Ci którzy poznali błędy historii, na ogół jej nie tworzą – rozmowa z prof. Jackiem Bartyzelem

Konieczne jest także pytanie o istotę władzy monarszej. W czasach monarchii konstytucyjnych podkreśla się raczej symboliczną rolę króla – on panuje jednocząc wokół siebie obywateli. Władza jednak jest w rękach poddanych – wynikałoby z tego, że zadaniem władcy jest być bardziej integratorem niż suwerenem.

Należy wyjść tu od sprostowania pewnego fałszu współczesnego języka politycznego, zawartego w samym określeniu „monarchia konstytucyjna”, przypisanym ekskluzywnie do formy ukształtowanej w XIX wieku, po serii rewolucji liberalnych oraz posiadających spisaną konstytucję i ostatecznie stających się także monarchiami parlamentarnymi, czyli takimi, w których „król panuje, ale nie rządzi”. Fałsz ten wynika – co znakomicie wywiódł Carl Schmitt – z ogromnego zubożenia i wypaczenia pojęcia „konstytucji” przez zredukowanie go do spisanej „ustawy konstytucyjnej”, jako najwyższego aktu normatywnego w tzw. państwie prawa. Jest to rezultatem pozytywistycznej doktryny i mentalności, dla której prawem w sensie właściwym (a faktycznie jedynym) jest właśnie tylko prawo pozytywne, odpowiednio promulgowane, a która neguje zatem i odsyła w sferę „nieba gwiaździstego” i niezobowiązujących przekonań jakiejś grupy osób wszelkie prawo „w sensie wyższym”. Na tę pozytywistyczną formę nałożyła się zaś liberalna ideologia polityczna z takimi jej teorematami, jak tzw. podział władz, podmiotowe prawa człowieka (abstrakcyjnego, czyli każdej, niezróżnicowanej jednostki), suwerenność ludu lub narodu itp. Tymczasem „konstytucja” w sensie właściwym to coś więcej niż spisana ustawa najwyższa: to zasada istnienia i działania jakiegoś organizmu, zarówno indywidualnego, jak zbiorowego, zawierająca jej racje ostateczne i artykułująca się – w wypadku wspólnoty politycznej – w duchu jej tradycyjnych i powszechnie respektowanych instytucji. Wszystkie zatem formy monarchii tradycyjnej, jakie istniały w Europie przed rewolucją liberalną, niezależnie od swojej zmienności i różnic, były konstytucyjne w tym szerszym (i właściwym) sensie. Bohaterka Restauracji burbońskiej w 1814 roku – Aimée de Coigny – pisała o monarchii ancien régime’u, że „był to rodzaj rządu, który miał swoje miejsce precyzyjnie odmierzone, wyznaczone i legalne, potrzebne wszystkim, sprawując nad wszystkim pieczę z wysokości”.

Istotą tych szczątkowych – „zdegradowanych”, jak przedmioty w świecie teatralnym Kantora – monarchii w dzisiejszej Europie nie jest więc ich „konstytucyjność”, ale to, że są one „ukoronowanymi demokracjami”, fasadą „kryształowego pałacu”, w którego wnętrzu rozbiła swoje obozowisko „kudłata zgraja” (Nicolás Gómez Dávila), posegregowana na „koczujące bandy, zwane partiami” (Enrico Corradini). Cały pożytek z króla w tych pseudo-monarchiach to możność otrzymania szlacheckiego tytułu przez „zasłużonych” członków klasy polityczno-medialnej, plutokratów i celebrytów pop-kultury. Wszystkie (z wyjątkiem Królestwa Danii, ale w praktyce nie czyni to różnicy) konstytucje monarchii w dzisiejszej Europie przyznają suwerenność „ludowi” lub „narodowi”. Jest to perwersyjne odwrócenie porządku wertykalnego, będącego istotą monarchii. „Monarchia demokratyczna” to najbardziej absurdalny oksymoron współczesnego języka politycznego, albowiem jeśli monarchia jest w swojej istocie formą rządu, czyli rzeczywistego decydowania, to nie może być ona jednocześnie, pozbawionym efektywnej władzy, ozdobnym dodatkiem do innej formy rządu, czyli demokracji. Faktem jest, że tę ornamentacyjną funkcję monarchii w demokracjach określa się szumnie właśnie jako „rolę symboliczną”, „jednoczenie” czy „integrowanie”, ale są to frazesy pozbawione jakiejkolwiek treści. Nie ma bowiem czegoś takiego, jak abstrakcyjne integrowanie „w ogóle”, ani symboli, które do niczego nie odnoszą. Monarchie realne zawsze integrowały i symbolizowały, ale coś i wokół czegoś, co je samo przekraczało i usprawiedliwiało, czyli transcendentnego porządku boskiego, lex divina aeterna, będącego źródłem wszelkiego prawa i wszelkiego autorytetu, a także dziedzictwa historii. Tymczasem ten właśnie porządek, wraz ze wszystkimi jego pochodnymi, jak prawo naturalne, oraz to dziedzictwo, zostały uroczyście i ostentacyjnie odrzucone przez ateistyczne demokracje współczesne. „Symboliczna rola” króla w „ukoronowanych demokracjach” jest więc niczym innym, jak symulakrem, bo desygnat tego „symbolu” został „znicestwiony”; demokratyczny król „symbolizuje” wyłącznie siebie, czyli kogoś, kto w demokracji jest na liście cywilnej w charakterze opłacanego przez podatnika „symbolu”.

Potencjalność władzy w monarchii może być oczywiście w różnym stopniu aktualizowana, o czym można się przekonać porównując choćby „słabą” monarchię wczesnofeudalną, gdzie król jest właściwie tylko seniorem, pierwszym z rycerzy, z absolutystyczną monarchią nowożytną. Ale absolutnie nieredukowalna jest jedna funkcja monarchy – jako strażnika sprawiedliwości opartej o normy prawa moralnego, których człowiek nie ustanawia, lecz jest im podległy. Rzecz jasna, bycie obrońcą „wdów, sierot i ubogich” było raczej ideałem niż codzienną rzeczywistością, lecz to podług niego współcześni i potomni oceniali władców. Dziś, monarchowie pozbawieni rzeczywistych atrybutów władczych, skazani na rolę „gnuśnych królów”, nie tylko, że nie są w stanie obronić przed zagładą swoich najbardziej bezbronnych poddanych: nienarodzonych dzieci, mordowanych w rzeźniach aborcyjnych, czy niedołężnych i starców poddawanych eutanazji, ale gdyby nawet próbowali to uczynić, właśnie wtedy uznano by ich za „niekonstytucyjnych”, a może i „tyranów”. Niegdyś, ikoną tyranii i przestrogą dla królów był Herod; dzisiaj „rzeź niewiniątek” jednoczy obywateli z królem, bo została przegłosowana demokratycznie.

W którym momencie pojawia się monarchizm? Czy jest to system powstały po upadku monarchii? W ten sposób za pierwszych monarchistów moglibyśmy uznać zwolenników powrotu Tarkwiniuszów na tron rzymski. Chyba nie powinno być wątpliwości, że monarchizm jest wtórny do monarchii.

Musimy tu rozróżnić dwie postaci monarchizmu: spontanicznego i refleksyjnego. Ten pierwszy jest, można rzec odwieczny, to jakby forma niezbywalnego instynktu, w który człowiek został wyposażony, i który sprawia, że nawet „postępowi” chrześcijanie nie oczekują Republiki Niebieskiej, tylko Królestwa Niebieskiego, i nikomu też nie przyszłoby do głowy wybierać Prezydentową Piękności. Jak pisał Paul Claudel, w monarchii „człowiek każdy od chwili narodzin znajdował nad sobą monarchę wieczyście na swym dawnym miejscu, aby dowiedzieć się natychmiast, iż nie istnieje sam dla siebie, ale dla innych, i aby poznał pana przyrodzonego”. Lecz tego rodzaju monarchizm mógł istnieć tylko dopóki wszyscy byli monarchistami – nie wiedząc o tym, a ściślej mówiąc: nie zastanawiając się nad tym i nie wyobrażając sobie, że mogliby być kimś innym. Ten monarchizm został zamordowany nie tylko wraz z zamordowaniem króla, ale wraz z następującym po nim „odczarowaniem”, charakterystycznym dla epoki panowania techniki i rozumu instrumentalnego. Pierwszy sens tego przełomu zrozumiał Joseph de Maistre pisząc w Liście rojalisty sabaudzkiego do swoich rodaków: „Wierni poddani ze wszystkich klas i wszystkich prowincji – musicie nauczyć się być rojalistami; niegdyś był to instynkt dzisiaj to nauka”. Bez wątpienia zatem monarchizm doktrynalny jest późniejszy, dużo późniejszy, niż monarchia i powstaje jako namysł nad kryzysem monarchii i jako rozumowa refutacja antymonarchizmu. Jest w tym oczywiście pewien paradoks, ale dotyczący w ogóle konserwatyzmu czy tradycjonalizmu, będącego myślą z natury rzeczy reaktywną. Nikt nie określał się przecież jako konserwatysta czy tradycjonalista w starożytności czy w średniowieczu. Ale paradoks ów dotyczy nawet każdej autentycznej filozofii politycznej. Platon nie snułby namysłu nad „najlepszą polis”, gdyby polis ateńska była w dobrej kondycji.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*