Stanisław Lem, Solaris

Solaris |Recenzja

Stanisław Lem, Solaris

Créme de la créme. Intelektualna uczta, śmietanka literatury fantastyczno-naukowej. Co można napisać o tak świetnej książce? Jak nigdy nie interesowałem się twórczością Stanisława Lema, tak teraz nie umiem sobie wyobrazić, że mógłbym po jego twórczość w życiu nie sięgnąć. Przyznam, że od jakiegoś czasu przeżywałem pewne trudności w recepcji książek. Bezustanne czytanie stało się męczące, powtarzalne i przestałem z niego czerpać przyjemność. Ale „Solaris” na powrót przywróciło mi chęć do czytania.

Dawno tak świetnie się nie bawiłem, zarówno intelektualnie, jak i czytelniczo. Przemyślenia głównego bohatera, dochodzenie do tego, jak rozgryźć pewne problemy poznawcze i wręcz ontologiczne, było ożywcze, zabawne, a zarazem intelektualnie pobudzające. Podobnie ma się sprawa z kontaktem między ludźmi a istotą „planetarną” z Solaris. W moim mniemaniu to majstersztyk, i aż dziw bierze, że nikt tego jeszcze nie zekranizował.

Miłość sięgająca gwiazd

W książce bardzo podoba mi się wątek miłosny. Główny bohater Kelvin, mimo świadomości, że Harey jest wytworem istoty z Solaris, i tak daje się uwieść wizji przeżycia miłości po raz drugi. I pal licho, iż jest człowiekiem o wykształceniu psychologicznym. Możliwość przeżycia po raz drugi uczucia, jest dla niego na tyle atrakcyjne, że daje się wciągnąć w niejednoznaczną grę czy intrygę istoty planetarnej. Bo my, jako ludzkość, nie jesteśmy racjonalni. Bardzo byśmy tacy być chcieli, ale nasza potrzeba miłości, potrzeba drugiej szansy, jest zbyt kusząca, by z niej nie skorzystać. I choć zapewne skończy się tak jak za pierwszym razem, musimy spróbować.

Jednocześnie jak żyć ze świadomością, że obcy organizm wdarł się do naszej głowy, wyciągnął z niej największą traumę, i dał jej życie? Kto jej pozwolił? Czy to etyczne? Czy ta świadomość może nas skłonić do walki z czymś takim? Albo jak się bronić przed emanacją samego siebie? Czy mamy aż tak silną psychikę, by stawić czoła temu, co nas dręczy, a co właśnie – przy współudziale obcej inteligencji = wyszło na światło dzienne?

Niezwykle ciekawie wygląda również dochodzenie tej drugiej Harey do samoświadomości. Choć początkowo jest ona jakby sztuczna, widocznie inna niż pierwowzór, to w miarę rozwoju relacji z Kelvinem, to wszystko się zmienia. To trochę tak, jakbyśmy obserwowali ewolucje w przyspieszonym tempie. Sam badacz coraz bardziej pragnie jej miłości, choć zdaje sobie sprawę, że ten związek nie ma szans na dalsze trwanie. I co dalej zrobić? Mistrzostwo, naprawdę mistrzostwo!

Tworząc ten wątek, Lem dotknął sensu naszej egzystencji. W ten prosty sposób ukazał  cały mankament naszego istnienia, ale i ten ciekawy, może najpiękniejszy element naszej egzystencji. Treść tej historii jest tak niesamowicie bogata, że mógłbym o niej pisać godzinami. A przecież nie wolno mi was zanudzić.

Kontakt

Najważniejszym jednak wątkiem powieści jest kontakt na linii ludzkość – obcy. Tutaj Lem wykazał, po raz kolejny, swoje prawdziwe mistrzostwo. I nawet pomimo tych kilkudziesięciu lat, które minęły od chwili druku „Solaris”, wiele z tego co wymyślił nadal jest aktualne. Podstawowym pytaniem jest – jak wyglądałby pierwszy kontakt ludzkości z obcym życiem? Możliwości jest pełno, o czym można przekonać się w różnego rodzaju powieściach sci-fi. Jednak to właśnie Stanisław Lem uchwycił to, co najpewniej miałoby miejsce. O co chodzi?

No cóż – najpewniej nie zrozumielibyśmy się. Na pewno nie od razu. Bo przecież dzieli nas nie tylko odległość czy budowa cielesna. Tym, co nas najbardziej różni, będzie sposób interakcji z tym drugim. To trochę tak jak z dzieckiem. Nim stanie się obiektywnym, rzetelnym i samodzielnym uczestnikiem życia społecznego, musi minąć sporo czasu. A niektórzy, nawet jako dorośli nie są w stanie przystać do naszego wzorca postępowania.

Co więc musi stać się, gdy staniemy oko w „oko” (?) z istotą pozaziemską? Nie wiemy co nas łączy. Nie mamy wspólnej linii komunikacji – bo nie rozumiemy w jaki sposób to zrobić i czy to w ogóle jest to możliwe. A nawet jeśli znajdziemy wspólny język, to czy nasza „kultura” pozwoli zrozumieć „kulturę” tej drugiej istoty? Czy te same słowa będą znaczyły to samo w naszym słowniku? Czy to, co dla nas będzie zwyczajne, dla tej drugiej strony będzie takie samo. A może będziemy sprawiać sobie ból, choćby bezwiednie, nieintencjonalnie, w wyniku którego nie znajdziemy linii porozumienia?

Stanisław Lem w „Solaris” zdaje się nam sugerować wiele odpowiedzi na pytania, które stawiamy sobie sami od zarania naszych dziejów. Śmiałość z jaką pisze, a raczej raczy nasze ludzkie ego, poraża. To, w jaki sposób dotyka sedna pewnych zagadnień dosłownie obezwładnia. Bo my nastawiliśmy się, że albo będzie pokojowe współuczestnictwo albo wojna. A co jeśli, znajdując obcych, nie znajdziemy żadnych środków wyrazu, które pozwoliłyby nam się „skontaktować”? A co, jeśli się nie zrozumiemy i nasze drogi rozejdą się na zawsze?

Podsumowanie

Powieść Lema dotyka rzeczy wręcz egzystencjalnych. Ukazuje nam, gdzie jest nasze miejsce we wszechświecie. Bo jak chcemy nawiązać kontakt z obcą cywilizacją skoro nie potrafimy dojść do składu i ładu z własnym życiem, własnymi emocjami? Jak zmierzyć się z niepoznanym, skoro nie potrafimy pogodzić się z własna psychiką, z własnymi traumami, skrytymi marzeniami, instynktami? A co, jeśli one – jak w Solaris – staną się pierwszą nitką łączności z obcymi? Kto da nam parol, że w ten sposób nie zniszczymy szansy na porozumienie?

Lem, mimo używania języka naukowego, nie odstręcza czytelnika. Te różne terminy, nie zawsze zrozumiałe dla każdego, nie przytłaczają, ale nadają pewnego ciekawego polotu, który tylko bardziej wciąga, dając wrażenie, że to wszystko może dziać się gdzieś tam w niedalekiej przyszłości.

Świetnie czytało się raporty i wyniki kolejnych badań „oceanu planetarnego” na Solaris, który wbrew stosowanym do niego metodom badawczym, wymyka się ludzkim szufladkom, ludzkiej recepcji. Tysiące pomysłów, idei czy eksperymentów, i żaden nawet w najmniejszym stopniu nie znalazł odpowiedzi na temat tego, czym jest istota z Solaris, jak funkcjonuje, czy myśli, a jeśli tak to w jaki sposób? I pozostaje nam tylko jedno stwierdzenie, które staje się kwintesencją porażki całej ludzkości – „Ale w końcu żadne terminy nie oddadzą tego, co się dzieje na Solaris” (s. 177).

Wątek miłosny, który w pewnym momencie zdominował fabułę, wcale nie deprymuje reszty. Wszak emocje również są elementem poznania, którym ludzkość się kieruje. Nasza nieracjonalność w jakiś pokrętny sposób jest racjonalna. Pozwala nam przekraczać granice, jest cząstką boskości, czymś czego nie da się zamknąć w probówce. Podobnie jak tej istoty z Solaris. Być może dlatego „przemyślny ocean” wybrał tę drogę komunikacji? A może nie zrobił tego świadomie? Jakkolwiek brzmiałaby odpowiedź – jest to fascynujące i nasuwa kolejne pytania, kolejne sugestie.

Dawno temu, żadna książka nie była dla mnie aż tak angażująca, aż tak bardzo płodna intelektualnie! Dla takich pozycji warto sięgać po literaturę.

Ale najlepiej nie wierzcie mi na słowo – po Solaris” sięgnijcie sami. Gorąco polecam, bo „My, my jesteśmy pospolici, jesteśmy trawą wszechświata i szczycimy się tą naszą pospolitością, że taka powszechna, i myśleliśmy, że wszystko można w niej pomieścić” (s 254). Przekonajcie się sami, że nic nie jest takie proste w tej pięknej, najlepszej z rzeczywistości.


Wydawnictwo Literackie
Ocena 6/6
Ryszard Hałas


Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Literackie. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.