Szatańskie tango

Szatańskie tango |Recenzja

László Krasznahorkai, Szatańskie tango

Jest sobie wieś. Gdzieś na Węgrzech. Jedyne, czego jest tam pod dostatkiem to błoto. Oblepia ono nie tylko ubrania czy sprzęty, ale również ludzkie dusze. Wciąga je, odczłowiecza i nie pozwala podjąć żadnych działań. Chociaż o ich podjęciu dość dużo się mówi. Marazm rozrasta się do takich rozmiarów, że nawet samobójcza śmierć małego dziecka nie powoduje przebudzenia. Jak poradzić sobie w świecie, w którym to, co znane odeszło pozostawiając po sobie zgliszcza? Jak nie dać się wciągnąć w odmęty bagna, zarówno fizycznego, moralnego, jak i psychicznego? Pewną małą wskazówkę dalej László Krasznahorkai w swoim brawurowym Szatańskim tangu.

Czekając na błotnego Mesjasza w oparach palinki

Nazwijmy wprost bohaterów powieści węgierskiego noblisty: banda zapyziałych pijaczków pochłoniętych swoimi krzywdami w jakimś upadłym PGR-ze. Ogólnie brud, smród, ubóstwo, słabe na umyśle dzieci oraz kurestwo pokątne. Wiecznie pada, a pokłady błota osiągają objętość pokrywy lodowej na Grenlandii. Towarzyszy temu kolejne pokolenie pleśni i smród palinki (taki węgierski bimber – nie bójmy się nazwać tego wprost). Wszyscy czekają na Mesjasza, który ma ich wyciągnąć z tego całego syfu. Tylko, że to jest tylko taki chwyt marketingowy. Mesjasz, choć ponoć umarł i zmartwychwstał, to nikomu nie przyniesie zbawienia. Irimiás ma bowiem tyle wspólnego z mocą wyzwolenia, co moje poprzednie zdania z finezyjnością poetycką oraz ogólną poprawnością polityczną.

Krasznahorkai w swojej modernistycznej, nihilistycznej powieści w sposób doskonały dokonuje reinterpretacji mitu fałszywego mesjasza. Jest nim zawsze charyzmatyczny przywódca, tyran lub ideolog, który w czasach najgłębszych kryzysów żeruje na ludzkiej potrzebie nadziei i bezpieczeństwa. Jego obietnice zapowiadają radykalną zmianę, która w rzeczywistości doprowadza do katastrofy. I właśnie mamy dokładny opis Irimiása, który obiecuje wywieść pogrążonych w beznadziei mieszkańców wioski do Ziemi Obiecanej. I niestety, jak zawsze wychodzi z tego jedno wielkie gó….. znaczy błoto. W dodatku bez palinki.

Ciężkie się wylosowało, ale brnijmy

Recenzowana pozycja należy do lektur z cyklu absolutnie nieprzyjemnych. Właściwie nic dobrego nie spotyka w niej ani bohaterów, ani czytelnika. Kunszt autora pozwala na dokładne oblepienie się duszną atmosferą i błotem, przesiąknięcie niemocą oraz poczuciem krzywdy. Jest to naprawdę genialny sposób prowadzenia narracji. Ogromną rolę odgrywają w niej kilometrowe zdania, w których można się sześć razy zgubić i trzy razy odnaleźć. To wszystko wręcz porywa czytelnika do chocholego tańca albo być może już dance macabre. Wszystkie strony relacji: postacie z książki, czytający oraz piszący stają się niewolnikami własnej wolnej woli. Bo przecież mogę nie brnąć w to błoto jak bohaterowie, mogę nie czytać, nie brudzić się, ale co będzie za trzy strony?

Chociaż Szatańskie tango dzieje się gdzieś po upadku systemu, to jednak jest powieścią absolutnie uniwersalną. I może właśnie przez to aż tak niewygodną, bo uświadamia nam, że każdy z nas ma okresy, gdy topiąc się po uszy w błocie zamiast działać czeka na swojego Irimiása. Bo każdego, niezależnie od hartu ducha może pociągnąć fałszywy mesjasz.

Czy warto?

Recenzowana pozycja to nie jest lektura kocykowo-czekoladkowo-herbatkowa. To literatura, która wymaga, mocuje się z czytelnikiem, wyciąga go z jego poszufladkowanego świata. Dekonstruuje mu ten świat pokazując, że może nie jest tak, jak myśli. Polecam, chociaż ostrzegam, że będzie to lektura wagi ciężkiej i nie będzie wstydem zostać przez nią pokonanym.


Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 6/6
Daria Czarnecka


Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.