelsa do władzy wiódł od roli niepozornego działacza do pozycji jednego z najgroźniejszych propagandystów epoki. Historia jego awansu to opowieść o ambicji, manipulacji i zatrważającej sile ideologii.

Jeszcze w 1926 roku wydawał się tylko skromnym partyjnym agitatorem, zagubionym w berlińskim tłumie. Kilka lat później został jednym z filarów nazistowskiej machiny propagandowej. W Berlinie zaczęła się jego prawdziwa polityczna kariera – i droga ku tragedii XX wieku. Roger Manvell w książce Goebbels. Życie i śmierć opisuje moment, w którym rodził się fanatyczny polityk, gotowy na wszystko w imię Hitlera.

Szary, listopadowy zmierzch zapada nad Berlinem, gdy mój pociąg wtacza się na Potsdamer Bahnhof (Dworzec Poczdamski). Ledwie dwie godziny później staję przy mównicy, która będzie punktem wyjścia do naszego przyszłego rozwoju. Z marszu przemawiam do członków partii”[1].

Tę legendę utrwalił sam Goebbels, przedstawiając ją w książce Kampf um Berlin – wojowniczej relacji z pierwszego roku pracy w stolicy, którą wydano jednak dopiero siedem lat później, czyli w 1934 roku. Kreując wizerunek nowicjusza, upowszechnił jeszcze jedną opowiastkę. Mianowicie po przyjeździe do Berlina miał wsiąść do miejskiego autobusu – samotny prowincjusz z jedną walizką w ręku – i skracać czas przed zaplanowanym partyjnym spotkaniem, obserwując latarnie i chodniki zapełnione przechodniami. Podziwiał, jak sam twierdził, ogrom stolicy. Miał wrażenie, że to miasto zaraz go pochłonie.

Bez względu na to, co wtedy odczuwał – a jest prawie pewne, że nie do końca chciał się podejmować niewdzięcznego zadania, które otrzymał – nie czuł się w Berlinie zagubiony. Jak już wiemy, wielokrotnie przemawiał w stolicy na partyjnych wiecach i znał osobiście gauleitera Schlangego, którego miał zastąpić.

Berlin był przede wszystkim ośrodkiem Strasserów i to oni wystarali się tam dla Goebbelsa o dach nad głową – pokój w eleganckim mieszkaniu Johanna Steigera, członka zespołu redakcyjnego „Berliner Lokalanzeiger”, prawicowej gazety sponsorowanej przez finansistę Alfreda Hugenberga. Steigerowie, żarliwi naziści, wynajmowali pokoje i nie zamierzali zdzierać skóry z nowego gauleitera, gdyż mieli spore oszczędności. Goebbels żył więc wygodnie.

Ba, mógł nawet korzystać z jednego z salonów, organizował w nim konferencje. Otto Strasser odebrał go ze stacji i zawiózł wprost do mieszkania Steigerów, aby przedstawić właścicielom. Przemówienie do członków partii Goebbels wygłosił znacznie później.

Wiemy, że od jakiegoś czasu Hitler nie był zadowolony ze stanu, w jakim znajdował się berliński oddział ruchu. Strasserowie nie potrafili zaprowadzić w stolicy porządku, działając poprzez Schlangego, a rozproszona władza spoczywała de facto w rękach dowódcy lokalnej SA, Kurta Deluegego, oraz wyrzuconego z partii Heinza Hausteina. Hitler oczekiwał, że Goebbels w pojedynkę poradzi sobie z trudnościami, oczyści szeregi partyjne i rozpocznie budowę berlińskich struktur od nowa. Nowy gauleiter odpowiadał bezpośrednio przed wodzem, a nie, jak to miało miejsce wcześniej, Gregorem Strasserem.

Hitler wyjaśnił, dlaczego wybrał do realizacji tak trudnego zadania człowieka, który wstąpił do partii zaledwie 18 miesięcy wcześniej:

Odkąd zacząłem organizować partię, przyjąłem, że nie będę obsadzać jakiegoś stanowiska, dopóki nie znajdę odpowiedniego na nie kandydata. Zastosowałem ją również w Berlinie. Gdy starsi członkowie partii bombardowali mnie skargami na władze w Berlinie, nie przychodziłem im z pomocą, dopóki nie mogłem ich zapewnić, że w osobie doktora Goebbelsa znajdą człowieka, jakiego potrzebują. Ma on dwie cechy, bez których nikomu nie udałoby się zapanować nad okolicznościami panującymi w Berlinie: inteligencję oraz talent krasomówczy. (…). Kiedy poprosiłem go, żeby przestudiował organizację partii w Berlinie, stwierdził po pewnym czasie, że jej słabością są młodsi przywódcy, po czym zapytał mnie, czy dostanie wolną rękę, aby wprowadzić konieczne zmiany i oczyścić szeregi partii z niezadowalających elementów. Nigdy nie pożałowałem tego, że otrzymał ode mnie te uprawnienia. Przystępując do zadania, nie mógł polegać na organizacji partyjnej. Tyrał jak wół, nie zważając na presję, jaką z pewnością wywierała na niego ukryta opozycja[2].

Hitler faktycznie dokonał trafnego wyboru. Właśnie w Berlinie Goebbels przeszedł do historii.

W latach 1927–1931 naziści zaczęli umacniać swoje wpływy w Niemczech. W 1928 roku wywalczyli w wyborach do Reichstagu 12 miejsc, które przypadły między innymi Gregorowi Strasserowi, Göringowi i Goebbelsowi. Przedstawiciele Sojuszniczej Rady Kontroli wyjechali z Niemiec rok wcześniej, co pozwoliło niemieckiemu rządowi na wznowienie, w tajemnicy, procesu militaryzacji oraz reorganizację armii – Reichswehry, jednak, w tymże 1927 roku minister spraw zagranicznych Stresemann otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla.

Dla ekstremistów pokroju Hitlera Stresemann był ugodowcem, zwolennikiem traktatów podpisanych w Wersalu i Locarno, sygnatariuszem paktu paryskiego (paktu Brianda-Kellogga) o wyrzeczeniu się wojny w rozstrzyganiu sporów międzynarodowych. W Niemczech panował polityczny zamęt, działacze lewicowi ścierali się z wojskiem (a także policjantami), co nader często skutkowało rozlewem krwi. Dla przykładu, gdy w 1929 roku robotnicy wyszli w Święto Pracy na ulicę, berlińscy policjanci otworzyli do nich ogień i zabili co najmniej dwudziestu pięciu demonstrantów. Takie zdarzenia należały do codzienności, choć w rządzie zasiadali politycy określający siebie mianem socjalistów.

Naziści zyskali w 1929 roku wsparcie grupy wpływowych przemysłowców i bankierów, takich jak Thyssen czy Schröder, co pozwoliło im przenieść swoją siedzibę do monachijskiego Brunatnego Domu (Braunes Haus). Przemysłowcy dotowali narodowych socjalistów, by poprzez nich i działaczy innych prawicowych ugrupowań stworzyć kontrrewolucyjny ruch, który dałby im kontrolę nad Niemcami.

Z tego powodu hojnie sponsorowali paramilitarne organizacje zakładane przez narodowców, takie jak SA czy Stahlhelm, związek, do którego wstępowali rezerwiści z Reichswehry. W styczniu 1931 roku na czele SA stanął Röhm i bardzo szybko przekształcił ją w organizację liczącą pół miliona członków. Również socjaliści i komuniści mieli własne bojówki. Mniej więcej dziesięć lat po zakończeniu pierwszej wojny światowej duży odsetek zdolnych do służby wojskowej obywateli zdemilitaryzowanego rzekomo kraju należał do jakiejś organizacji paramilitarnej.

Ku uciesze nacjonalistów w październiku 1929 roku zmarł Gustav Stresemann. Narodowcy przeoczyli fakt, że minister ten położył podwaliny pod remilitaryzację Niemiec. To on wynegocjował w czerwcu 1930 roku wycofanie wojsk alianckich z Nadrenii pięć lat przed określoną w traktacie wersalskim datą. Dodatkowo doprowadził do zawarcia paktu Younga, znacznie zmniejszającego ciężar powojennych reparacji i w zasadzie uzależniającego ich spłatę od dobrej woli niemieckich władz.

Mimo to naziści otwarcie protestowali przeciwko ratyfikacji tego planu, dzięki czemu zyskali duże poparcie. W wyborach parlamentarnych przeprowadzonych we wrześniu 1930 roku zdobyli już 107 mandatów. Z miejsca stali się też dużą siłą na scenie politycznej Niemiec.

Nie osiągnęli tego celu bez przeszkód. Polityka prowadzona przez Stresemanna pchnęła kraj w kierunku koniunktury gospodarczej. W 1929 roku władze zredukowały bezrobocie do znośnych rozmiarów. Narodowym socjalistom pomogła w tym recesja z 1930 roku. Stresemann już wówczas nie żył, ale nawet on nie zdołałby powstrzymać katastrofalnych skutków, jakie kryzys wywarł na niemiecką gospodarkę.

Pomiędzy wrześniem 1929 a styczniem 1933 roku (kiedy Hitler przyjął nominację na stanowisko kanclerza) liczba bezrobotnych wzrosła z około miliona do sześciu milionów osób. Spełniły się przepowiednie Hitlera, straszącego skutkami rzekomo błędnej polityki rządu, a partia, na którą w 1928 roku zagłosowało 800 000 wyborców, dwa lata później otrzymała już 6 401 210 głosów. Stale rosła też liczba członków NSDAP – w 1926 roku było ich 17 000, w 1929 roku 176 000, w 1930 roku 389 000, a w 1931 – 800 000.

Jak trafnie zauważył Alan Bullock, NSDAP nigdy nie była partią w pełnym tego słowa znaczeniu. Był to raczej spisek zawiązany w celu zdobycia władzy, a do realizacji tego zamierzenia spiskowcy potrzebowali ludzi, pieniędzy i głosów. Kadry, oprócz przywódców, tworzyli bojówkarze i opłacani przez partię agenci. Fundusze pochodziły w niewielkim stopniu ze składek, w większym zaś z dotacji przemysłowców, którzy uważali nazistów za swoje marionetki.

Głosy na NSDAP oddawali członkowie partii, a także niemieccy obywatele, niezadowoleni z niepewnych czasów, w jakich przyszło im żyć. Każdy z elementów tworzył niezbędne ogniwo łańcucha, gdyż Hitler zamierzał przejąć władzę legalnie i zgodnie z konstytucją, zyskując poparcie we wszystkich grupach społeczeństwa – od bogatych po biedotę. Na każdym etapie tej drogi sprzeciwiał się też otwartym starciom z armią i policją, czyli służbami państwowymi. Pozwalał za to na stosowanie przemocy wobec przeciwników politycznych, nie ograniczając się w konfrontacji z nimi do legalnych metod działania. Poza tym zdawał się na siłę oddziaływania propagandy.

Wśród niewielu rzeczy, jakie Goebbels zabrał ze sobą do Berlina, znalazło się miejsce dla egzemplarza Mein Kampf z autografem Hitlera. Pierwsza część tej bardzo osobliwej książki ukazała się drukiem w 1925 roku, druga, napisana w Berchtesgaden, dopiero dwa lata później. Pomiędzy stronami wypełnionymi arbitralnymi interpretacjami wydarzeń historycznych, napuszoną, przydługą i bardzo często zdradzającą braki w wykształceniu paplaniną, zdarzają się fragmenty niemal makiaweliczne w swoim charakterze, a większość z nich odnosi się do propagandy.

Hitler między innymi głosił, że przywódcy wolno narzucać swoją wolę masom. Masy te rzekomo preferują, podobnie jak kobiety, silnych ludzi, a nie słabeuszy. Nie chcą niczego czytać, wolą, by wpływała na nie żywa istota: „Wielkie masy narodu poddają się zawsze i tylko mocy wypowiedzianego słowa”. Przywódca może zatem jedynie rozbudzić w nich żarliwe uczucia, o ile sam jest bez reszty oddany sprawie. Pasja jest nieodzowną częścią rządzenia. Przywódca musi mieć fanatyczny stosunek do życia. Z tego powodu, utrzymywał Hitler, pisarze rzadko zostają wodzami. Postawa tych pierwszych wobec odbiorców jest nazbyt abstrakcyjna i ogólnikowa. W przedmowie do książki czytamy:

Wiem, że mniej ludzi daje się porwać słowu pisanemu niż słowu mówionemu, a wielkie światowe ruchy zawdzięczają swój rozwój mówcom, a nie wspaniałym pisarzom.


[1] Goebbels, Kampf um Berlin, s. 21.

[2] Hitler’s Table Talk, s. 532.


Tekst jest fragmentem książki Rogera Manvella Goebbels. Życie i śmierć Wydawnictwa RM, rozdział 3.

Comments are closed.