Maciej Nawrocki, „Sarmatyzm”. Historia pojęcia, seria:„Monografie Fundacji na rzecz Nauki Polskiej”
„Sarmatyzm” to jedno z tych słów, które w polskiej kulturze robią zawrotną karierę bez potrzeby zmiany kostiumu. Wystarczy je uruchomić, a natychmiast zaczyna pracować: tłumaczy, oskarża, usprawiedliwia, porządkuje chaos albo go pogłębia. Książka „Sarmatyzm”. Historia pojęcia bierze to słowo na warsztat bez sentymentów i bez potrzeby wydawania ostatecznych wyroków.
Debaty o polskości mają to do siebie, że rzadko zaczynają się od definicji, a niemal zawsze kończą na nich awanturą. Jedne pojęcia przechodzą przez te spory jak przez sito, inne obrastają w znaczenia do granic wytrzymałości.
„Sarmatyzm” należy do tej drugiej kategorii: występuje w podręcznikach, esejach, publicystyce, sporach politycznych i rozmowach przy kawie. Trudno wskazać moment, w którym przestał być opisem, a stał się narzędziem – i właśnie to napięcie stanowi oś całej opowieści.
Słowo, które nie chce się uspokoić
Punktem wyjścia książki jest zderzenie definicji funkcjonujących równolegle w obiegu szkolnym, publicystycznym i akademickim. Zamiast jednej spójnej kategorii pojawia się konglomerat sensów, często wzajemnie sprzecznych. Ta praca nie próbuje więc rekonstruować „prawdziwego” sarmatyzmu jako stylu życia szlachty, lecz śledzi historię samego pojęcia: jego narodziny, wędrówki między gatunkami tekstów i role, jakie pełniło w sporach o historię, nowoczesność i tożsamość.
Narracja prowadzona jest chronologicznie, ale bez szkolnej mechaniki epok. Każdy rozdział działa jak osobna lupa przyłożona do innego środowiska językowego. Inne stawki ma „sarmatyzm” w publicystyce stanisławowskiej, inne w romantycznej eseistyce, inne w XIX-wiecznych słownikach, a jeszcze inne w międzywojennych debatach o „wyróżniku polskości”.
Spis treści od razu pokazuje skalę przedsięwzięcia: od XVIII-wiecznych diagnoz „barbarzyńskiego kraju Europy”, przez semantyczne mutacje pojęcia w XIX wieku, po XX-wieczne próby uczynienia z niego terminu naukowego. To historia pojęcia opowiedziana nie jako linia prosta, lecz jako ciąg skrzyżowań, ślepych uliczek i powrotów.
Narzędzie, nie etykieta
Najmocniejsza oś książki polega na konsekwentnym pokazaniu „sarmatyzmu” jako narzędzia dyskursu. Każde użycie tego słowa wytwarza – albo przynajmniej utrwala – jakiś obraz polskości: raz zdeformowany i „chorobliwy”, innym razem pierwotny, zdrowy i autentyczny. Zamiast klasycznego pytania o winę za upadek Rzeczypospolitej czy o „esencję narodową”, pojawia się analiza tego, kto i w jakim celu uruchamia to pojęcie oraz jakie emocje i funkcje perswazyjne ono generuje.
Szczególnie ciekawie wypada opis przejścia „sarmatyzmu” z XVIII-wiecznej publicystyki do słowników i akademickich definicji. To moment, w którym termin nacechowany politycznie i obyczajowo zaczyna udawać neutralny opis naukowy, jednocześnie poszerzając pole znaczeń. Po drodze jedne sensy zamierają, inne wracają w nowych konfiguracjach.
Dzięki temu książka pokazuje nie tylko historię pojęcia, lecz także mechanizm jego „legalizacji” w humanistyce. Styl narracji pozostaje analityczny, ale daleki od suchego wykładu: to opowieść o karierze słowa, które zmienia obozy, role i maski, nie tracąc zdolności wywoływania sporów.
Gęsty las znaczeń
Dużym atutem jest rygor materiałowy. Kryterium doboru źródeł stanowi obecność samego słowa „sarmatyzm”, a reszta pełni funkcję kontekstu. Dzięki temu narracja nie rozpływa się w ogólnikach o micie Sarmacji, tylko trzyma się konkretu językowego. Spektrum materiału jest szerokie: literatura, publicystyka, manifesty, encyklopedie, słowniki i teksty naukowe, zestawione tak, by było widać zmienność funkcji pojęcia – od pałki, przez tarczę, po porządkujące narzędzie wiedzy.
Taka perspektywa ma jednak swoją cenę. Czytelnik oczekujący syntetycznej opowieści o kulturze szlacheckiej może odczuć niedosyt, bo centrum narracji zajmuje język i jego użycia. To świadome przesunięcie akcentów, ale wymaga zmiany przyzwyczajeń. Drugi koszt wynika z samej natury tematu: mnogość dyskursów i „sarmatyzmów” bywa momentami przytłaczająca.
Spór, którego nie da się wygrać
Najciekawsze w tej książce jest wejście w spór z utrwalonymi narracjami bez udawania, że istnieje jedna definicja, którą da się ostatecznie „przybić do ściany”. W tle pojawiają się klasyczne ujęcia i powojenne debaty definicyjne, próby wpisania sarmatyzmu w europejskie konteksty oraz międzywojenne napięcia między nowoczesnością a rodzimością. Całość zostaje jednak podniesiona na metapoziom: spór okazuje się nierozstrzygalny nie z powodu braku faktów, lecz dlatego, że „sarmatyzm” od początku pełni funkcję wartościującą i stereotypizującą.
W takim ujęciu pojęcie staje się testem języka historii. Pokazuje, na ile opis rzeczywiście opisuje, a na ile już na wejściu ustawia wynik. To przesunięcie perspektywy sprawia, że książka działa nie tylko jako historia jednego terminu, ale także jako narzędzie krytycznego czytania innych pojęć-obciążeń, które krążą w debatach o przeszłości.
„Sarmatyzm”. Historia pojęcia to praca wymagająca, ale bardzo konsekwentna. Nie daje prostych werdyktów i nie obiecuje ukojenia sporów. Zamiast tego oferuje precyzyjny katalog mechanizmów, dzięki którym „sarmatyzm” wciąż wraca do gry. Książka szczególnie dla tych, którzy wolą rozumieć, jak działa język historii, zamiast szukać jednego, wygodnego hasła.
Wydawnictwo Naukowe UMK
Ocena recenzenta: 6/6
Agnieszka Cybulska
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Naukowym UMK. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.