Ci którzy poznali błędy historii, na ogół jej nie tworzą – rozmowa z prof. Jackiem Bartyzelem

Warto zwrócić w tym miejscu uwagę na jeszcze jeden aspekt. Uzurpatorskie linie dynastyczne w XIX wieku we Francji, Hiszpanii, Portugalii i Włoszech (a w Anglii jeszcze wcześniej, bo od 1688 roku), przeciwko którym występowali w obronie prawowitych królów legitymiści, zdołały zdobyć trony, a niektórych wypadkach zapewnić sobie także bezpieczną tranzycję w świat demokracji współczesnej, dzięki temu, że zawarły sojusz z tym sektorem rewolucji, który uznały za najmniej groźny dla siebie samych, tj. z wielką burżuazją – zwłaszcza z oligarchią kupiecką i finansową. Można rzec, że tradycyjny „sojusz tronu i ołtarza” został przez nie zastąpiony „sojuszem tronu z giełdą”. Przydomek „króla bankierów”, jaki zyskał sobie Ludwik Filip Orleański, był w pełni „zasłużony”. Tym samym, można uznać, że królowie ci ponoszą też w pewnej mierze odpowiedzialność za największy dramat naszej epoki, czyli powszechną niewolę niemal wszystkich państw i narodów u „międzynarodówki lichwiarzy”. Natomiast wyzuci ze swoich tronów lub do nich nigdy niedopuszczeni królowie-wygnańcy dostrzegli – i zajęli wobec niego stanowisko – najważniejszy problem społeczny i moralny doby (nieuchronnej skądinąd i mającej też pozytywne strony), czyli kwestię robotniczą. Było to zresztą zgodne z ogólnym kierunkiem myśli konserwatywnej czy tradycjonalistycznej w tym stuleciu, stawiającej problem uczłowieczenia warunków pracy i egzystencji oraz zintegrowania z resztą społeczeństwa „czwartego stanu”, czyli proletariatu. Wystarczy zajrzeć do klasycznej już historii katolicyzmu społecznego we Francji J.-B. Duroselle’a, żeby przekonać się, że pokrywa się ona nieomal w swoich początkach z ruchem legitymistycznym. Hrabia de Chambord (1820-1883), czyli francuski Henryk V de iure, już w 1851 roku wystosował List do robotników, po którym Adolphe Thiers – polityk będący kwintesencją „wilczego kapitalizmu” – oskarżył go wręcz o komunizm. Czwarty i największy z „królów karlistowskich” – Karol VII (1848-1909), w Tezach z Loredan (1897) ogłosił, iż „pragniemy wykorzystać i zastosować do prawodawstwa nauki godnej najwyższego podziwu encykliki Leona XIII [Rerum novarum]; życzymy sobie, aby właściciel i robotnik zjednoczyli się głęboko przez stosunki moralne i prawne, wcześniejsze i wyższe od twardego prawa popytu i podaży (…) i w ten sposób oswobodzić robotnika, dzięki chrześcijaństwu, z wszelkiej tyranii”. Określenie „monarchia społeczna” było zawsze dla karlistów jednym z głównych predykatów ich wizji tej formy ustroju. Nie wiemy oczywiście, co z tych deklaracji wyniknęłoby, gdyby książętom tym udałoby się odzyskać trony, ale analiza ich wypowiedzi pozwala sądzić, że w ich umysłach wykluła się idea powtórzenia, w nowych warunkach i z nowymi siłami społecznymi, sojuszu, jaki królowie epoki schyłkowego średniowiecza i renesansu zawarli – od Kastylii i Portugalii po Królestwo Polskie – z „ludem” właśnie (w sensie laos/populus), czyli z drobnym rycerstwem i szlachtą, albo z mieszczaństwem i „szlachtą togi”, przeciwko nazbyt rozwielmożnionym magnatom, „wielkim feudałom”, i którzy w ten sposób stworzyli pierwsze „państwa narodowe”. Tymczasem, z punktu widzenia typowego zwolennika monarchii liberalnej i „zburżuazyjniałej”, comte de Chambord czy Don Carlos to był (parafrazując wierszyk Asnyka) „wariat, co buntował proletariat”.

W przypadku Wandei czy meksykańskich Cristeros walka zakończyła się przegraną i rzezią. Czy karliści cokolwiek osiągnęli?

Na tle Wandei i meksykańskiej guerra cristera historia karlizmu nie jest aż tak tragiczna. Karliści wprawdzie przegrali trzy wojny w XIX wieku, ale nie zostali zniszczeni i złamani, czego najlepszy dowód stanowi to, że byli zdolni po 60 latach od ostatniej klęski poderwać się znowu do walki, biorąc wydatny udział w „ostatniej Krucjacie” i zwyciężając (chociaż przegrali pokój). O ile po Wandei i po cristeros zostały tylko zgliszcza, karlizm stał się zjawiskiem trwałym na wszystkich polach: politycznym, religijnym, kulturalnym, nawet społeczno-ekonomicznym. Karlizm nie pozostał tylko ruchem ludowym, ale stał się kompletną filozofią polityczną, zwłaszcza w XX wieku, za sprawą takich myślicieli, jak Juan Vázquez de Mella (1861-1928), Víctor Pradera (1872-1936), Francisco Elías de Tejada (1917-1978) czy Rafael Gambra (1920-2004). Przez 180 lat stanowił „ostatnią rezerwę duchową Cristiandad” w Hiszpanii. Nie złamali go ani liberałowie, ani czerwona Republika, ani faszyzujący falangiści. Niestety, jako ruch polityczny karlizm popełnił ideowe samobójstwo w latach 60. i 70., skierowany na manowce „socjalizmu samorządowego” (socialismo autogestionario) oraz „wolności religijnej” w duchu Dignitatis humanae przez księcia Karola Hugona Burbon-Parma (1930-2010). Z tej klęski nie podniósł się już nigdy, a to, co ocalało, to wysokiej próby intelektualnej „karlizm profesorski”, któremu jednak lud się zgubił. Dramat współczesnych karlistów polega na tym, że są maleńką wysepką Cristiandad na oceanie apostazji, zarówno odgórnej, jak oddolnej; są, jak pisze jeden z nich (historyk Javier Barraycoa), „tradycjonalistyczną arystokracją katakumb”.

Na zakończenie muszę zadać pytanie, jakie stawiam wszystkim rozmówcom portalu historykon.pl: po co studiować przeszłe dzieje, zwłaszcza – jak by się zdawało – tak przebrzmiałych, jak kwestia sukcesji w dziewiętnastowiecznej Hiszpanii? Czego uczy nas nieobliczalna nauczycielka życia?

Kwestia sukcesji hiszpańskiej jeszcze nie przebrzmiała, bo chociaż linia karlistowska w linii prostej wygasła w 1936 roku, to sztandar Tradycji dzierży wciąż krzepko książę prawdziwie chrześcijański, Sykstus Henryk Burbon-Parma, obchodzący właśnie jubileusz 75 urodzin, zaś monarchia „oficjalna” kompromituje się coraz bardziej z każdym dniem. Co się jednak tyczy zasadniczego pytania, to historia uczy nas przede wszystkim tego, aby unikać błędów popełnionych przez poprzedników. Niestety, ci którzy te błędy poznali, na ogół nie tworzą historii, ci zaś, którzy ją tworzą, rzadko mają okazję i chęć ją rzetelnie przestudiować. Poza tym, historia karlizmu ma pewne punkty styczne z naszą historią – od Konfederacji Barskiej po Żołnierzy Wyklętych, a obrona fueros przypomina świat samorządności Rzeczypospolitej narodu szlacheckiego.

rozmawiał: JG

Prof. Jacek Bartyzel, urodzony w 1956 r. w Łodzi, teatrolog, historyk myśli politycznej, filozof polityki, doktor habilitowany nauk humanistycznych w zakresie nauk o polityce (2003), kierownik Katedry Hermeneutyki Polityki.

Od 1975 działacz opozycji niepodległościowej i antykomunistycznej, współzałożyciel (1979) i rzecznik Ruchu Młodej Polski, internowany; współzałożyciel (1989) i prezes Klubu Konserwatywnego w Łodzi do 2012 r., a obecnie jego przewodniczący honorowy.

Autor kilkuset artykułów oraz kilkunastu książek. Ostatnio ukazała się jego praca:  „Nic bez Boga, nic wbrew Tradycji. Kosmowizja polityczna tradycjonalizmu karlistowskiego w Hiszpanii”.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*