Nie był starcem, a wyglądał jak ktoś, kogo śmierć ma już w grafiku. Gdy w Węgrzcach ciało odmawia posłuszeństwa, a przyjaciele przyjeżdżają już nie tyle w odwiedziny, co na ciche pożegnanie, nawet oni boją się nazwać po imieniu ostatnie miesiące Wyspiańskiego. Między bólem, unieruchomioną ręką a kolejnymi wyjazdami bliskich zostaje mu tylko jedno narzędzie kontroli – decyzja, co ocaleje z jego papierów, a co pójdzie w ogień. To historia człowieka, który do końca próbuje sam zdecydować, jak będzie wyglądał jego finał.
Gdy myślimy o Wyspiańskim, zwykle widzimy rozświetloną scenę, tłum w Teatrze Miejskim, cytaty z „Wesela” powtarzane do znudzenia na szkolnych akademiach. Tymczasem końcówka jego życia to zupełnie inny obraz: wiejska izba w Węgrzcach pod Krakowem, łóżko zastępujące pracownię, ciało stopniowo odcinające go od malowania i od sceny. W tym świecie teatralny zgiełk zastępują szepty lekarzy, nerwowe rozmowy bliskich i szeptane po kątach przypuszczenia, czy to jeszcze choroba, czy już początek umierania.
Wokół niego krąży kilka środowisk, które rzadko się ze sobą dogadują: krakowska bohema, lekarze przekonani, że wiedzą lepiej, co mu wolno, rodzina z własnymi interesami i ludzie pokroju Wilhelma Feldmana czy Janiny Stankiewiczowej, próbujący go po prostu ratować – raz z potrzeby serca, raz z poczucia, że nie można pozwolić, by tak ważny twórca odchodził w nędzy i chaosie. To zderzenie ambicji, lojalności i zwykłej ludzkiej małości sprawia, że choroba Wyspiańskiego przestaje być tylko medycznym faktem, a staje się polem walki o wpływ na jego ostatnie decyzje.
Ten czas to także test dla samego artysty. Z jednej strony – fizyczna bezradność, zależność od innych w sprawach najbardziej podstawowych. Z drugiej – rozpaczliwe próby zachowania kontroli: nad własnym dorobkiem, nad tym, kto ma dostęp do jego pokoju, nad tym, jakie teksty przetrwają, a jakie znikną w płomieniach pieca. To właśnie wtedy, między kolejnymi przeprowadzkami, konfliktami wokół opieki i pośpiesznym szyciem żałobnych strojów, rozgrywa się właściwy dramat jego odchodzenia – mniej efektowny niż sceny z „Wesela”, ale dużo bardziej bezlitosny.
Pożegnania
Na plecach nosi wytarty barani kożuszek, na włosach okrągłą czarną czapeczkę, podobną do tej, którą przed laty nosił Kazimierz Stankiewicz. Leży w łóżku, tylko czasem siedzi w drewnianym fotelu na podwórku. Potrzeba pomocy, aby przenieść go na zewnątrz. Prawą rękę ma ujętą w deszczułki, lewą częściowo sprawną. Trzy środkowe palce są niewładne. Bóle kostno-stawowe odbierają mu sen.
Tekst jest fragmentem książki Wyspiański. Dopóki starczy życia, która czeka na Ciebie tutaj:
Tym, którzy widzą go po długiej przerwie, przypomina Łazarza. Twarz naznaczona chorobą, blada, wychudła, włosy przylegające do czaszki. „Piotrowin” powiedzą po latach Karol Frycz i Władysław Reymont.
„Usiadł z trudem, wyglądał strasznie, podobien był do Piotrowina, miał twarz zapadłą, poczerniałą i wyschłą, prawą rękę w bandażach, a lewą władał tylko częściowo, głos obcy, niewyraźny, a tylko oczy były jeszcze dawne, oczy jasnoniebieskie, władcze i mądre, oczy pełne błyskawic i woli nieugiętej, hetmanie oczy walki. Nie mogłem mówić, porażony grozą jego twarzy”[1].
W relacjach Władysława Reymonta i Konstantego Srokowskiego Wyspiański opowiada o planach na przyszłość i nowych utworach literackich. „Mówił prawie bez przerwy” – napisze Stanisława Wysocka. Bliższe prawdy są słowa Jerzego Leszczyńskiego, który przyjechał do Węgrzec wiosną 1907 roku:
„Widoku, który ukazał się naszym oczom, nie zapomnę do końca życia. W dużej, widnej izbie, zawalonej książkami, obrazami, kartonami i farbami, na wielkim drewnianym łóżku, szerokim niezwykle, w poprzek, na poduszkach opartych o ścianę, na pół siedząc, leżał Wyspiański. […] Po chwileczce, łapiąc z trudem powietrze, zapytał o cel naszej wizyty. Ogarnęło nas przerażenie! Mówił… a my nie mogliśmy zrozumieć ani jednego prawie słowa! Choroba czyniła w jego organizmie zastraszające postępy, atakowała już gardło
i podniebienie, wskutek czego z ust wielkiego poety i męczennika wydobywały się słowa zniekształcone w dźwięku. Po chwili nieludzkiego prawie natężenia słuchu i nerwów zaczęliśmy go rozumieć”.
O problemach w komunikacji wspominają także Jadwiga Mrozowska i Leopold Staff, który towarzyszył Reymontowi tamtego dnia w Węgrzcach.
Oczy, które jeszcze pamiętają błyskawice
Tej jesieni Wyspiański żegna się z Józefem Mehofferem. Spotkanie – jak chce Stanisław Estreicher – miało „charakter serdeczny” i godny obu. Salomeę Hankiewiczową, która odjeżdża do Delatyna, żegna słowami: „No, nie wiem, czy się kiedy zobaczymy”.
Stefania Kuczkowa, kuzynka Teosi: „Był już bardzo chory. Miał specjalny wózek, którym sam kierował, jeżdżąc po ogrodzie. Bardzo lubił nas wszystkich z Konar. Płakał gdyśmy z Węgrzec wyjeżdżali”[2].
Żegna się z Bolesławem Raczyńskim, przeprasza za dług, którego dotąd nie uregulował[3]. Wizyty, które składają krakowscy znajomi, mają charakter pożegnania, nawet jeśli nikt o tym głośno nie mówi.
Nie ma pewności, kiedy odbyło się pożegnanie z teatrem. Jego teatrem. Adam Grzymała-Siedlecki wymienia listopad 1906 roku. Inne źródła mówią o sierpniu 1907 roku, kiedy nastąpiła okresowa i pozorna poprawa zdrowia. Konstanty Srokowski wspomina o sierpniowych wizytach w Krakowie. Aktorka Władysława Ordon-Sosnowska łączy wizytę z wystawieniem którejś z jego sztuk.
Pewną wskazówkę dają komunikaty teatralne w krakowskiej prasie. Wynika z nich, że w listopadzie 1906 roku Teatr Miejski w Krakowie nie wystawiał dramatów Wyspiańskiego. W 1907 roku nowy sezon teatralny rozpoczął się 24 sierpnia serią przedstawień dla urlopowiczów i kuracjuszy wracających z uzdrowisk. Prócz Dziadów w inscenizacji Wyspiańskiego, 29 sierpnia zagrano Bolesława Śmiałego, 31 sierpnia Wesele, po raz siedemdziesiąty na scenie krakowskiej, 2 września Wyzwolenie, cztery dni później Warszawiankę, wreszcie 13 i 16 września ponownie Wesele[4].
Był to zatem któryś z listopadowych albo sierpniowych dni. Ludwik Solski siedział w swoim gabinecie na pierwszym piętrze gmachu teatralnego. Ktoś dał mu znać, że na placu św. Ducha w krytym powozie czeka Wyspiański. Nie może wejść na pierwsze piętro. Od dawna nie chodzi.
Teatr w oczach pełnych dawnych błyskawic
Adam Grzymała-Siedlecki: „Solski natychmiast organizuje czterech maszynistów i ci przenoszą Wyspiańskiego z karety na fotel – i na tym w górę uniesionym fotelu wnoszą na piętro. Wychodzimy naprzeciw. Wyspiański przede wszystkim czuje się, czy udaje, że czuje się, rozbawionym swoją «wygórowaną» pozycją: – «Mam w szufladach – mówi nam – rozpoczęty dramat renesansowy, gdzie papieża Juliusza II w podobny sposób wnoszą na scenę»”.
Wspominają Wyspiańskiego aktorzy:
Stanisław Stanisławski (Wesele, Noc Listopadowa): „Byłem przy nim i wtedy, gdy przyjechał na próbę z pobliskich Węgrzec. Wejść do teatru o własnych siłach już nie mógł. Wynieśliśmy fotel, posadzili na nim chorego i przy pomocy maszynistów wnieśliśmy na scenę. Choroba poczyniła już znaczne postępy. Mówił z trudnością, ale twarz miał pogodną i uśmiechniętą”[5].
Władysława Ordon-Sosnowska (Wesele, Wyzwolenie, Bolesław Śmiały): „Nie mogę o tym mówić bez wielkiej boleści. Na parę miesięcy przed jego śmiercią, w czasie prób jednego z jego dzieł, spotkałam go na schodach w teatrze krakowskim. Maszyniści teatralni wnosili go na krześle do kancelarii teatru”[6].
Wczesną jesienią Stankiewiczowa opuszcza Węgrzce. Stan zdrowia Wyspiańskiego gwałtownie się pogarsza. Tak o okolicznościach wyjazdu powie Karol Frycz w 1963 roku: „Jednej nocy żona wypędziła Stankiewiczową i zapowiedziała, że nie wolno jej progu przestąpić. Ciotka wyszła z tego domu w płaczu, który na pewno siostrzeniec słyszał, ale nie mógł czy nie umiał jej bronić. To był początek tragedii, jaka się miała rozegrać w najbliższej przyszłości”.
Konstanty Srokowski: „W najbliższym otoczeniu Wyspiańskiego nie umiano zrozumieć tak zawiłych przepisów dietetycznych, jak ten, że człowieka zagrożonego zanikiem nerek, nie karmi się nieodpowiednimi potrawami”.
Dom, w którym gasną te błyskawice
Jan Skotnicki: „W roku 1907 zaniepokoiła nas wieść, że Wyspiańskiemu coraz gorzej, że koniec jego chyba się zbliża. Położenie materialne tego wielkiego twórcy było ciężkie, zebraliśmy więc między sobą trochę groszy, by mu kawioru kupić i dać na leki.
Po paru dniach doszła nas wiadomość, że żona kilo przesłanego przez nas kawioru podobno sama na jednym posiedzeniu pożarła, a za pieniądze nasze, przeznaczone na leczenie, futro dla siebie kupiła. Lekarze zabronili mu używania alkoholu, ale ponieważ ona go lubiła, więc kupowała wina i likiery, część wlewała mężowi do gardła, a resztę sama wypijała. Trzeba było odebrać go spod opieki tej baby i oddać do lecznicy doktora Gwiazdomorskiego”.
Karol Frycz: „Lekarze zakazali używać choćby najdrobniejszej kropli alkoholu, bo to zabójstwo dla zdrowia w jego stanie choroby. Zaczęła mu podsuwać kieliszki. Rozpijała go świadomie. Twarda, nieczuła, a przy tym chciwa. Wilhelm Feldman odwiózł Wyspiańskiego niemal w agonii. Sam był do głębi wstrząśnięty, czynił wszystko, aby ratować, przedłużyć życie przyjaciela”.
Bóle stawowo-kostne przysparzają mu nowych cierpień. Mógłby jednak znieść jeszcze więcej. Któregoś dnia zwierza się Wilhelmowi Feldmanowi. Mówi o gotowości ponoszenia dalszych ofiar, cierpienia fizycznego za cenę odzyskania władzy w unieruchomionej dłoni. Przede wszystkim jest malarzem i już wie, jak powinien malować.
O Wilhelmie Feldmanie Teosia wspomni w wywiadzie z 1932 roku: „Feldmana [Wyspiański – M.Ś.] bardzo kochał. Z nim to nieraz godzinami, a godzinami. Ale mądrze godali. A Feldman to serdeczny psyjaciel. Do piekłaby za nim skoczył”.
Potwierdza Stanisław Lam: „Feldman robił nadludzkie wysiłki, aby zbierać wśród znajomych i przyjaciół pieniądze na utrzymanie tej familii, na leki i kosztowne opatrunki”[7].
To dzięki staraniom Wilhelma Feldmana Wyspiański ostatecznie zgadza się na konsultację u prof. Maksymiliana Rutkowskiego. Dziennikarz tygodnika „Świat” cytuje za bliskimi. „Nakłonić go do tego nie było łatwą rzeczą. Dopiero perspektywa odzyskania władzy w ręce odniosła skutek”.
Ostatnie błyskawice nad stosami papierów
Znakomity chirurg, który pod koniec października przyjeżdża do Węgrzec, mówi, że przywrócenie sprawności niewładnej ręki jest możliwe. Nie wiadomo, czy była to opinia lekarska, czy skuteczny argument na przewiezienie Wyspiańskiego w miejsce, gdzie otrzyma najlepszą opiekę w ostatnich dniach życia.
Stroje żałobne dla Teosi i Helenki już wiszą w węgrzeckiej szafie. Suknie, płaszcze i żakiety dostarczył 1 listopada Stanisław Miś właściciel zakładu krawieckiego przy ulicy Brackiej 6
Sobota 9 listopada 1907.
Ostatnią noc przed wyjazdem Wyspiański spędza w towarzystwie Stankiewiczowej. Porządkują dokumenty. Na wypadek, gdyby miał tu nie wrócić.
Wspomina Wilhelm Feldman: „niszczył wszystko, co nie wytrzymywało miary wysokiego artyzmu i jeszcze 9 listopada 1907, w przededniu przeniesienia się z Węgrzec do Sanatoryum krakowskiego, w którem miał życia dokonać, kazał spalić mnóstwo pomniejszych utworów poetyckich i urywków z dzieł większych; czyniła to pod naciskiem woli Poety pielęgnująca go p. Janina Stankiewiczowa, i tylko w rzadkich momentach osłabienia Jego kontroli zdołała pewne papiery od ognia ocalić”[8].
Przemysław Mączewski dodaje: „Gdy się obrócił albo zaczytał, pani Stankiewiczowa ukradkiem odkładała niektóre rzeczy”[9].
Tej nocy Wyspiański wrzuca do ognia niepublikowane sceny dramatyczne, wiersze satyryczne, sporo notatek, szkiców i listów. W teczce autorskiej zostawi autografy nieskończonych dramatów, co najmniej dziewięciu, pisanych w latach 1904–1905.
Tekst jest fragmentem książki Wyspiański. Dopóki starczy życia i powstał we współpracy z Wydawnictwem Iskry. Opracowanie, wstęp i śródtytuły: Agnieszka Cybulska.
[1] W.St. Reymont, [Ostatnie odwiedziny u Wyspiańskiego], [w:] Wyspiański w oczach współczesnych, t. 2, s. 457.
[2] K. Zbijewska, Bzy kwitną przed domem Sary, „Dziennik Polski” 1972, nr 156.
[3] Po śmierci Wyspiańskiego Raczyński będzie domagał się zwrotu pieniędzy od spadkobierców na drodze sądowej. Szczegóły sprawy toczącej się przed c.k. Sądem Powiatowym Cywilnym doprowadzą do oficjalnego zerwania stosunków towarzyskich Bolesława Raczyńskiego i pełnomocnika rodziny Józefa Skąpskiego.
[4] Chronologia opracowana na podstawie komunikatów teatralnych drukowanych w dzienniku „Czas”.
[5] S. Stanisławski, [Wspomnienia aktora], [w:] Wyspiański w oczach współczesnych, t. 2, s. 386.
[6] Wyspiańskiemu Teatr Krakowski 1907–1932, s. 59.
[7] Stanisław Lam, historyk literatury, wydawca i dziennikarz, poznał Wilhelma Feldmana już po śmierci Wyspiańskiego. Wspomnienia z rozmów z Feldmanem zamieścił w książce Życie wśród wielu, Warszawa 1968.
[8] W. Feldman, Objaśnienia, [w:/] Pisma pośmiertne, t. 2, Kraków 1910, s. 227. Cyt. za: Kalendarz życia i twórczości Stanisława Wyspiańskiego, t. 3, s. 523.
[9] P. Mączewski, [Notatki z rozmów z Janiną Stankiewiczową], [w:] Wyspiański w oczach współczesnych, t. 1,
s. 25.
