Wrócił do Polski w aureoli bohatera (rok wcześniej ukazało się w kraju pierwsze oficjalne wydanie Dywizjonu 303 Arkadego Fiedlera, w czasie wojny było też kilka wydań konspiracyjnych). Miał 30 lat. Był pewien, że wreszcie będzie służyć w Wojsku Polskim na polskiej ziemi, że Polska, za którą walczył na obczyźnie, zechce wykorzystać jego doświadczenie. Zamiast tego czekała go kolejna dramatyczna przerwa w wojskowym życiorysie, tym boleśniejsza, że zgotowana przez rodaków. W tym czasie bowiem liczył się już tylko szlak bojowy od Lenino do Berlina, a ci, którzy walczyli na Zachodzie, skazani byli na niebyt i zapomnienie. O służbie w wojsku nie było mowy. Po krótkim okresie prac w Aeroklubie Lubelskim w Świdniku, Tolo z dnia na dzień został z niej wyrzucony. Mało tego – otrzymał zakaz wstępu na lotnisko, a nawet zbliżania się do niego. Potem było już tylko gorzej. Miał trudności ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy, szykanowano go i inwigilowano, a tymczasem zdążył założyć rodzinę – miał żonę i dwie córeczki.
Zwrot nastąpił w październiku 1956 roku. Przyszła „odwilż”. Tolo nazywał ten okres inaczej, mówił o „wiośnie w październiku”. On i jego koledzy, którzy w czasie wojny walczyli na Zachodzie, zostali powołani do wojska. Dla Tola oznaczało to rozstanie z Lublinem i wyjazd do Warszawy.
Mieszkał w Lublinie dziesięć lat (1947–1957). Był to z pewnością niezwykle trudny i bolesny okres w jego życiu. Na szczęście, każdy medal ma dwie strony, a ta druga strona przedstawiała się całkiem inaczej. To w Lublinie poznał swoją przyszłą żonę, Wandę Szablicką, w Lublinie 29 czerwca 1948 roku odbył się ich ślub, w Lublinie urodziły się obie ich córki, Ania i Danusia. Tolo mieszkał w Lublinie przy ulicy Ogrodowej 10. Obecnie fakt ten upamiętnia okolicznościowa tablica.
Wracamy do roku 1957. Po Październiku wreszcie zaczęto mówić i pisać o Monte Cassino, Tobruku i bitwie o Anglię. W prasie ukazywały się liczne artykuły i wywiady z Tolem i jego kolegami. Zapraszano ich na spotkania i odczyty w różnych miastach Polski, gazety i radio prosiły o wywiady. Po latach milczenia wszyscy chcieli wreszcie wiedzieć jak wyglądała walka Polaków na Zachodzie. Dla Tola najważniejsze było to, że wreszcie mógł znowu latać, powrócił do lotnictwa, które kochał. Jeden z jego wywiadów nosi znamienny tytuł Lotnictwo to moje życie. Służbę w wojsku Tolo zakończył w 1974 roku jako pułkownik. Po drodze był nawet epizod dyplomatyczny. W latach 1969–1972 był attache wojskowym, morskim i lotniczym przy ambasadzie PRL w Londynie.
Tolo zmarł 17 kwietnia 1990 roku. Jego grób znajduje się na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie. Pogrzeb odbył się z honorami wojskowymi. Podczas nabożeństwa żałobnego ksiądz odczytał fragmenty Dywizjonu 303 Arkadego Fiedlera.
Tolowi poświęciłam książkę Tolo – muszkieter z Dywizjonu 303. Tego „muszkietera” nie ja wymyśliłam. Tak nazywali go koledzy z dywizjonu. Prawie każdy czytał Trzech muszkieterów Aleksandra Dumas lub oglądał jedną, a może nawet kilka adaptacji filmowych tej powieści. Wiemy więc, że – wbrew tytułowi – muszkieterów było czterech: Atos, Portos, Aramis i d’Artagnan. Byli młodzi, odważni i wciąż się pojedynkowali. I podobnie było czterech muszkieterów w Dywizjonie 303: Tolo, Jan Zumbach, Mirosław Ferić i Jan Kazimierz Daszewski, zgrana paczka przyjaciół z XI promocji z Dęblina. Byli młodzi, szaleńczo odważni i wciąż się pojedynkowali z Niemcami na angielskim niebie.
Jest taki wywiad Tola, którego fragment zawsze, ilekroć do niego wracam, robi na mnie ogromne wrażenie.
– W różnych książkach o bitwie o Anglię można trafić na pańskie zdjęcie – młody, przystojny pilot porucznik stoi na tle swego samolotu. Ile miał pan wtedy lat? – pyta dziennikarz.
– Dwadzieścia trzy i bardzo chciało mi się żyć – odpowiada Tolo.