Celem niemieckich wypraw bombowych był Londyn, a na ich drodze stawał m.in. polski dywizjon. Powoli wokół Dywizjonu 303 narastała legenda.
Wczesnym rankiem 26 września Jego Królewska Mość król Jerzy VI wizytował RAF Station Northolt. Po odwiedzeniu Kanadyjczyków z 1 RCAF Squadron, król zawitał do 303 Dywizjonu, znanego mu już z doniesień prasowych jako „famous Polish squadron no. 303”. Dywizjon zaprezentował się godnie. Król uścisnął dłonie poszczególnym pilotom i zamienił parę słów z każdym z nich. Po zapoznaniu się z listą zestrzeleń, Jerzy VI złożył autograf w księdze pamiątkowej dywizjonu. Ledwie opuścił bramę lotniska, 12 Hurricane’ów z 303 Dywizjonu wystartowało do lotu bojowego przeciwko wyprawie zdążającej nad Southampton. Po walce zgłoszono kilkanaście zestrzelonych samolotów. W przeciwieństwie do szeroko popularyzowanych sukcesów myśliwców RAF-u, Oberkommando der Luftwaffe meldowało jedynie o bezpowrotnej utracie kilku samolotów, które nie powróciły znad Southampton.
Zmiana taktyki Brytyjczyków, polegająca na atakowaniu wypraw formacjami kilku dywizjonów, spowodowała również zafałszowanie wyników. Owiany dziś legendą Dywizjon 303 stał się jedną z najskuteczniejszych jednostek myśliwskich latem 1940 r. Sukcesy pilotów polskich z jednej strony wywoływały zachwyt, z drugiej zaś zaniepokojenie brytyjskich wyższych oficerów, którzy na ten temat prowadzili ożywioną korespondencję. Oto przykład korespondencji AVM Williama Sholto Douglasa z ACM Sir Hugh Dowdingiem z 27 września 1940 r.:
Okazuje się, że polskie dywizjony zestrzeliwują zachwycającą liczbę Niemców. Wczoraj Dywizjon 303 zgłosił trzynaście plus jeden prawdopodobny w jednym starciu. Mieli piętnaście plus jeden 15 września, tego dnia kiedy i Dywizjon 302 uzyskał również trzynaście. Wiem, że wszyscy mają bardzo dobrą opinię o tych polskich dywizjonach i że sprawują się one doskonale w zestrzeliwaniu wielu samolotów przeciwnika, lecz nie uważasz, że są zbyt optymistyczni z tymi swoimi zwycięstwami?
Zawsze jest to spory problem w przypadku dywizjonów brytyjskich i bez wątpienia bardziej delikatny w przypadku dywizjonów polskich. Czy jest coś co można zrobić, by sprawdzić dokładniej te polskie zgłoszenia, tak jak wiem, że weryfikujesz nasze?
Rozgłos o zwycięstwach powietrznych brytyjskiego lotnictwa myśliwskiego stał się skutecznym narzędziem propagandowym w walce z Niemcami oraz był najprostszym sposobem podbudowania morale ludności nękanej bombami Luftwaffe i cierpiącej z powodu wyrzeczeń i niewygód. Brytyjczycy, pasjonujący się sportami, w których rywalizacja odgrywa największą rolę, z uwagą śledzili statystyki, gdyż wojna toczyła się wysoko nad ich głowami i do pewnego czasu miała wymiar dość wirtualny. Dlatego też jednostka obcokrajowców, która oficjalnie strąciła 126 samolotów w czasie bitwy o Anglię, była hołubiona przez prasę. Do dziś przyćmiewa swym blaskiem pozostałe dywizjony polskie z tego okresu oraz pojedynczych pilotów, którzy walczyli w innych squadronach RAF-u i wyróżniali się przede wszystkim naszywką z napisem POLAND na ramieniu i kulawą znajomością języka gospodarzy. Utkwili oni w pamięci swoich kolegów po fachu i niejeden, tak jak pilot Spitfire’ów z 609 Squadronu D. M. Crook, wspominał ich bardzo ciepło: Novi’ego również zaatakowano, ale udało mu się zestrzelić jednego Me 109, który rozbił się nieopodal Bournemouth. Kiedy maszyna była już blisko ziemi, pilotowi udało się wydostać i otworzyć w porę spadochron, wylądował jednak bardzo twardo i leżał plackiem na ziemi pozbawiony tchu od upadku. Novi krążył nad nim i potem opowiadał swoją dość łamaną angielszczyzną: „Krążę wokół, cholerny szwab, trup – O.K. Ale patrzę znów, on siada, cholera – niedobrze.” Był bardzo rozczarowany. Jego zdaniem jedyny dobry Niemiec to martwy Niemiec.
Krwiożerczość i nienawiść lotników polskich do Niemców nie do końca znajdowała zrozumienie u Brytyjczyków, wciąż żyjących legendą bohaterskich pojedynków z okresu Wielkiej Wojny, toczonych na rycerskich zasadach. Walki myśliwców nad Wyspami Brytyjskimi niekoniecznie kończyły się tragicznie, gdyż przeważnie zestrzeleni lotnicy niemieccy trafiali do niewoli. Rycerskie zasady, w myśl wyraźnego polecenia Fighter Command, nie obejmowały walk nad kanałem La Manche, gdzie sprawnie działały niemieckie służby ratownicze Seenotdienst i zestrzelony lotnik mógł wkrótce powrócić do walki ze zwiększoną determinacją. Owa determinacja dotyczyła również obrońców, którzy po opuszczeniu własnego samolotu wracali do latania ze zdwojoną energią lub ze… strachem. Opadających na spadochronach Polaków czekała niejedna niemiła niespodzianka. S/Ldr Zdzisław Krasnodębski dobrze pamiętał skok z zestrzelonej maszyny rok wcześniej w Polsce i ataki niemieckich myśliwców na lotników opadających na spadochronach, dlatego: Pamiętając przykre doświadczenie z Polski, spadochronu nie otwieram, aby jak najszybciej wyjść ze strefy walki i nie być celem. Po pewnym czasie decyduję się na otwarcie spadochronu, lecz tu nowe zmartwienie: w czasie opuszczania maszyny przekręcił mi się spadochron i nie mogę znaleźć rączki, a ziemia szybko się zbliża. Znajduję jednak rączkę i pociągam. Silne szarpnięcie – robi się cicho i spokojnie, tylko z góry dochodzą odgłosy walki. Po chwili usłyszałem zbliżającą się maszynę i pomyślałem o historii, która lubi się powtarzać. Na szczęście był to Hurricane, który osłaniał mię do samej ziemi. Dowiedziałem się później, że był nim Witek Urbanowicz, który w pierwszym momencie, biorąc mię za Niemca, chciał zmienić kierunek mojej drogi. Dochodząc do ziemi myślałem, że już koniec z przygodami, ale okazało się, że jeszcze nie, bo z domów i zarośli zaczęły się wyłaniać sylwetki homeguardzistów z gotowymi do strzału karabinami, w nadziei upolowania niemieckiego paraszucisty, lecz spokojni Anglicy nerwowo wytrzymali i nie strzelali.
Krasnodębski został zabrany do Farnborough Hospital, a później poddano długotrwałemu leczeniu jego rozległe oparzenia. W Queen Victoria Hospital w East Grinstead słynny chirurg Archie McIndoe zastosował pionierski sposób leczenia oparzeń i rekonstrukcji skóry metodą przeszczepów, znaną i stosowaną obecnie pod nazwą operacji plastycznej. Krasnodębski powrócił do służby prawie rok później. Wstąpił też w szeregi Guinea Pig Club, który narodził się 20 lipca 1941 r. i zrzeszał wszystkich lotników poddawanych zabiegom metodami opracowanymi i wdrażanymi przez dr. McIndoe. Jako że całe leczenie było wciąż formą eksperymentu, pacjenci porównali siebie do świnek morskich (z ang. guinea pig), które są często wykorzystywane do doświadczeń. W dniu zakończenia wojny klub liczył 649 członków.
Artykuł składa się z więcej niż jednej strony. Poniżej znajdziesz numerację stron.