Grażyna Bąkiewicz, Mikołaju, sam ruszyłeś Ziemię?
Kopernik rzadko bywa tak blisko czytelnika jak tutaj: zamiast szkolnych formułek dostajemy historię, w której astronom wyrasta z codzienności, ryzyka i małych odkryć podpatrzonych z bliska. Mikołaju, sam ruszyłeś Ziemię? łączy fabułę, humor i realia późnego średniowiecza w przygodę, która nie tylko wciąga, ale przy okazji uporządkowuje fakty o jednym z najważniejszych uczonych Europy.
Mikołaju, sam ruszyłeś Ziemię? to kolejny tom serii, która od dawna działa jak antidotum na szkolny beton: bierze postać historyczną, wrzuca ją w przygodową fabułę, dokłada humor i komiks, a z chaosu tworzy coś, co faktycznie robi robotę edukacyjną. Tym razem centrum opowieści zajmuje Kopernik – ale nie w wersji pomnikowej. To Kopernik widziany oczami grupy dwunastolatków, którzy pojawiają się w jego świecie dzięki technologii przyszłości i nie mają najmniejszego zamiaru grzecznie siedzieć w ławkach historii.
Fabuła opiera się na znanym dla serii zabiegu: szkolna ekipa pana Cebuli przenosi się w czasie, żeby prześledzić życie Kopernika i sprawdzić, czy jego rewolucyjna koncepcja heliocentryczna rzeczywiście była efektem samodzielnej pracy. Ten motyw zadania – konkretnego, mierzalnego, prawie że detektywistycznego – nadaje całości tempo i kierunek.
Uczniowie krążą między Akademią Krakowską, warsztatem Wita Stwosza i Olsztynem szykującym się do obrony przed Krzyżakami, a każdy z tych epizodów przynosi porcję realnych faktów, wplecionych w przygody tak naturalnie, że niemal nie sposób oddzielić nauki od zabawy. W tle pracuje charakterystyczna dla serii narracja grająca na dwóch planach: współczesny (właściwie futurystyczny, ale mocno przyziemny i szkolny) i historyczny współistnieją, tworząc świat, w którym podręcznikowe pojęcia mają swoje realne odpowiedniki, a ciekawostki wynikają z codzienności bohaterów.
Grażyna Bąkiewicz – autor książki – operuje stylem, który opiera się na rytmie dialogu, szybkim przejściu od sceny do sceny i lekkim podkręceniu absurdu. Nie ma tu dydaktycznej łopatologii, jest natomiast wyczuwalne panowanie nad tempem i gęstością informacji. Bąkiewicz prowadzi narrację tak, by najmłodszy czytelnik nie zgubił się ani w realiach XV wieku, ani w szkolnych przepychankach. Humor nie dominuje kosztem treści, tylko pracuje jako amortyzator – zwłaszcza w tych fragmentach, które dotykają bardziej zawiłych elementów astronomii czy życia miejskiego późnego średniowiecza.
W warstwie merytorycznej książka trzyma się bardzo bezpiecznego kursu. Fakty dotyczące Kopernika, realiów miast pruskich, kultury uniwersyteckiej, obrony Olsztyna czy systemów monetarnych są zgodne z obecnymi ustaleniami badaczy i przedstawione bez nadmiarowego upraszczania. Jednocześnie nie ma prób forsowania nowych tez – to literatura popularyzatorska, której zadaniem jest oswojenie tematu, nie rewolucjonizowanie interpretacji.
Najmocniejsze fragmenty to te, które zestawiają pracę młodego Kopernika z jego otoczeniem intelektualnym, akcentując szeroki kontekst: naukę opartą na wymianie, nie na genialnych olśnieniach znikąd. W ten sposób koresponduje to z aktualnym trendem w historiografii, który odchodzi od „samotnych geniuszy” i zwraca uwagę na sieci wiedzy, współpracę, inspiracje i zależności kulturowe.
Książka działa perfekcyjnie w formule, do której została stworzona, ale ta sama formuła ma swoje ograniczenia. Tempo powoduje, że niektóre epizody historyczne zahacza się bardziej niż pogłębia. Komiksowe wstawki świetnie rozładowują narrację, lecz momentami przejmują jej ciężar i skracają literacką część, co w rękach bardziej wymagającego młodego czytelnika może zostawić niedosyt szczegółu. Mimo to nie wpływa to na spójność całości.
Najważniejsza teza książki jest jasna i zgodna z tym, co wybrzmiewa we współczesnych badaniach nad Kopernikiem: przełomy naukowe nie rodzą się w próżni i nie podpisuje się pod nimi wyłącznie jeden nazwisko. Historia wiedzy jest procesem i dialogiem, a nie solówką. Bąkiewicz nie rozgrywa tego poprzez akademicki wywód, tylko poprzez fabułę, w której uczniowie są zmuszeni skonfrontować się z własnymi uproszczeniami, uprzedzeniami i niecierpliwością. Na tym polega siła tomu – nie na „lekcji o Koperniku”, tylko na pokazaniu, jak działa myślenie naukowe w praktyce.
Mikołaju, sam ruszyłeś Ziemię? finalnie układa się w historię wartką, przystępną i inteligentnie skrojona pod młodego odbiorcę. To seria, która potrafi wywołać efekt uboczny, na jaki liczą wszyscy nauczyciele i rodzice: dzieciak kończy lekturę i dalej chce grzebać w temacie. A to, w kategorii popularyzacji historii, jest poziom najwyższego wtajemniczenia.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Ocena recenzenta: 6/6
Agnieszka Cybulska
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Nasza Księgarnia. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.