_Kiedy Bóg odwrócił wzrok

Kiedy Bóg odwrócił wzrok |Recenzja

Wiesław Adamczyk, Kiedy Bóg odwrócił wzrok

Gdy codzienność zmienia się w piekło, a dzieciństwo zostaje brutalnie zabrane, człowiek staje przed pytaniem, co oznacza prawdziwe przetrwanie. Wiesław Adamczyk, w książce Kiedy Bóg odwrócił wzrok, nie tylko opisuje niewyobrażalną mękę zsyłki na Daleki Wschód, ale również stawia nas w obliczu tego, co człowiek może zrobić, by nie stracić godności, nawet w najczarniejszym z możliwych światów. Jego historia to nie tylko opowieść o przetrwaniu – to opowieść o tym, jak człowieczeństwo nieustannie walczy o swoje istnienie, mimo wszystko.

Jak opisać coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć? Jak przeżyć w nieludzkich warunkach, tak, aby nie tylko przetrwać, ale i zachować odrobinę własnej tożsamości, człowieczeństwa i godności? Ja nie wiem.

Jednak taką ekstremalną szkołę przetrwania przeżył Wiesław Adamczyk, Polak, który za swą przynależność narodową, stał się bohaterem zsyłki w głąb bezkresnego Związki Radzieckiego. Pozostawił on świadectwo jednej z setek tysięcy podobnych epopei, przy czym – spora ich część, nigdy nie miała okazji do bycia wysłuchanym. Tym bardziej jest to niezwykła okazja do zapoznania się z radzieckim bestialstwem oraz granicami, które człowiek może przesunąć do granic możliwości. To naprawdę mocna książka.

Rosja Stalina oczami małego chłopca

Mając siedem lat, a działo się to w 1940 roku, Wiesław Adamczyk został zmuszony do opuszczenia rodzinnego domu i udania się na zsyłkę. Czemu? No cóż, był Polakiem, a także przedstawicielem polskiej elity – jego ojciec był wziętym wojskowym. A w oczach Józefa Stalina były to jedne z największych możliwych zbrodni.

Autor w świetny i przejmujący sposób opisuje perypetie swoje i swojej rodziny. Ale nie tylko – daje czytelnikowi możliwość zajrzenia w głąb sowieckiej „cywilizacji”. Na kartach książki mamy okazję zobaczyć bowiem obywateli tego komunistycznego państwa, którzy również są uwięzieni w stalinowskim kieracie – bez prawa głosu, bez prawa do godności, żyjący na granicy człowieczeństwa. Obie opisywane przez Adamczyka perspektywy są równie dojmujące i wżerają się w serce niczym rak.

Autor opisuje tutaj również niemożność przeżycia normalnego dzieciństwa. Ten siedmiolatek musi nagle dorosnąć, ale nikt nie potrafi, ale i nie chce, wytłumaczyć mu dlaczego, po co. Zamknięty w świecie bez pytań, bez wyjaśnień, zmaga się z całym światem, niesprawiedliwością i bezsensownością ludzkiej doli. Jego świat zasadniczo zaczyna ograniczać się do samego „domu”. Nie chodzi do szkoły, nie ma znajomych, siedzi zazwyczaj tylko w chacie… A przecież dziecko w jego wieku pragnie ruchu, odkrywania świata, miłości, zabaw, przyjaźni…

Zamiast tych prostych czynności i emocjonalnego bezpieczeństwa, wszędzie panuje głód, ubóstwo, momentami nawet zezwierzęcenie i brutalność. A mimo tego wszystkiego, ludzie nadal egzystują, starając się zachować jak najwięcej ze swej wolności. Opisy jego wewnętrznych przemyśleń, rozterek i katuszy, poruszają serce czytelnika. Wierzcie mi, a to wcale nie jest takie proste.

Droga na zsyłkę

„Pamiętam, że wagony przepełnione były głodnymi i spragnionymi ludźmi. Pamiętam, jak małe dzieci płakały, jak ludzie próbowali ucieczki i jak do nich strzelano. Pamiętam, że ciała ludzi, którzy zmarli od chorób, głodu lub z wyczerpania, wyrzucano w nocy z wagonów jak śmieci. Wyobrażam sobie, co moja matka i oni wszyscy, zmuszeni do upokorzenia i nędzy, musieli czuć. A pociąg cały czas jechał i jechał. Dokądś. Donikąd.

[…] Szybko odkryłem, że w świecie komunistycznym czynne toalety uważano za burżuazyjny zbytek. My musieliśmy korzystać z małego otworu w podłodze wagonu. Należało zdjąć spodnie i załatwić się na oczach wszystkich, co było wielkim upokorzeniem dla ludzi przyzwyczajonych do korzystania z prywatnych wygodnych ubikacji. Co gorsza. Trzeba było kucać w pociągu, który jechał i trudno było utrzymać równowagę, niczego się nie trzymając i do tego dokładnie celując w niewielki otwór” (s. 61, 62).

Życie jak z koszmaru

Polacy, którzy zostali zesłani na Daleki Wschód, na Syberię czy do krajów Azji Środkowej, zostali pozostawieni sami sobie. Jeśli nie mieli ze sobą czegokolwiek, ich egzystencja kończyła się szybką śmiercią. Większość z nich nie miała ze sobą nic, a to, co otrzymywali, kończyło się na wspólnym mieszkaniu na niewielkiej przestrzeni w lokalnymi mieszkańcami, równie biednymi (lub nawet bardziej) jak zesłańcy z Polski. Tylko nielicznym, najbardziej przedsiębiorczym, udało się coś ze sobą przywieźć z rozgrabionej Polski, coś co dawało im nadzieję, że jakoś przeżyją. Często była to jednak nadzieja na wskroś złudna.

Jakby tego było mało, oficerowie NKWD co rusz nachodzili Polaków, zadając im te same głupie pytania, podpuszczając, aby tym szybciej przypieczętować ich los. Bieda, głód, przemoc czy niemożność uzyskania jakichkolwiek środków medycznych. Jak żyć w takich warunkach?

„Nasz nowy dom także był zapchlony i zawszony. Najwyraźniej musiała to być norma w Związku Radzieckim, choć sowieccy obywatele chyba nie mogli się jakoś z nia pogodzić, bo trawili godziny na zabijaniu wszy […]. Niewiele można było zdziałać, by się ich pozbyć, gdy nie było dostępu do bieżącej wody i leków, jedynie czasami do kostki mydła. Każdego dnia mama i Zosia godzinami wyczesywały wszy i gnidy z włosów. Mycie, nawet jeśli mieliśmy mydło, niewiele pomagało. […] Jedynym naprawdę działającym lekarstwem była nafta. Wkrótce jednak odkryliśmy, że długi kontakt skóry z naftą i wdychanie jej oparów stanowiły nowe zagrożenie dla zdrowia. […]

Kilka tygodni po ulokowaniu się w nowej chacie poskarżyłem się mamie, że bolą mnie i swędzą oczy. Mama najpierw nie wiedziała, co się dzieje. Następnego dnia jednak powieki zaczerwieniły się i tak bardzo mi spuchły, że nie mogłem prawie ich otworzyć. Wtedy mama zorientowała się, że między rzęsami wykluwają się gnidy i mam na powiekach wszy. Nie mieliśmy nic, ani pęsety, ani lekarstw, ani żadnej maści, za pomocą których można byłoby usunąć gnidy i ulżyć obolałym powiekom. Mama nie mogła zrobić nic innego, jak tylko spróbować wydłubać je jedna po drugiej igłą. Najpierw wpadłem w panikę – szybko jednak zrozumiałem, że nie mam wyboru.” (s. 82, 84).

Mocne? A to tylko niewielka próbka tego, co znajdziecie we wspomnieniach Wiesława Adamczyka.

Kiedy Bóg odwrócił wzrok – podsumowanie

Wspomnienia Wiesława Adamczyka porywają już od pierwszych stron. Książkę czyta się jednym tchem. Czemu? Myślę, że to dlatego, że Autor zdołał trącić najczulszą stronę potencjalnego czytelnika, która zawsze tli się gdzieś tam, gdzie potrzeba.

Wraz z nim stajemy się świadkami nieludzkiej epopei, na granicy przetrwania, opisywanej oczami dziecka, które nie wszystko rozumie. No może rozumie, ale tak podskórnie, nie zawsze uświadamiając sobie, skąd się ta wiedza bierze.

Adamczyk nie sili się na kreowanie własnej sylwetki na bohatera. Wręcz przeciwnie. Co rusz mamy dowody na to, że jego niepohamowany temperament, chęć bycia widzianym, zrozumianym oraz niezgoda na to, by godzić się na jakąkolwiek formę obłudy, prowadziły go i jego bliskich na skraj śmierci.

Tak więc, jakkolwiek to zabrzmi, książka ta bardzo mi się podobała. Jestem nią urzeczony. Co więcej, jej wartość jest tak wielka, że „kazałem” ją przeczytać własnym dzieciom. Ku przestrodze, ale i nauce, bo nigdy nie wiadomo, kiedy dzieje znów wejdą na te same tory…

Lektura liczy sobie 350 stron i polecam ją każdemu. Ku pokrzepieniu serc, i ku nauce. Wspomnienia tego człowieka powinny być lekcją dla wszystkich kolejnych pokoleń.


Wydawnictwo Rebis
Ocena recenzenta: 6/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Rebis Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Czytaj również:

Comments are closed.