kamikaze

Co wspólnego ma Imperium Mongolskie z japońskimi samolotami – czy wiesz skąd oddziały kamikaze wzięły swoją nazwę?

Czy tajfun, który miał rozproszyć flotę Kubilaj-chana, może mieć coś wspólnego z samolotami II wojny światowej? W XIII wieku Japończycy stworzyli legendę kamikaze – boskiego wiatru, który ocalił ich wyspy przed Mongołami. Kilkaset lat później ten sam termin ożył jako symbol skrajnego poświęcenia, gdy piloci-samobójcy uderzali w alianckie okręty. W tej opowieści prześledzimy drogę od średniowiecznej legendy do nowoczesnej, choć makabrycznej taktyki, która miała powstrzymać amerykańską inwazję. Zobaczymy też, jak mit stał się narzędziem propagandy i jaką cenę zapłacili za niego ludzie.

Boski wiatr – co powstrzymało flotę Kubilaj-chana? Mongolskie ambicje

Sytuacja polityczna Azji w XIII wieku odwróciła się do góry nogami przez pojawienie się znikąd nowego politycznego hegemona w postaci Imperium Mongolskiego. Konfederacja nic nieznaczących plemion stepowych, której protoplastą był sławny Czyngis-chan w niespełna sto lat podporządkowała sobie ziemie od Rusi i Anatolii aż do Półwyspu Koreańskiego.

Imperium Mongolskie szybko uległo jednak politycznemu rozkładowi i realna władza na zdobytych terenach przeszła w ręce poszczególnych chanów. Kiedy w 1271 roku Kubilaj-chan ogłosił w Chinach założenie Wielkiego Państwa Yuan, jego autorytet na zachodzie był już raczej tylko symboliczny.

Chociaż Japonia w tym czasie pozostawała wciąż poza strefą wpływów mongolskich, Kubilaj ostrzył sobie na nią zęby. W roku 1266 wielki chan spisał i wysłał list do cesarza w Kioto, w którym grzecznie, acz stanowczo zasugerował uznanie mongolskiego zwierzchnictwa (list dotarł tam dopiero w 1268).

W dokumencie owym zawarł wymowną prośbę: ,,Błagamy, abyś odtąd, o Królu, nawiązał z nami przyjazne stosunki, tak by mędrcy mogli uczynić cztery morza swym domem. Czy rozsądne jest odmawiać wzajemnych stosunków? To prowadzi do wojny – a któż lubi taki stan rzeczy! Rozważ to, o Królu.” (Delgado, 2008, s. 89-90). Japończycy pozostawili list bez odpowiedzi i przygotowali się do obrony swoich wysp. Już wtedy wiedzieli, że inwazja jest nieunikniona.

Dwuwładza w Japonii

W momencie inwazji Kubilaj-chana panował w Japonii okres swoistej dwuwładzy. Dwór cesarski (kuge) miał prawo do obsadzania urzędu cywilnych gubernatorów (kokushi) oraz części dochodów z ziem, jednak w gruncie rzeczy jego kompetencje były już coraz bardziej fikcyjne i sprowadzały się do roli ceremonialnej.

Rzeczywista władza na Wyspach Japońskich znajdowała się w rękach wojowników (buke), których symbolicznym przywódcą był szogun w Kamakurze. Realnie jednak rządził w kraju przedstawiciel rodu Hōjō jako shikken, czyli regent szoguna. Na prowincji natomiast Kamakurę reprezentowali urzędnicy zwani shugo i jitō. W razie potrzeby mobilizowali oni do armii samurajów, którzy w zamian za nadania ziem byli zobowiązani do służby wojskowej – na podobnych zasadach jak rycerze w Europie.

Japonia była zatem wówczas krajem politycznie skomplikowanym, pełno było w niej również napięć wewnętrznych. Mimo to jednak stanowiła państwo silnie zmilitaryzowane, które potrafiło w razie potrzeby stanąć do walki.

Pierwsza inwazja Kubilaj-chana

Taka potrzeba nadeszła w roku 1274, kiedy z wybrzeży zależnej od chana Korei nadciągnęła flota mongolska w liczbie 30-40 tysięcy żołnierzy. Mimo bohaterskiej obrony garstki samurajów, małe wyspy Cuszima oraz Iki zostały szybko zdobyte przez najeźdźców, którzy popłynęli następnie w stronę zatoki Hakata na wyspie Kiusiu.

Mapa przedstawiająca trasę inwazji mongolskich z 1274 i 1281 roku, źródło: praca własna Qiushufang udostępniona na mocy licencji

Choć Japończycy stali już na pozycjach obronnych, przygotowani na desant nieprzyjaciela, to jego niespotykana dotychczas taktyka kompletnie ich zaskoczyła. Żołnierze mongolscy uformowali się na plaży w formację przypominającą falangę i tak ściśnięci blisko siebie z tarczami ruszyli przeciw obrońcom. Asystowały im z tyłu salwy łuczników, ponadto mieli także użyć wówczas wybuchających granatów wystrzeliwanych z katapult. Samurajowie ponieśli wtedy znaczne straty i wycofali się do zamku Mizuki.

Nie jest do końca jasne, co stało się wtedy z armią najeźdźców.  Najprawdopodobniej zdecydowali się nie kontynuować pościgu, gdyż zapadała już noc i bali się zasadzki. Zawrócili na swoje statki, zacumowane w zatoce. Ta decyzja miała jednak wiele kosztować Mongołów. Nocą na ich flotę uderzyć miał straszny tajfun, który zatopił jedną trzecią ich ludzi. Wobec takiego obrotu wypadków, zawrócili na kontynent.

Jeden z dworzan cesarskich – Kadenokoji Kanenaka skomentował to zdarzenie następującymi słowami: ,,Na pełnym morzu nadpłynęło kilkadziesiąt tysięcy łodzi najeźdźców. Lecz nagle zerwał się przeciwny (wschodni) wiatr i odepchnął je z powrotem ku ich ojczystym brzegom. Kilka z łodzi zostało wyrzuconych na ląd. (…) Ów przeciwny wiatr musiał powstać za sprawą opieki bogów. Cóż za cud! Powinniśmy nieustannie to wysławiać. Taka wielka ochrona mogła nastąpić jedynie dzięki licznym ofiarom i modlitwom składanym w rozlicznych świątyniach… w całym kraju” (Delgado, 2008, s. 97).

Samurajowie walczą z Mongołami – w tle okręty mongolskie; źródło: domena publiczna

Ów tajfun, który w 1274 nawiedzić miał wybrzeża wyspy Kiusiu ochrzczony został później jako kamikaze, czyli boski wiatr. Myśl o wsparciu ze strony sił nadprzyrodzonych z pewnością wzmacniała ducha bojowego Japończyków, którzy nie ostatni raz starli się z Mongołami na rodzimych wyspach.

W oczekiwaniu na nieuniknione

Niemal od razu było wiadomo, że ta jedna porażka nie zdołała stłamsić aspiracji Kubilaja. Niezależnie czy Wyspom sprzyjało kamikaze, jego głód podbojów pozostał nienasycony. W 1275 roku chan ponowił naciski dyplomatyczne, lecz bez skutku – mongolscy posłowie zostali demonstracyjnie ścięci. Już rok później Japończycy zbudowali kamienny mur obronny wzdłuż wrażliwej na atak zatoki Hakata.

Kiedy w 1279 Kubilaj zakończył podbój Chin, niszcząc ostatni bastion oporu dynastii Song, rozpoczął generalne przygotowania do następnej inwazji. Jeszcze w tym samym roku wysłał na Wyspy kolejną delegację, jednak i ona – tak jak poprzednia – nie zdołała zachować głów. Konfrontacja była nieunikniona i dwór cesarski w Japonii zarządził powszechne modły za odparcie najeźdźców.

Kubilaj po rozprawieniu się z Song mógł sobie pozwolić na wyprawienie z kontynentu dużo większych sił, zatem flota mongolsko-koreańska, która popłynęła w kierunku Japonii w 1281 roku była już o wiele liczniejsza niż ta sprzed siedmiu lat. Podzielona była na dwie części – liczniejszą flotę południową z Chin i mniej liczną flotę wschodnią z Korei. Łącznie miało to być ponad 4 tysiące okrętów i ponad 140 tysięcy ludzi (choć są to zapewne liczby zawyżone). Ale wówczas i samurajowie – mimo że dwakroć lub trzykroć mniej liczni, byli przygotowani do obrony dużo lepiej niż ostatnio i pełni ducha bojowego.

Inwazja roku 1281 i powrót kamikaze

Cuszima i Iki znów padły ofiarą najeźdźców jako pierwsze – nie było sensu ich bronić. Wyspy te zajęła flota wschodnia z Korei. Miała ona czekać na Iki na flotę chińską, która miała do pokonania znacznie dłuższą trasę. Dowódcy floty wschodniej byli jednak bardzo niecierpliwi i w akcie brawury postanowili popłynąć sami do zatoki Hakata.

Siły te, mające liczyć około 30-40 tys. ludzi rozbiły się jednak o defensywę na wybrzeżu. Ostrzelani zza murów przez łuki Japończyków zawrócili na swoje statki i sami zaczęli ostrzał z katapult. Zajęli małą wyspę w zatoce, zwaną Shika, która miała stanowić ich bazę operacyjną. Samurajowie nie pozwolili jednak najeźdźcom rozgościć się na swojej rodzimej ziemi – za pomocą małych łodzi podpływali do okrętów mongolskich i dokonywali abordażu, zabijając żołnierzy nieprzyjaciela w brutalnej walce wręcz.

Wyobrażenie boskiego wiatru kamikaze, który zniszczył flotę mongolską, źródło: domena publiczna

Japończycy zaatakowali także Mongołów na wyspie Shika, zadając im niebagatelne straty. Samurajowie mieli zebrać wówczas 2000 głów (Delgado, 2008, s. 106)! Po kilku tygodniach nieskutecznej walki flota wschodnia pod wrażeniem ducha bojowego wroga odpłynęła w popłochu.

Tymczasem, kiedy walki w zatoce Hakata jeszcze trwały, na południowy zachód wylądowała w zatoce Imari flota południowa z Chin. Miała liczyć nawet do 100 tysięcy wojowników! Swoją bazę wypadową ustanowiła na małej wysepce Takashima. Armia ta – dużo większa niż flota wschodnia – ruszyła na wschód, aby zajść od tyłu samurajów broniących się w zatoce Hakata. Japończycy byli jednak przygotowani na ten atak i nie pozwolili na przełamanie swoich linii.

Walki na morzu i lądzie w zatoce Imari trwały kolejne dwa miesiące. Japończycy również i tutaj nękali potężną flotę mongolską z łodzi, niewiele mogli jednak zdziałać wobec tak licznego wroga.

Losy bitwy odmieniły się jednak w sierpniu 1281 roku. Łaska nadprzyrodzona, wymodlona w świątyniach buddyjskich i kapliczkach shintō znów wspomogła wysiłek obrońców i boski wiatr kamikazemiał według źródeł japońskich roznieść całą flotę nieprzyjaciela, zacumowaną wokół wyspy Takashima. Armia, która pozostała na lądzie, zdemoralizowana i pozbawiona swojej bazy została otoczona i bezlitośnie wymordowana. Podobny był los rozbitków, wyławianych z wody.

Japończycy jeszcze długo oczekiwali ponowienia ataków na Wyspy i inwestowali środki w obronę, nie doczekali się jednak ponowienia inwazji. Wojsko wielkiego chana zostało pokonane na dobre.

Żywa legenda kamikaze

Co do faktycznego wpływu kamikaze na losy mongolskiej inwazji toczą się wciąż naukowe dyskusje. Choć nie można stuprocentowo potwierdzić obecności tajfunu w 1274 roku, to pojawienie się owego boskiego wiatru w roku 1281 jest już poparte silnymi dowodami archeologicznymi i odnotowane w źródłach chińskich, koreańskich i japońskich. Trudno jednak dojść do definitywnych konkluzji co do strat, jakie wyrządził wówczas Mongołom – relacje z epoki nie są bynajmniej jednomyślne. W świetle współczesnych badań mogła zatonąć wtedy połowa floty, ale możliwe też, że było to aż 90%!

Niezależnie od skali zniszczeń, to właśnie legenda, a nie faktyczne liczby, odegrała największą rolę w pamięci Japończyków. Mimo wątpliwości współczesnych historyków, stworzona w średniowieczu legenda kamikaze przetrwała wieki i stała się w końcu symbolem japońskiego nacjonalizmu.

Mit o boskim wietrze przeżył prawdziwy renesans w XIX wieku. Granice Japonii zostały otwarte, a niedługo potem nastąpiła restauracja Meiji – cesarz powrócił do faktycznej władzy. Pod koniec stulecia na Wyspach rozprowadzano masowo drukowane kopie zwoju Takezakiego Suenagi – samuraja walczącego w obu inwazjach mongolskich.

Takezaki Suenaga wdziera się łódką na okręt mongolski – fragment repliki zwoju zamówionego przez tego samuraja, źródło: domena publiczna

Legenda kamikaze była potrzebna nowemu rządowi do kształtowania postawy lojalności i poświęcenia wobec cesarza i kraju, zwłaszcza że Japonia prowadziła ekspansję na Pacyfiku, w Korei i w Chinach. Religia shintō została upaństwowiona, a cesarz uznany za żywego boga. Skoro Japonia była święta, to mit o wsparciu nadprzyrodzonym świetnie nadawał się do budowania nacjonalizmu i patriotyzmu wśród jej mieszkańców.

Kamikaze: patriotyzm i desperacja. Trafiła kosa na kamień – Japonia w czasie II wojny światowej

Ambicje imperialne Japończyków przerosły jednak ich możliwości. Atak na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 rozpoczął wojnę przeciwko Stanom Zjednoczonym. W wyniku szybkiej ofensywy armia cesarza zajęła mnóstwo wysp na Pacyfiku, jednakże mimo tych początkowych sukcesów, Amerykanie od 1943 roku powoli, choć sukcesywnie wypierali ją ze zdobytych terenów, zbliżając się coraz bardziej do samych Wysp Japońskich (tzw. island hopping). Równolegle Japonia walczyła również na drugim froncie w Chinach i Indochinach przeciw Chińczykom i Brytyjczykom. W kraju kwitnącej wiśni brakowało zasobów, żeby skutecznie powstrzymać aliantów.

19-20 czerwca 1944 roku Japonia poniosła kolejną miażdżącą klęskę w bitwie na Morzu Filipińskim, znanej także jako „wielkie strzelanie do indyków nad Marianami” (ang. Great Marianas Turkey Shoot). Nazwa ta wzięła się od łatwości, z jaką Amerykanie rozprawili się zarówno z jej samolotami (ok. 600 zestrzelonych), jak i lotniskowcami (3 zniszczone). W wyniku tego starcia cesarska armia straciła możliwość przeprowadzania wielkich operacji lotniczych na morzu – zginęło wielu wyszkolonych pilotów, a straty w sprzęcie były ogromne.

W odpowiedzi na tę katastrofę wdrożono w Japonii nową strategię działania. Za pomocą jak najmniejszych kosztów własnych chciano zadać Amerykanom możliwie największe straty. Jako że pociski naprowadzane były wówczas jeszcze w raczkującej fazie rozwojowej i nie dotarły do kraju kwitnącej wiśni, postanowiono użyć w tym celu zasobu, którego było wciąż pod dostatkiem – czyli ludzi.

Piloci kamikaze w boju

Już w październiku 1944 do boju wystartowały samoloty pochodzące z zupełnie nowej formacji zwanej powszechnie kamikaze (oficjalnie – Oddziały Boskiego Wiatru do Ataków Specjalnych). Zadaniem pilotów były samobójcze ataki polegające na wleceniu maszyny z ładunkiem wybuchowym prosto w duży cel wroga – zazwyczaj były to amerykańskie okręty.

Pierwszą ofiarą zatopioną przez pilotów formacji kamikaze był lotniskowiec eskortowy USS St. Lo w bitwie o zatokę Leyte na Filipinach. Największa kulminacja ataków Oddziałów Boskiego Wiatru przypadła jednak na niezwykle krwawą bitwę o Okinawę (IV-VI 1945).

Ceremonia pożegnania pilotów kamikaze, źródło: domena publiczna

Japończycy przeprowadzili wówczas Operację Kikusui – w ciągu niespełna trzech miesięcy zmagań na tej wyspie rzucili do walki 10 fal pilotów-samobójców w ok. 1500 maszynach. Amerykanie byli już wtedy zaadaptowani do walki z kamikaze. Używali radarów i po wykryciu wroga bronili swoich statków myśliwcami. Kiedy samoloty wroga zbliżyły się na odpowiednią odległość, stosowali amunicję przeciwlotniczą z zapalnikiem zbliżeniowym. Mimo to, liczby atakujących były tak duże, że nie sposób było przechwycić po drodze każdej maszyny. Podczas bitwy o Okinawę zatopiono 36 okrętów aliantów, a ponad 200 zostało uszkodzonych.

Po Okinawie Oddziały Boskiego Wiatru nie miały już jednak wielu okazji do wykazania się. Alianci nieubłaganie zbliżali się do Kiusiu i poddani cesarza planowali jeszcze ostateczną obronę swoich głównych wysp w operacji Ketsu-gō. Cały naród miał stanąć do boju, ginąc chwalebnie w obronie kraju. W walkach miały wziąć udział rekordowe ilości samobójczych lotników, a nawet samobójczych oddziałów podwodnych! Operacja ta nigdy nie doszła jednak do skutku. Zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki skutecznie zgasiło zapał bojowy w armii cesarskiej i Japonia skapitulowała.

Tak też legenda kamikaze przeszła niezwykłą ewolucję – od tajfunów, które w XIII wieku ocaliły Wyspy Japońskie przed apetytem Kubilaj-chana po dzielnych pilotów, którzy ofiarnie – choć bezskutecznie – próbowali odwrócić losy drugiej wojny światowej.


Bibliografia:

  • Delgado J. P., Khubilai Khan’s Lost Fleet: In Search of a Legendary Armada, Berkeley 2008.
  • Totman C., Historia Japonii, Kraków 2009.
  • Rielly R. L., Kamikaze Attacks of World War II: A Complete History of Japanese Suicide Strikes on American Ships, 1944–1945, Jefferson (North Carolina) 2010.

Netografia:

  • Delgado J. P., Relics of the kamikaze, Archaeology Magazine [data dostępu: 29.08.2025]
  • Kamisawa H., Third Mongol ship from 1281 attack confirmed off Nagasaki, The Asahi Shimbun [data dostępu: 29.08.2025]

Comments are closed.