Wojenne losy płk. Pil. Witolda Łokuciewskiego, ostatniego dowódcy Dywizjonu 303

Anglia 1946, mjr pil., dowódca Dywizjonu 303
Anglia 1946, mjr pil., dowódca Dywizjonu 303

Oni wszyscy byli młodzi i chcieli żyć, ale każdego dnia narażali swoje życie, walcząc o Polskę pod obcym niebem. Owszem, gdy mieli przerwy w lotach, były bary, drinki, zafascynowane dziewczyny, ale to był tylko dodatek. A normalne życie – o ile można je nazwać normalnym – to oczekiwanie na start (być może ostatni), walka, lądowanie (lub nie) i znów oczekiwanie na ponowny start. Jaki to stres i obciążenie psychiczne! A w wolnych chwilach rozmyślania o kraju, o bliskich, którzy

są tak daleko i nawet nie wiadomo, czy jeszcze żyją.

Najgorsze są niespodziewane wspomnienia, przychodzące nagle i wprowadzające w beznadziejny nastrój. Czasem wywołuje je znana melodia, czasem głupi pasjans, ot, byle drobny szczegół. Czuję się nerwowo wyczerpany, trudno mi się opanować – pisze w swoim pamiętniku Bohdan Arct, kolega Tola, pilot i pisarz.

Z angielskiej części biografii Tola wybrałam dwa dni, o których bliżej opowiem. Dzień pierwszy – 15 września 1940 roku. Dzień szczególny z kilku względów. Był to kulminacyjny dzień bitwy o Anglię, najczarniejszy dzień dla hitlerowskiej Luftwaffe. W wyniku zestrzelenia straciła ona wtedy około 80 samolotów, drugie tyle zostało uszkodzonych3, z czego piloci Dywizjonu 303 zestrzelili rekordową liczbę 16 samolotów niemieckich4. W różnych publikacjach te liczby mogą być różne. Nie w tym rzecz. O tym, jak ważny był to dzień, najlepiej świadczy fakt, że to właśnie 15 września obchodzone jest święto Royal Air Force.

Było to największe zwycięstwo RAF-u w czasie bitwy o Wielką Brytanię – pisze Bohdan Arct – a zarazem największe zwycięstwo Polaków wchodzących w skład tegoż RAF-u. Był to bezwarunkowo największy dzień polskich myśliwców w latach II wojny światowej, historia niepowtarzalna.

W rekordowym plonie 15 września miał swój udział i Tolo. Jak dla niego wyglądał ten dzień? Mamy kilka relacji na ten temat: raport bojowy Tola, jego zapiski w kronice dywizjonu, a także fragmenty paru książek. Każda z tych relacji ma inny charakter: raport jest zwięzły i konkretny, mówi tylko o faktach, wpis do kroniki, przeznaczony dla kolegów, zawiera więcej szczegółów i komentarzy. Z kolei Eugeniusz Banaszczyk komentuje rzeczowo i z dystansem wpis Tola do kroniki, natomiast Arkady Fiedler próbuje oddać uczucia młodego pilota podczas jego dramatycznej walki o życie.
Raport bojowy ppor. pil. Witolda Łokuciewskiego

15 września 1940 Dywizjon 303, Eskadra B, sekcja niebieska. Walka na południe od Londynu do Hastings,

o 12.00, na wysokości 18 000 stóp. Ponad 80 samolotów przeciwnika typu Do-215, Me-109 i Me-110. Na wysokości około 18 000 stóp zauważyliśmy nieprzyjacielskie samoloty lecące w kierunku Londynu. Zbliżyliśmy się, ale samoloty wroga wykonały zwrot i zaatakowaliśmy je pod odwrotnym kątem (niż zamierzaliśmy), od tyłu i z góry. W tym momencie zostaliśmy z tyłu zaatakowani przez Me-109. Jednocześnie zobaczyłem inną formację samolotów (bombowych) nieprzyjaciela lecącą w stronę Londynu, osłanianą przez Me-109 i Me-110. Zmieniłem kierunek lotu i zaatakowałem Me-109 razem z Hurricane’ami innej sekcji. Po kilku seriach Me-109 zaczął dymić i w końcu zapalił się. Wtedy zostałem trafiony pociskami karabinowymi. Wylądowałem ranny.

Wynik: Messerschmitt Me-109 – strącenie pewne. Źródło: PRO AIR, sygn. 50/117, k. 120. 6

Zapis ppor. pil. W. Łokuciewskiego w kronice Dywizjonu 303

Godz. 12.00 start. Nasz Squadron jako drugi. Leciałem w trzecim kluczu z Paszką [Paszkiewicz]. Mniej więcej po 25 minutach zauważyłem samoloty nieprzyjacielskie, lecące w kilku falach. Nasz Squadron pogonił za bombowcami, osłanianymi przez Me-109 i Me-110. W tym czasie na nasz klucz, a zwłaszcza na mnie, z góry od słońca rzuciły się Messerschmitty. Wobec tego skręciłem w prawo. Ku memu wielkiemu zdziwieniu, w odległości około 600 m widzę inną wyprawę bombową pod silną eskortą Me-109 i Me-110, lecącą w kierunku na Londyn. Widzę również jak Squadron Hurricanów bardzo „anemicznie” wyprawę tę zaatakował. Dołączam do tego dywizjonu, lecz przede mną przeleciała 109-ka z zamiarem zaatakowania mnie. Oczywiście, skręcił w lewo, kilka susów, obserwacja na tył i na boki i hajda na szkopa. Przeczuwałem, że musi to być jakiś podstęp – i rzeczywiście. Puściłem pierwszą seryjkę – szkop kopci, puściłem drugą – pojawił się czarny dym i płomień. Pomyślałem sobie: trzeba dziada wykończyć, lecz w tym momencie usłyszałem głuchy huk. Wpadłem w chmury. Po wyjściu z chmur zauważyłem ogromną dziurę w skrzydle, spowodowaną pociskiem działka, a odłamki zraniły mi obie nogi, przebijając cholewy butów. Maszyna oczywiście straciła własności aerodynamiczne, na domiar złego glikol zaczął wyciekać, ale do lotniska dociągnąłem, lądując, oczywiście, bez klap, bo te także zostały uszkodzone. Zakołowałem na miejsce i odjechałem do izby chorych. Ale szkopa dostałem.

Eugeniusz Banaszczyk, cytując powyższy zapis Tola w swojej książce W bitwie o Anglię, opatruje go następującym komentarzem: Łokuciewski stwierdza lakonicznie, iż odjechał na izbę chorych. Mając w nodze ponad 30 odłamków eksplozywnego pocisku działka, tuż po wylądowaniu stracił przytomność z upływu krwi i znalazł się w szpitalu. Jeśli używa się określenia, iż ktoś uratował się cudem, to w przypadku Łokuciewskiego można je zastosować całkowicie.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*