Shlomo Venezia, Béatrice Prasquier, Sonderkommando. W piekle komór gazowych
Więźniarskie grupy robocze przymusowo zatrudniane przy akcjach eksterminacyjnych, do których dochodziło w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych i zagłady potocznie określano mianem Sonderokommando.
Jest to o tyle mylące, że sam ten termin określał oddziały, którym powierzano do wykonania specjalne zadania. Często wchodziły one w skład Einsatzgruppen, jak na przykład Sonderkommando 4a kierowane pomiędzy czerwcem 1941 r., a styczniem 1942 przez SS-Standartenführera Paula Blobela, które dopuściło się masakr m. in. w Białej Cerkwi (ok. 90 sierot żydowskich) czy w Babim Jarze (w samo Jom Kipur 1941 r. rozstrzelano tam 33 761 Żydów).
Najbardziej znanym Sonderkommando złożonym z więźniów jest niewątpliwie to z KL Auschwitz II-Birkenau. To właśnie tam więźniowie Żydzi zostali zmuszeni do współuczestnictwie podczas procesu gazowania wyselekcjonowanych transportów oraz ukrywania całego procederu poprzez spalanie zwłok.
Każde z Sonderkommando rozpoczynało „karierę” od spalenia ciał swoich poprzedników (do takiej „wymiany kadr” dochodziło średnio co trzy-cztery miesiące. I właśnie o takiej nieludzkiej pracy opowiada Ocalony więzień ostatniej obsady Sonderkommando Shlomo Venezia w rozmowie z Béatrice Prasquier zatytułowanej Sonderkommando. W piekle komór gazowych.
Ostatni krąg piekła
Transporty przybywające na rampę – początkowo na tzw. Altejudenrampe, a dopiero od maja 1944 r. na tę najsłynniejszą wewnątrz KL Auschwitz II-Birkenau – zdecydowanie trafiały do piekła. Jednak tak samo jak u Dantego składało się ono z różnych kręgów. Ostatnim z nich był oddzielony od reszty obozu teren, na którym znajdowały się krematoria oraz komory gazowe.
Tam zmuszano więźniów do najbardziej przerażającej pracy: pomocy przy procesie gazowania, zbierania ubrań pomordowanych, odzyskiwania surowców ze zwłok (włosów i złotych zębów), przeszukiwania wszystkich otworów ciała w poszukiwaniu ukrytych kosztowności, a na ostatnim etapie palenia ciał (zarówno w krematoriach, jak i w otwartych dołach spaleniskowych). Właśnie do takiego miejsca, po dwudziestu dniach tzw. kwarantanny, trafił dwudziestojednoletni włoski Żyd urodzony w Grecji Shlomo Venezia.
Sam Ocalony niejednokrotnie mówił, że przekroczył granicę śmierci. Stał się częścią rzeczywistości, która postawiła więźniów z Sonderkommando w roli psychopompów: mitologicznych postaci, których zadaniem było odprowadzenie ludzi do świata pozagrobowego. Biorąc pod uwagę jak traktowano więźniów w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych było im bliżej w tej mitologicznej metaforze do zwierząt niżli aniołów czy bóstw.
Venezia nie próbuje ukrywać swoich czynów. Wie, że perfidia Entlösung der Judenfrage ustawiła samych Żydów w machinie ludobójstwa, aby tym bardziej świat nie uwierzył w ogrom zbrodni i tym lepiej zakorzenili się w ludzkiej świadomości wszelkiego rodzaju negacjoniści (vide ostatnie wypowiedzi pewnego polskie europosła).
Czy wywiad to dobre rozwiązanie?
Rzadko dobrze przyjmuję fakt, że zaproponowana mi lektura napisana jest w formie wywiadu bądź wywiadu-rzeki. Ma to podłoże w doświadczeniu, które niestety nie jest zbyt dobre. W dziewięciu przypadkach na dziesięć przyjęte rozwiązanie służy chyba wyłącznie wylansowaniu się osoby prowadzącej rozmowę. Wielopiętrowe pogłębione analizy, dygresje do dygresji oraz własne emocje przysłaniają to, co właściwie ma do powiedzenia właściwy bohater książki. Można by powiedzieć, że trąci to brakiem szacunku do właściwego przekazu, który nie zawsze musi zgadzać się z myśleniem czy wyobrażeniem rozmówcy.
Dlatego tym bardziej cieszy, że Béatrice Prasquier jest właśnie tym dziesiątym, złotym przypadkiem. Swoimi pytaniami stymuluje Shlomo Venezię do podzielenia się każdym możliwym przeżyciem, myślą, daje mu przestrzeń żeby książka, która trafi do rąk czytelnika była jak najbardziej autentyczna. Należą się jej za to wielkie słowa uznania. Również umieszczenie w książce rysunków innego Ocalonego Davida Olère podkreśla tylko to, co słowami próbuje odmalować Venezia. Bardzo dyskretnie na końcu książki umieszczono dwie noty historyczne, które pozwolą czytelnikowi rozszerzyć swoją wiedzę o odpowiedni kontekst.
Sonderkommando. W piekle komór gazowych – czy warto?
Jeśli chodzi o wspomnienia Ocalonych czy świadków innych historycznych wydarzeń trudno mówić czy warto. Spisane wypowiedzi są już często jedyną możliwością żeby dowiedzieć się jak przebiegały wielkie, znane z podręczników fakty z punktu widzenia jednostki. Człowieka, takiego samego jak my. Takie rzeczy powinno się czytać, zwłaszcza w tak doskonale przeprowadzonej formie.
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ocena recenzenta: 6/6
Daria Czarnecka
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.