Polscy piloci w bitwie o Anglię – bohaterowie czy zwykli ludzie? | Część 1

Droga do Anglii

Po 1 września 1939 r. nastał jeden z najtragiczniejszych etapów w dziejach Polski. Po dwudziestu jeden latach niepodległości, w ciągu kilku tygodni ogromny kraj i jego potęga militarna załamały się na oczach sojuszników. Świetnie zorganizowana lotnicza obrona stolicy, kierowana przez płk. Stefana Pawlikowskiego, udowodniła wartość polskich pilotów w pierwszych tygodniach kampanii wrześniowej. System podobny do tego, jaki ocalił w rok później Wyspy Brytyjskie, w całości oparty na wysuniętych posterunkach obserwacyjnych, utracił swą wartość operacyjną w momencie, gdy front się załamał, a Armia Polska rozpoczęła chaotyczny odwrót. Tego dnia płk Pawlikowski w swojej Brygadzie Pościgowej miał więcej doświadczonych pilotów niż zdatnych do lotu samolotów. Wszyscy młodsi oficerowie wierzyli w pomoc Francji i Wielkiej Brytanii, które wypowiedziały Niemcom wojnę 3 września 1939 r.

Czytaj część drugą

Starsi i bardziej doświadczeni polscy piloci w dywizjonach brytyjskich samą swoją obecnością wzmacniali morale młodych, świeżo wyszkolonych pilotów RAF-u (fot. ze zbiorów autora)
Starsi i bardziej doświadczeni polscy piloci w dywizjonach brytyjskich samą swoją obecnością wzmacniali morale młodych, świeżo wyszkolonych pilotów RAF-u (fot. ze zbiorów autora)

Aż do 17 września, kiedy Związek Radziecki zajął wschodnie tereny Polski, prawie wszyscy lotnicy wierzyli, że przybędą jednostki francuskie, by walczyć razem, a obiecana pomoc techniczna wydawała się bardzo realna. Mityczne samoloty angielskie i francuskie oczekujące na odbiór w rumuńskim porcie Konstanca były jedynym powodem, dla którego młodszy personel latający udał się na południe Europy. W przeciwnym razie, młodzi, chętni do walki i dobrze wyszkoleni podchorążowie lotnicy raczej dołączyliby do wojsk lądowych i wzięli udział w dalszych walkach. Szczęśliwie wielu z nich, wiedzionych przez swych instruktorów i dowódców z pułków czy dęblińskiej „Szkoły Orląt”, pojmujących wartość dobrze wyszkolonego młodego pilota, dotarło do Rumunii. Tutaj szybko lotnicy przedzierzgnęli się w „artystów”,„studentów”, „handlowców” itp., co przyniosło im pogardliwe przezwisko „turyści Sikorskiego”, ukute przez hitlerowską propagandę. Z nowymi dowodami tożsamości, unikając kontroli inspirowanych przez niemieckich agentów w Rumunii, „turyści” różnymi drogami docierali do portów nad Morzem Czarnym. Zrozumieli, że żadna z alianckich obietnic nie została spełniona, i że nie dotarły tu żadne nowoczesne samoloty zakupione interwencyjnie. Polska pozostała osamotniona w swej walce z Niemcami. Niektórzy zdecydowali się na powrót do kraju, by podjąć walkę w ruchu oporu, podczas gdy znakomita większość odpowiedziała na apel gen. Sikorskiego, by podążać do nowo formujących się jednostek Armii Polskiej we Francji.
W ciągu kilku tygodni sprawnie pracująca siatka przerzutowa umożliwiła lotnikom dotarcie do Francji, gdzie organizowano właśnie Centrum Wyszkolenia Lotnictwa w Lyon-Bron. Najbardziej doświadczeni piloci myśliwscy, stanowiący trzon kadry instruktorskiej, wkrótce przesiedli się z przestarzałych jednopłatów na nowoczesne francuskie myśliwce. Proces szkolenia kolejnych pilotów osiągał swoje apogeum, kiedy Niemcy niespodziewanie zaatakowali Francję. W międzyczasie realna stawała się idea sformowania polskich jednostek lotniczych na terenie Wielkiej Brytanii. Świadek tych wydarzeń mjr Kosiński napisał tak:

Rozpoczęła się rekrutacja lotników, tak personelu latającego, jak i obsługi ziemnej do jednostek lotniczych organizowanych na terenie Anglii. Specjalne komisje angielskie dobierały ludzi, którzy potem byli wysyłani na szkolenie do Anglii. Początkowo było bardzo dużo kandydatów i przyjmowano tylko tych, co zgłosili się ochotniczo i zostali przyjęci przez Komisję Angielską. Anglicy naturalnie wybierali najlepszy materiał, tak pod względem zdrowotnym, jak i przeszłości bojowej z Kampanii Polskiej. Do zagadnienia tego podchodzili Anglicy z wielką rezerwą, gdyż nie znali charakteru Polaków, a znów nasze nastroje chwilowe i zanik dyscypliny nie nastrajał dodatnio Anglików do nas. Do tego wroga nam propaganda robiła wszystko, aby zniechęcić Anglików do nas, twierdząc, że jeszcze żadna armia w historii, po całkowitej klęsce militarnej, nie potrafiła się odrodzić sama z siebie bez dopływu świeżych sił z zewnątrz, aby mogła przedstawiać jakąkolwiek wartość militarną. Ale nasi przyjaciele przeprowadzili swój punkt widzenia. Anglia zgodziła się na eksperyment, który w krytycznym dla niej momencie wykazał swoją wartość. Organizacja tego lotnictwa na terenie Anglii nie odbyła się naturalnie bez zgrzytów i trudności spowodowanych przez naszych ludzi. Powstałe trudności o mało co nie doprowadziły do likwidacji całej imprezy. Trudności te powstały na tle przysięgi, którą miano składać na wierność Królowi W. Brytanii. Naturalnie zaraz znaleźli się tak zwani „hurra patrioci”, pośród jak zwykle podchorążych, którzy odmówili przysięgi, motywując to tym, że są żołnierzami Polskimi i żadnemu obcemu Królowi przysięgać na wierność nie będą. Sprawę jakoś zażegnano, największych agitatorów odesłano do Francji, reszta złożyła przysięgę. Kadra przyszłego naszego całego lotnictwa rozpoczęła
swoją pracę na terenie W. Brytanii.

Jeden z „buntowników” później napisał: Naród, który w sercu nosi hasło „za naszą wolność i waszą” nie potrzebuje żadnej przysięgi.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*