W książce Dywizjon 303 Arkady Fiedler napisał:

Jeden z ich pocisków działkowych rozbił bok kabiny i poranił srodze Łokuciewskiego. Błyskawiczna ucieczka w chmury uratowała go, przedtem jednak myśliwiec przeżył wielką satysfakcję: widział jak samotny Messerschmitt, który poprzednio leciał na wabia, trafiony pomimo bardzo krótkiej serii, z wielkim
płomieniem walił w dół. Chociaż Hurricane był szpetnie pogruchotany i chociaż w udzie Łokuciewskiego tkwiła masa odłamków pocisku, nieugięty myśliwiec gładko doprowadził samolot do swej bazy, by maszynę oddać do fabryki, siebie do szpitala.
Tolo przebywał w szpitalu do 3 października. Ale 18 września zrobił sobie krótką przerwę. Założył galowy mundur przyniesiony przez kolegów i wymknął się ze szpitala, by z rąk Naczelnego Wodza, generała Władysława Sikorskiego, odebrać Krzyż Srebrny Virtuti Militari.
Blisko pół wieku później, w 1989 roku, zapytany co czuje myśliwiec atakując wroga, Tolo odpowiedział:
Jeśli to atak na większą, wrażą wyprawę – najpierw lęk przy przechodzeniu przez lawinę ognia, potem zawziętość, a na koniec, gdy wróg jest trafiony i schodzi do ziemi w pióropuszu dymu i ognia – wielka, ogromna satysfakcja…
I drugi dzień – „zwykły dzień”, jak go określił Tolo. Z jego wspomnień, opublikowanych w październiku 1956 roku w lubelskim miesięczniku społeczno-literackim „Kamena”, możemy dowiedzieć się, jak wyglądał taki dzień w dywizjonie w okresie bitwy o Anglię. Wspomnienia noszą tytuł I znowu nad Kanałem. Właściwie nie zapowiadało się nic specjalnego. Rano, jak zwykle, przyszedł batman [ordynans] i obudziwszy mnie powiedział: „Czwarta trzydzieści”, po czym zabrał buty i wymknął się z pokoju, aby ponownie zjawić się za kwadrans z filiżanką ciepłej herbaty i oczyszczonymi butami. Ubierając się spytałem o pogodę (okna były zasłonięte). „Fog” [mgła] – padła odpowiedź.
Schodząc na śniadanie do kasyna rozmyślałem: po co właściwie budzą nas tak wcześnie, skoro mgła i lotu nie będzie? Przy stole poprawił mi się humor, gdy Jasio Zumbach zaczął opowiadać swoje przeżycia z poprzedniego wieczoru. Nagle głos zawiadamiający, że samochód na lotnisko odchodzi, przerwał nasze rozmowyi wybiegliśmy czym prędzej. Po chwili byliśmy na miejscu.
Lotnisko, spowite gęstą białą mgłą, zdawało się spać spokojnym snem i tylko gdzieniegdzie ledwie zarysowywały się kontury drzew oraz sylwetki samolotów. Nagle zawarczał motor, jeden, drugi, trzeci… To mechanicy podgrzewali maszyny, żeby w każdej chwili gotowe były do startu. Zaniósłszy spadochron i haubę [kominiarka ze słuchawkami radiowymi i maską tlenową] do samolotu – poszedłem do dispersalu [miejsce rozlokowania się jednostki lotniczej – maszyny, transport, personel latający i naziemny]. Dowódca eskadry zakomunikował, że na razie lot nie jest przewidziany. Wobec tego położyliśmy się znowu.
Nie wiedziałem, kiedy usnąłem i jak długo spałem, gdy nagle oszołamiający huk walącej się żelaznej szafy poderwał mnie na nogi, a oczom przedstawił się widok niecodzienny: Ściana baraku wyłamana, a przez otwór w rozbitym oknie wygląda Hurricane! Po drugiej stronie Walery Żak ociera czoło skaleczone odłamkiem szyby… Niebawem wszystko się wyjaśniło. Oto po prostu „niesforny Dyzio”, jak nazywaliśmy jednego Anglika, chciał bliżej baraku ulokować swój samolot. Ale jego mechanik zapomniał z wieczora zablokować statecznik kierunkowy, a dość silny wiatr dmuchający w nocy spowodował, że przez ciągły ruch z hamulców wyszło powietrze. Na próżno więc „ Dyzio” usiłował w porę zahamować, zwłaszcza, że był cokolwiek zaspany… Na szczęście maszyna wyszła z tej wizyty w baraku bez poważniejszego szwanku, więcej poszkodowany został jej pechowy pilot dzięki uszczypliwości naszych języków!
Ox [Mirosław Ferić] wyjrzał na dwór i oznajmił, że mgła raptownie opada. Należy więc spodziewać się lotu! Antek zaproponował, żeby postrzelać trochę do rzutków. Zaakceptowaliśmy tę propozycję i już mieliśmy wyjść, gdy wtem zadźwięczał telefon i po chwili telefonista zapowiedział: „Scramble!” [start].
Rzuciliśmy się do maszyn, w biegu dopinałem „maewestkę” [kamizelka wypełniona powietrzem, pozwalająca utrzymać się na powierzchni wody; nazwa humorystyczna, wzięta od nazwiska amerykańskiej aktorki filmowej szczycącej się pokaźnym biustem]. Jednym susem wskoczyłem do samolotu, mechanik szybko podał mi pasy od spadochronu, przypasałem się. Mechanik woła: „Kontakt”, powtarzam: „Kontakt” i włączam iskrowniki. Śmigło raptownie drgnęło, z rur wydechowych buchnął ogień, po czym silnik zaczął rytmicznie pracować. Przede mną kołują na start maszyny eskadry. A za chwilę kolej na mnie – już szybko zwiększam obroty śmigła, samolot ruszył z miejsca i sunie po betonie. Włączam tlen, radio, zapinam maskę tlenową, zamykam kabinę i ustawiam się do startu. Po prawej mojej stronie sierż. František, po lewej ppor. Boguś. Dowódca dywizjonu podnosi rękę do góry i za chwilę cztery trójki Hurricane’ów odrywają się równocześnie od ziemi. Przesuwam dźwignię podwozia, zabłysło zielone światełko, sprawdzam zegary, ciśnienie, temperaturę, włączam celownik. Przez radio słyszę dobrze od dwóch tygodni znany kurs 110 stopni.
Dzidek [Zdzisław Henneberg] prowadzi dywizjon. Słońce zaczyna już dokuczać, świeci prosto w oczy. Spoglądam jak wskazówka wysokościomierza systematycznie krąży na zegarze: 5, 7, 9, 14, 16 tysięcy stóp. Około dwóch metrów przede mną bez przerwy sterczy kółko ogonowe mego poprzednika, numery boczne ciasno trzymają się prowadzących. František zbliżył się do mnie na jakieś 5 metrów, Boguś również. Przez radio pada zapowiedź nieprzyjaciela. Dzidek daje rozkaz: „Szyk bojowy!” Redukuję nieco gaz, zwiększam odległość od poprzedzającego klucza, z klucza tworzy się peleng [inaczej schody w prawo lub w lewo w zależności od sytuacji; peleng w prawo polega na tym, że maszyna oznaczona numerem 3, znajdująca się po lewej stronie prowadzącego, przechodzi dołem na prawą stronę, za numer 2].