Agnieszka Głębicka, Śląszczyki

„Śląszczyki” Agnieszki Głębickiej to powieść, która nie daje jednoznacznej opowieści. Powieść o miłości, przemocy i tożsamości na ziemiach, które zmieniały właścicieli szybciej niż ludzie zdążyli zmienić imiona.

Śląsk, który nie chce być jednoznaczny

Ta powieść to nie jest zwyczajna saga rodzinna – to gwara, krew i całe życie wciśnięte między niemieckie kościoły a polskie odzyskane ziemie. Autorka buduje świat, w którym godka śląska miesza się z niemieckimi echami tak naturalnie, jak miesza się tożsamość bohaterek – ani do końca polskich, ani do końca niemieckich, tylko śląskich, co samo w sobie jest osobnym, bolesnym bytem. Nowe imiona i nazwiska, które bohaterki przyjmują albo którymi je zmuszają się nazywać, stają się osobną formą przemocy – każda zmiana w papierach to kawałek wymazanej pamięci, kawałek kogoś, kim się już nie wolno być.

Historia kobiet, które kochają się wbrew wszystkiemu – wbrew kościołowi, wbrew wojnie, wbrew własnym rodzinom – prowadzona jest z odwagą, która czasem aż zapiera dech. Te relacje nie są tu ozdobnikiem ani prowokacją dla samej prowokacji – są kolejnym frontem, na którym bohaterki muszą przetrwać. Trzeba jednak przyznać: sceny cielesności czasem ocierają się o kicz, jakby autorka sama nie do końca wiedziała, jak pisać o pożądaniu bez wstydu albo bez nadmiaru metafor, które psują nastrój zamiast go budować.

Kłótnie, klątwy i coś jeszcze

Fantastyczne wątki – dziwny kościół, przemoc między kobietami, Niemcy murujący się żywcem przed Armią Czerwoną – nie tłumaczą historii, tylko ją zagęszczają. To nie jest magiczny realizm dla ozdoby: mur, za którym ktoś się zamurowuje, żeby przeżyć albo żeby umrzeć po swojemu, staje się najbardziej dosadnym obrazem całej powieści – granica, tożsamość, wybór, którego nikt naprawdę nie miał.

Przekleństwa po śląsku brzmią tu jak egzorcyzm i jak czułość naraz – kłótnie między bohaterkami są brudne, głośne, momentami brutalne, i właśnie dlatego wiarygodne. Nikt się tu nie cacka ani z językiem, ani z ludźmi.

Ziemia, która nie ma jednego imienia

Wątek budowania polskości na ziemiach zabranych – czy odzyskanych, zależy kogo pytać – jest tłem, ale wcale nie mniej ważnym niż pierwszoplanowe historie miłosne. Nowi osadnicy, starzy mieszkańcy, język, który się zmienia z dekady na dekadę – to wszystko sprawia, że Śląsk w tej książce jest żywym organizmem, a nie dekoracją historyczną.

Książka nie odpowiada, czym był i jest Śląsk – polski czy niemiecki. Zostawia czytelnika z pytaniem, czy z historii można wyjść bez blizn i sugeruje negatywną odpowiedź na to pytanie.


Wydawnictwo Czarne

Ocena recenzenta 6/6

Magdalena Kaczmarek

Comments are closed.