Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

Polscy lotnicy w armii carskiej podczas I Wojny Światowej

Polscy lotnicy w armii carskiej podczas I Wojny Światowej

Dokonania polskich lotników służących w armiach państw zaborczych podczas I Wojny Światowej są słabo znane. Trudno znaleźć publikacje i dokumenty dotyczące działań Polaków, lotników, którzy podczas konfliktu toczącego się w latach 1914-1918 odnosili sukcesy i po zakończeniu wojny włączyli się w proces budowy sił powietrznych odrodzonego państwa polskiego.

Szczególnie wielką rolę odegrali Polacy służący w armii Imperium Rosyjskiego. Pomimo ich wielkiego udziału w zmaganiach wojennych na froncie wschodnim i wielu sukcesów, jakie odnieśli, nazwiska takich wybitnych asów rosyjskiego lotnictwa takich jak choćby Donat Makijonek pozostają bliżej nieznane większości historyków, a tym samym i społeczeństwu.

Rosyjska czapka – przepisowe nakrycie głowy lotników rosyjskich oraz model największego rosyjskiego samolotu I Wojny Światowej, bombowca Ilija Murmoniec, fragment ekspozycji „Skrzydła Wielkiej Wojny” w Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie, (Zdj. autor)

Rosyjska czapka – przepisowe nakrycie głowy lotników rosyjskich oraz model największego rosyjskiego samolotu I Wojny Światowej, bombowca Ilija Murmoniec, fragment ekspozycji „Skrzydła Wielkiej Wojny” w Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie, (Zdj. autor)

W chwili wybuchu I Wojny Światowej nie istniały jeszcze wyspecjalizowane samoloty myśliwskie, bombowe i rozpoznawcze. Początkowo załogi nie dysponowały żadnym uzbrojeniem – po napotkaniu samolotu przeciwnika piloci pozdrawiali się wzajemnie. Wraz z rozwojem działań wojennych serdeczność ustąpiła miejsca wrogości. Załogi zabierały na pokład granaty, a nawet cegły, które z powietrza zrzucano na wojska przeciwnika. W ten sposób narodziły się pierwsze samoloty bombowe, do zwalczania których zaczęto kierować inne samoloty, początkowo uzbrojone w zwykłe karabiny.

Choć może wydawać się to zupełnie nieprawdopodobne, ale ówcześni piloci korzystając z broni piechoty, a nawet z pistoletów potrafili zestrzelić maszynę nieprzyjaciela. Za przykład może posłużyć chociażby historia polskiego lotnika, oficera lotnictwa Imperium Rosyjskiego, Antoniego Ernesta Mroczkowskiego. Po latach relację A. Mroczkowskiego na łamach poczytnego tygodnika „Skrzydlata Polska” opublikował Janusz Kędzierski. Warto przytoczyć ją w całości – potyczka pomiędzy pilotowanym przez A. Mroczkowskiego „Farmanem”, a niemieckim „Albatrosem” wspaniale nadawałaby się na scenę do świetnego filmu akcji.

Jak zapewne uczyli cię w historii – rozpoczął Antoś – front wschodni późną jesienią 1915 roku ustabilizował się gdzieś od Rygi i poprzez błota pińskie różnymi esami floresami docierał do granicy rumuńskiej. Całą tę gigantyczną odległość pokrywała siatka zasieków i solidne okopy, gdzie chłop stał koło chłopa. Czasami chłop strzelał. Od wiosny do późnej jesieni pełno było huku oraz dymu, co się nazywało dawniej „ofensywą”, a obecnie „natarciem”. W zimie za to, kto tylko mógł i jak mógł grzał się. Piechurzy w brudnych ziemiankach, a my lotnicy w lepszych czasem gorszych kwaterach daleko za frontem. Ponieważ był to grudzień, głównym naszym zajęciem było właśnie grzanie się. Czasami trzeba było jednak latać, by odwieczny wróg wiedział, że czuwamy. Eskadra, w której wówczas służyłem od czasu ukończenia szkoły pilotów w stopniu podporucznika, miała za zadanie obsługę dowództwa korpusu. Chodziło głównie o rozpoznanie, rzadziej o bombardowanie – nie bardzo zresztą w tych czasach skuteczne. Lotnisko nasze po prostu średniej wielkości równe pole, było położone na wschód od Stochodu, o zaledwie kilka kilometrów od pierwszej linii. (…)

Personel latający był zakwaterowany w domu «pomieszczyka» (dziedzica), zresztą wcale wielkiego magnata. Dom jego był dość skromny, parterowy. (…) W tym czasie latałem na dwumiejscowym «Farmanie» ze skrzydłem pchającym. Towarzyszem moim w charakterze obserwatora był zazwyczaj pewien starszy ode mnie wiekiem porucznik, żonaty, dzieciaty. Pamiętam, że zaklinał mnie przed każdym lotem bojowym, bym przelatywał możliwie wysoko linię frontu. Miał trochę racji, bo był to bezwzględnie najniebezpieczniejszy odcinek lotu. Nadziewaliśmy się prawie zawsze na jakiś karabin maszynowy, co przy naszej małej prędkości i wysokości wcale nie należało do przyjemności. Na szczęście po przeleceniu frontu był to dalej już właściwie spacer. Spacer, który mógł się jednak skończyć w każdej chwili przymusowym lądowaniem z racji mocno niepewnych silników. Samoloty wroga w powietrzu nas nie zaczepiały. Czasami tylko oglądaliśmy nad lotniskiem niemieckie «Albatrosy», do których z kolei strzelała – też nie celnie – rosyjska artyleria polowa na specjalnych drewnianych podstawach. Pewnego grudniowego poranka – daty dokładnie nie pamiętam – wyznaczono moją załogę na rozpoznanie okolic Kowla. Wiedziałem, że jak zwykle zobaczymy kilka pociągów zaopatrzeniowych, oraz ewakuacyjnych i właściwie niewiele więcej. Z góry było wiadome, że na tamtejszych bagnistych, pozbawionych dróg terenach żadne większe działania wojenne w ziemie nie są możliwe. Ciepło ubrani – mój obserwator z groźnym «Winchesterem» na ramieniu, a ja z potężnym «Mauserem» za pasem – raźno pomaszerowaliśmy do obserwacyjnego «Farmana». Tego dnia okazało się jak na dłoni, że nie jest to tylko obserwacyjna, ale iście myśliwska maszyna. Tak samo zmieniliśmy radykalnie zdanie co do naszego mizernego uzbrojenia, które przedtem traktowaliśmy raczej jako pewnego rodzaju dekorację teatralną. Coś w rodzaju szabel, które nosiła przedwojenna armia polska, a wiadomo było przecież z góry, że nikt nimi nieprzyjaciela siekać nie będzie.

W mroźnym powietrzu mój wehikuł wcale nieźle nabierał wysokości. Jak już uprzednio wspomniałem, nasze lotnisko było położone zaledwie kilka kilometrów od pierwszej linii. Zmuszeni więc byliśmy krążyć w okolicach pola wzlotów, aby zdobyć te marne 600-700 metrów, które umożliwiało stosunkowo bezpieczne przeskoczenie frontu. Zataczałem więc łagodne kręgi i patrzyłem sobie beztrosko na zaśnieżone bagna i pola oraz odcinające się zielenią kompleksy lasów. W pewnej chwili mój «szturman» wskazał na czarny punkcik zbliżający się od zachodu. Nasz czy Niemiec? Po chwili nie było żadnych wątpliwości. Był to «Albatros», niemiecki samolot wywiadowczy, znacznie wyższej klasy niż nasz przestarzały «Farman».

W pierwszej chwili widok «Albatrosa» nie zrobił na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia. Spotkania powietrzne z wrogiem polegały dotychczas po prostu na mijaniu się – na bliższym lub dalszym dystansie. Oni lecieli przeprowadzać swoją robotę wywiadowczą, my swoją. Jednak już po chwili zmieniłem zdanie. Załoga «Albatrosa» niedwuznacznie zdradziła jakieś agresywne zamiary w stosunku do nas. Korzystając z większej prędkości niemiecki pilot ustawił swoją maszynę tak, że początkowo leciał równolegle choć nieco wyżej od nas, potem zaczął się szybko zbliżać. To co teraz nastąpiło trwało znacznie krócej niż moja obecna opowieść.

«Albatros» podchodził niebezpiecznie blisko – odnoszę wrażenie, że pilot chciał nas staranować. Najwyraźniej dostrzegam niemieckiego strzelca, którzy przymierza się do nas ze swoich karabinów maszynowych. Mój obserwator strzela z samoczynnego «Winchestera» (miał on w magazynku 10 pocisków). Po pierwszym strzale karabin zacina się. Przekładam ster do lewej ręki i celując między pilota i silnik walę z «Mausera» cały magazynek. Za chwilę niemiecka maszyna znika mi z pola widzenia.

Co się z nią stało? Lecę teraz ostrymi zakrętami, aby nie dać się zaskoczyć. Już po minucie dostrzegam na tle białych pól samolot z czarnymi krzyżami na płatach. Szkop nurkuje pod dość ostrym kątem. Rozumiemy teraz dziwne zachowanie się załogi «Albatrosa»: śmigło nie obraca się… (…) Otarłem po prostu czoło z grubych kropli potu. Popatrzyłem w oczy «szturmanowi». Był biało-zielony. Ja też na pewno lepiej nie wyglądałem. Nie muszę ci chyba dodawać, że w tych czasach nikt w eskadrze nie słyszał nawet o spadochronach…

Na lotnisku powitano nas, jak byśmy powrócili z tamtego świata. Koledzy obserwowali spotkanie z «Albatrosem» i na temat jego przymusowego lądowania snuli różne domysły. Dopiero jednak, gdy przywiedziono obu Niemców, wszystko się wyjaśniło. Oto jeden pocisk rozerwał przewód benzynowy, a silnik bez dopływu świeżego paliwa ani rusz nie chciał dalej pracować… Do dziś pamiętam minę niemieckiego pilota, gdy pokazałem mu «Mausera». Nie dość, że z takiej broni nigdy nie zestrzelono przeciwnika w powietrzu, to na dobitek pistolet był przecież wyrobu niemieckiego.

Na drugi dzień jedna z naszych maszyn zrzuciła na niemieckie lotnisko meldunek ciężarkowy z listem, o którego wysłanie prosił pilot i strzelec «Albatrosa». W tych odległych czasach tego rodzaju poczta powietrzna należała prawie do reguły. Zawiadamiano stronę przeciwną o zabitych czy wziętych do niewoli, czasami przesyłano listy do rodziny lub osobiste fotografie lotników. Jednak nasz dowódca eskadry popełnił tu poważny błąd. Zupełnie niepotrzebnie zawiadomił Niemców, że załoga została zestrzelona przez pilota naszej eskadry. To najwidoczniej doprowadziło szwabów do furii[1]”.

Partnerzy



Przewiń do góry