Polscy piloci w bitwie o Anglię – bohaterowie czy zwykli ludzie? | Część 1

Jak działało brytyjskie lotnictwo myśliwskie?

Obrona myśliwska w zasadzie ograniczała się do myśliwców Spitfire i Hurricane w liczbie około 500 samolotów zdolnych do startu na alarm oraz około 200 samolotów rezerwy.

Supermarine Spitfire był jednomiejscowym, jednosilnikowym dolnopłatem myśliwskim. Miał uzbrojenie składające się z 8 karabinów maszynowych, a prędkość maksymalna Mk I wynosiła ok. 580 kilometrów na godzinę.

Hawker Hurricane był jednosilnikowym, jednomiejscowym dolnopłatem myśliwskim. Używana w bitwie wersja Mk I miała tak jak Spitfire 8 karabinów maszynowych umieszczonych w skrzydłach. Rozwijał prędkość do 530 kilometrów na godzinę. Wizyta Jerzego VI w Northolt i jego spotkanie z polskimi lotnikami miało zademonstrować Brytyjczykom, że nie są osamotnieni w swojej walce (fot. ze zbiorów autora)

Podkreślić trzeba kilka zasadniczych różnic pomiędzy samolotami Spitfire i Hurricane, na których latali lotnicy polscy, a myśliwskimi Messerschmittami Bf 109, stanowiącymi największe zagrożenie. Messerschmitt Bf 109 miał nad Hurricane przewagę zarówno w prędkości poziomej, jak i wznoszenia się i nurkowania. Hurricane był za to znacznie zwrotniejszy. By odnieść sukces, piloci Hurricane’ów wciągali niemieckie myśliwce w walkę kołową. Prędkość pozioma Spitfire’a była mniej więcej taka sama jak Messerschmitta 109, prędkość wznoszenia, a szczególnie nurkowania, niestety mniejsza. Wpłynęło to na taktykę Fighter Command. Starano się używać Spitfire’a przede wszystkim przeciw myśliwcom osłaniającym formacje bombowe, natomiast samoloty Hurricane, zwykle działające niżej, atakowały bombowce. Rzecz jasna, iż w czasie spotkania w powietrzu role często się zmieniały, w zamieszaniu walki atakowano tego przeciwnika, który był najbliżej i stanowił najdogodniejszy cel. Celem działania obrońców było rozproszenie zwartej formacji, zmuszenie do zawrócenia wypraw bombowych składających się z Heinkli 111, Dornierów 17 lub Junkersów 88 oraz zniszczenie jak największej ich liczby.

Lotnictwo RAF-u, zarówno bombowe jak i myśliwskie, było doskonale zorganizowane i dowodzone. Pod względem obrony podzielono Wielką Brytanię na pięć obszarów powietrznych. Działały w nich poszczególne grupy lotnictwa myśliwskiego, podporządkowane dowództwu Fighter Command. Grupy dzieliły się na sektory, zawierające po kilka lotnisk. Na danym lotnisku stacjonowały, w zależności od potrzeby, jeden lub więcej dywizjonów. Dywizjon myśliwski czasu wojny to jednostka taktyczna, składająca się w zasadzie z 18–21 samolotów, około 30 pilotów i około 120–140 członków personelu technicznego: mechaników różnych specjalności, zbrojmistrzów, telefonistów oraz lekarza, kapelana i oficera oświatowego. Ten ostatni w jednostkach polskich miał niewdzięczne zadanie wbijania w głowy obcokrajowców tajników języka angielskiej.

Dywizjon/Squadron operował w powietrzu siłą 12 maszyn, reszta zaś stanowiła rezerwę. Dzielił się na dwie eskadry, A oraz B, po 6 samolotów każda. Dywizjonem dowodził na ziemi i w powietrzu oficer w stopniu Squadron Leader (major). Dowódcy eskadr posiadali stopień Flight Lieutenant (odpowiednik polskiego kapitana). Należy zaznaczyć, iż stopnie w RAF-ie były funkcyjne i zależały od zajmowanego stanowiska. Nie miało to jednak żadnego związku z awansami zatwierdzanymi przez Inspektorat Polskich Sił Powietrznych. Tak więc, gdy dowódca jednostki, Sąuadron Leader, z jakichś powodów opuszczał stanowisko, tracił funkcyjny stopień i powracał do stałego. Działało to również w drugą stronę, czego doskonałym przykładem jest Witold Urbanowicz, który latem 1940 r. objął błyskawicznym awansem dowództwo Dywizjonu 303 i automatycznie otrzymał brytyjski stopień acting Squadron Leader (czyli major), pozostając wciąż polskim porucznikiem.

Wskutek ponoszonych strat i słabych uzupełnień, liczba samolotów i pilotów zredukowana była często do połowy; bywało, że po gorących dniach, jak na przykład trzy wrześniowe dni w Dywizjonie 303, w gotowości bojowej pozostawały jedynie 3–4 maszyny.

Całością lotnictwa myśliwskiego RAF-u dowodził Air Marshal Hugh Dowding, któremu Brytyjczycy zawdzięczają cały system obrony. O dziwo, ten wyższy oficer od pewnego czasu był już na wylocie i oczekiwał swojej dymisji, lecz nie było odważnego, by mu przekazać tę hiobową wieść, bo wciąż wydarzenia nad Wyspami Brytyjskimi nie sprzyjały wysadzeniu go z siodła. Nastąpiło to dopiero w listopadzie 1940 r.

Grupą numer 11, czyli obszarem południowej i południowo-wschodniej części Wyspy, dowodził Air Vice Marshal (generał brygady) Keith Park. W jej strukturze znalazł się Dywizjon 303 stacjonujący na podlondyńskim lotnisku Northolt.

Grupą numer 12, położoną na północ i północny wschód od Londynu, dowodził Air Vice Marshal Trafford Leigh-Mallory i pod jego rozkazami znalazł się inny polski Dywizjon – 302.

Ponieważ naloty Luftwaffe nadciągały z reguły z południa i południowego wschodu, więc automatycznie główny ciężar walki spadał na samoloty grupy 11, skupiającej około 70 procent całości lotnictwa myśliwskiego.

Warunkiem skutecznego działania systemu obrony była nieprzerwanie dobra łączność. Poza bezbłędnie funkcjonującą siecią obserwacyjno-meldunkową, obsługiwaną przez członków Royal Observer Corps, Anglicy posiadali system radiolokacyjny. Wprowadzili go, jako pierwsi na świecie, jeszcze przed wojną, a w roku 1940 system okazał się niezwykle pomocny. Nazywano go początkowo Radio Detection and Ranging (RDR), później znany był powszechnie pod nazwą radar. Dzięki urządzeniom radarowym i obserwacyjno-meldunkowym, a także dzięki doskonale zorganizowanemu systemowi naziemnych stanowisk dowodzenia, w każdym sektorze oraz dowództwie grupy, Hugh Dowding i jego sztabowcy zawsze wiedzieli w odpowiednim czasie o zbliżaniu się formacji wroga, jego liczebności, wysokości oraz kierunku lotu. Pozwalało to na stosowne, a przede wszystkim oszczędne użycie własnych, szczupłych przecież sił myśliwskich, na wysyłanie odpowiedniej liczby dywizjonów w najbardziej zagrożone rejony. Mądre gospodarowanie skromnymi zasobami obrońców w pewnej mierze równoważyło wielką przewagę liczebną napastników.

Piloci w powietrzu utrzymywali stałą łączność radiową między sobą i ze stanowiskiem dowodzenia swego sektora, przy czym prawo rozmowy z oficerem naprowadzania, zwanym kontrolerem, posiadał dowódca dywizjonu. On składał radiowe meldunki, on odbierał informacje i rozkazy.

Artykuł składa się z więcej niż jednej strony. Poniżej znajdziesz numerację stron.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*