Bombardowany Poznań, płonące dworce, pociąg jadący pod ostrzałem i rodzina, która zabiera tylko tyle, ile może unieść w rękach. Wspomnienia Zygmunta Baumana prowadzą w sam środek pierwszych dni wojny, gdzie klęska przestaje być pojęciem z podręcznika, a zaczyna mieć zapach dymu, strachu i poniżenia.
Wojna w relacjach świadków rzadko zaczyna się wielką historią. Częściej zaczyna się od torby spakowanej w pośpiechu, od ciemnej ulicy, od dworca, na którym nikt nic nie wie, od ojca próbującego zachować uczciwość nawet wtedy, gdy wokół płoną budynki i sypią się bomby.
W przytoczonym fragmencie W pierwszej osobie Zygmunt Bauman wraca do września 1939 roku i opisuje drogę z Poznania przez Inowrocław do Włocławka: ucieczkę, naloty, chaos, a później pierwsze antyżydowskie rozporządzenia i sceny publicznego upokorzenia.
Pierwszego września wojska niemieckie wtargnęły do Polski. Poznań, pierwsze duże miasto na drodze Hitlera do militarnych triumfów, był oddalony od niemieckiej granicy o mniej niż sto kilometrów. Już wczesnym rankiem pierwszego dnia wojny bomby zaczęły spadać na Poznań i nie przestawały, kiedy w nocy 2 września jednym z ostatnich pociągów opuszczałem ojczyste miasto. Na dworzec przekradaliśmy się w ciemnościach, kryjąc się w bramach, ilekroć nadciągała kolejna eskadra bombowców. Zabraliśmy ze sobą tyle tylko, ile mogliśmy unieść w rękach – a nikt w rodzinie siłaczem nie był.
Tekst jest fragmentem książki W pierwszej osobie. Wspomnienia i rozliczenia, która czeka na Ciebie tutaj:
Budynki dworcowe były już częściowo spalone, a na peronach panował zamęt całkowity. Tłum pchał się rozpaczliwie do doszczętnie już zatłoczonych wagonów. Na niektórych torach stały pociągi, gdzieniegdzie dymiły nawet lokomotywy, ale nieliczni kolejarze rozkładali bezradnie ręce: żaden nie potrafił udzielić informacji o planowanym odjeździe i stacjach docelowych.
Kiedy w końcu pociąg, do którego zdołaliśmy się całą szóstką wepchnąć, ruszył – niemieckie bombowce i myśliwce nieodstępnie nam towarzyszyły; maszynista kilka razy zatrzymywał, niepewien przejezdności to rów, a wtedy pasażerowie wyskakiwali z wagonów, aby się pod nimi skryć przed ostrzałem z nisko przelatujących samolotów.
Wreszcie w Inowrocławiu, po przejechaniu około stu pięćdziesięciu kilometrów w ciągu ośmiu bodaj godzin, nasza podróż dobiegła końca: dalej na wschód tory poorane były już bombami i zatarasowane przez opustoszałe pociągi z porzuconymi przez załogę, wypalonymi lub pokiereszowanymi przez bom by parowozami. Po nastaniu dnia naloty nie ustawały ani na chwilę i nie mogło być mowy o uprzątnięciu 76 zniszczonego sprzętu czy naprawie torów.
Budynki dworcowe w Inowrocławiu, a raczej to, co z nich trzeciego dnia wojny pozostało, płonęły. Rozzuchwalone brakiem oporu samoloty niemieckie obniżyły loty do paru metrów nad dworcem i szpikowały kikuty pociągów i ich nielicznych już miotających się w poszukiwaniu schronu pasażerów kulami z karabinów maszynowych.
Niemieccy piloci najwyraźniej znajdowali przyjemność w popisywaniu się (bezkarnie przecież!) swoim kunsztem. Pikowali niemal do ziemi, by po chwili wzbić się znów w niebo i po zatoczeniu kilku fantazyjnych pętli opaść na nowo, nieomal pionowo, w dół. Samoloty przelatywały tak nisko nad naszymi głowami, że mogliśmy dostrzec drwiący uśmieszek na twarzach pilotów…
Ale nie opuściliśmy dworca… Wśród bomb i pożarów czekaliśmy na Ojca, który nie mogąc pogodzić się z myślą, że przewiózł rodzinę z Poznania do Inowrocławia na gapę, wybrał się na poszukiwanie kasjerów. Wrócił po nas dopiero wtedy, kiedy przekonał się na własne oczy, że w ruinach dworcowego budynku nie było już nikogo, kto mógłby przyjąć należność za odbytą podróż. Niespłacony dług nadal zresztą nie dawał mu spokoju. Brzydził się wszelkiej nieuczciwości, a już całkiem nie zniósłby własnej.
Ostatni odcinek drogi – z Inowrocławia do Włocławka, w którym mieszkała rodzina mojej Matki, a do którego, jak liczyli moi rodzice, Niemcy nie dotrą – przebyliśmy na przypadkowo napotkanej chłopskiej furmance.
Cztery włocławskie ciotki spodziewały się chyba naszego przyjazdu, nie pamiętam jednak ich radości na wieść, że udało nam się uciec z zajętego już tymczasem przez Niemców Poznania; trzeźwiejsze od nas nie liczyły już na to, by się niemieckich najeźdźców udało zatrzymać. Umieściły nas w mieszkaniu opuszczonym przez rodzinę, która uciekła dalej na wschód, po czym przestały się nami zajmować. Miały dość własnych kłopotów…
Włocławek nie był dla niemieckich bombowców pierwszoplanowym obiektem, ale ulice miasteczka przedstawiały ponury widok. Nad Włocławkiem, jak i resztą gwałconego przez najeźdźców kraju, unosił się już gorzki i cierpki odór klęski.
Niedobitki pokonanego wojska uciekały przed prącą do przodu armią – konno, na chłopskich wozach albo i piechotą: czasami całym taborem, czasami grupkami, czasami w pojedynkę – rzadko oddziałami już w rozsypce. Wkrótce ostatni żołnierze z polskimi orzełkami na czapkach zniknęli z ulic Włocławka i w mieście zapanowała złowieszcza cisza. Po paru godzinach zjawili się Niemcy. Na motocyklach, ciężarówkach, czołgach.
Już w parę dni później Matka wycięła z mojej żółtej piżamy trójkąty i przyszyła do naszych płaszczy nakazany przez okupantów znak żydowskiej hańby. Z tymi żółtymi trójkątami na plecach wolno nam było odtąd chodzić tylko po jezdni; parę przynajmniej centymetrów poniżej chodników zarezerwowanych teraz wyłącznie dla istot niebędących Żydami, czyli ludzi i psów.
Tosia i jej mąż posiadali brytyjskie paszporty i jako obywatele Brytyjskiego Imperium – przynajmniej chwilowo – nie podlegali karnym rozporządzeniom niemieckich władz. Tosia miała teraz do wyboru z jednej strony powrót do jednostajnej i ponurej egzystencji w orientalnym babińcu, z drugiej zaś – życie pod okupacją nazistowską, nie tylko równie ponure i poniżające, lecz w dodatku także i okrutne, przerażające i nadto nieprzewidywalne. Pierwsza opcja, do niedawna tak odrażająca, wydała się naraz mniejszym złem; ba, jej okropieństwa nagle skarłowaciały… Udała się zatem do miejscowej komendantury niemieckiej i zgłosiła chęć powrotu do Palestyny.
To, co potem nastąpiło, byłoby z teatru absurdu rodem. Przed mieszkaniem, w którym schroniła się napiętnowana żółtymi łatami i pozbawiona wstępu na chodniki rodzina, zatrzymał się wypolerowany do pucu kabriolet, z którego wysiedli dwaj szykowni oficerowie niemieccy w skórzanych rękawiczkach.
Salutując i trzaskając obcasami, wręczyli mojej siostrze bilety na pociąg do Berlina i dowód rezerwacji pokoju w wytwornym berlińskim hotelu, wszystko to jedno i drugie sprezentowane, z komplementami, przez Trzecią Rzeszę. Przepraszali, że dalsza podróż jeszcze (na razie) niezałatwiona („…bo ci Anglicy, pani rozumie, są tak powolni…”), ale zapewniali, że zrobią wszystko, żeby sprawę przyspieszyć i że czekający na bilety podróżni będą pod opieką rządu Trzeciej Rzeszy tak długo, jak będzie trzeba.
Tak więc troje Żydów z żółtymi trójkątami na plecach odprowadzało na (już odrestaurowany) dworzec włocławski trójkę Żydów bez trójkątów. Odprowadzają cym niedane jednak było doczekać się odjazdu pociągu.
Jeszcze zanim Tosię z córeczką na rękach i mężem przy boku odeskortowano do wagonu zarezerwowanego dla niemieckich oficerów, żołnierz patrolujący stację wskazał palcem na mojego Ojca i z pomocą usłużnego ochotnika tłumacza zażądał: „Ty, Żydzie! Chodź no tu i wysprzątaj do glancu ten peron!”.
O szufli czy miotle nie było oczywiście wzmianki. Odwrócony tyłem do pociągu, którym odjeżdżała jego córka, z pełnymi łez oczyma wlepionymi w peronowe śmiecie, z rękoma lepkimi od końskiego nawozu, przemokniętych strzępów papieru i gnijących resztek jedzenia, z lufą karabinu wymierzoną w głowę – taki był obraz Ojca, jaki Tosia zabrała ze sobą w daleką drogę do kraju, który teraz miał stać się jej jedynym domem – na zawsze.
Wróciłem do mieszkania wstrząśnięty, z desperackim postanowieniem, że do podobnego publiczne go poniżenia i ośmieszenia Ojca więcej nie dopuszczę.
Napaści, znęcania, drwiny i upokarzanie nie były dla Ojca, podobnie jak dla mnie, nowym doświadczeniem; ale od tego, co się stało pod włocławskim dworcem, wiało grozą, jakiej ani on, ani ja dotąd nie zaznaliśmy…
Ale Ojciec się do spełnienia moich próśb i posłuchania moich molestowań nie kwapił. Raz na zawsze pogodzony ze swym losem, po którym dobrodziejstw już się od dawna nie spodziewał, Ojciec gotów był przyjąć i ten nowy, wymyślniejszy jeszcze i okrutniejszy rodzaj udręki.
Tak, przyznawał, czeka nas wiele cierpień, ale cierpienie, napominał, jest przeznaczeniem Żydów, którzy mieli dość czasu – stulecia całe – na to, by doń przywyknąć. Oni – Niemcy – nas nienawidzą, zrobią wszystko, aby nam dokuczyć i by nas upokorzyć, i życie nam zatruć, ale jak ciężkie byłyby próby, na jakie nas wystawią, mu simy je wytrzymać do końca wojny.
A gdzie mamy po temu szansę, jeśli nie wśród swoich? Trzymajmy się, my Żydzi, razem, skryjmy się w jakimś małym miasteczku, z dala od naszych ciemiężców, na przykład w niedalekiej od Włocławka Izbicy; mieszkają tam prawie sami Żydzi, to gmina z długą tradycją; pomagając sobie nawzajem i podtrzymując na duchu w ciężkich czasach, jakie nadchodzą, jakoś pospołu damy sobie radę i przeżyjemy naszych gnębicieli…
Tekst jest fragmentem książki W pierwszej osobie. Wspomnienia i rozliczenia, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Agora.
Fot. Zygmunt Bauman podczas uroczystości wręczenia Złotej Pieczęci Miasta Poznania.
