Poza scenariuszem

Poza scenariuszem |Recenzja

Maciej Orłoś, Adrian Jasiński, Poza scenariuszem

Maciej Orłoś jest jedną z tych osobowości telewizyjnych, które towarzyszą mojemu życiu niemal od początku. Dla mnie stał się twarzą nie tylko kultowego „Teleexpresu”, ale i samej Telewizji Polskiej na okres blisko dwudziestu kilku lat. Gdy go zabrakło w TVP, czułem jakbym stracił nie tylko „przyjaciela”, ale jakby skończył się jakiś etap w moim życiu. Zresztą TVP już nigdy nie będzie taka sama, i raczej nie wrócę do oglądania tego programu, który stał się jawną tubą kolejnych rządzących.

Orłoś od kuchni

Książka „Poza scenariuszem” to historia życia Pana Maćka, w formie wywiadu z Adrianem Jasińskim. Znalazłem tutaj wiele ciekawych historyjek, anegdot, choć nie wszystkie są budujące. Jest tu dużo narzekania na to, co już było i jak świat dziennikarski podzielił się, a wyrwy tej już raczej nie da się zasypać.

Jednak mam zarzut pod względem jakości samego wywiadu. Wiele z zadawanych pytań jest dosłownie płytka, głupia, jakby ktoś sprawdzał, jak wielką dawkę cierpliwości zdolny jest znieść czytelnik. Nie wiem dlaczego przeprowadzający wywiad tak bardzo się ograniczał, dlaczego wybrał taką dziwną formę zadawania pytań. Zostawił Orłosiowi tak wielką swobodę wypowiedzi, że równie dobrze można byłoby Adriana Jasińskiego nie zauważyć. No, ale to może tylko moja subiektywna ocena…

Tego zarzutu nie mam wobec Macieja Orłosia, który jak zawsze wypowiada się z klasą, swadą i wielkim poczuciem humoru. Nawet jeśli wypowiada się o kimś lub o czymś nieprzychylnie, używając pewnego wulgaryzmu, ma się wrażenie, że i tak zachował się z wielką kurtuazją. I wcale nie wynika to z faktu, że mam podobne poglądy polityczne i moralne. Publikację czyta się szybko, tym bardziej, że druk pisany jest dużą czcionką. Trochę szkoda, że w ten sposób zmarnowano tyle papieru. Spokojnie książka mogłaby zmieścić się w mniejszym formacie.

Fajnie czytało się przygody Orłosia, gdy próbował zrobić karierę aktorską, albo o jego „pracy” za Atlantykiem. I pierwsze i drugie jest określeniem na wyrost, co przyznaje sam opowiadający, ale czyta się to świetnie. Zwłaszcza o tym kopaniu rowów pod nieistniejącą restaurację dla bosa włoskiej mafii.

Telewątek

Jednym z najciekawszych wątków, poruszanych w publikacji, jest właśnie kwestia odejścia z TVP, która pod rządami Jacka Kurskiego stała się telewizją partyjną, a nie publiczną. Mam za to do niego jeszcze większy szacunek, że dla pieniędzy nie sprzedał swoich wartości. A w dzisiejszym świecie o taką postawę naprawdę trudno. Świetnie czytało się również o jego dalszej karierze, gdy próbował znaleźć dla siebie miejsce poza TVP. Youtuber – tego akurat nie wiedziałem. Na pewno poszukam w sieci.

Podejrzewam, że tak jak mnie, najbardziej będzie Was jednak interesowała kwestia odejścia, i późniejszej krytyki niektórych spośród dawnych współpracowników, którzy zgodzili się pozostać na pasku TVPiS. Orłoś komentuje również o tych spośród polskich artystów, którzy zgodzili się firmować swoją twarzą i występami, to co stacja robiła pod rządami Jacka Kurskiego:

„Z czasem zacząłem ze strony artystów występujących na koncertach TVP słyszeć głosy relatywizujące to, w czym uczestniczą. Najbardziej irytowali mnie tacy, którzy wprowadzali narrację, by nie mieszać polityki z rozrywką. Tylko co to jest za argument? Tu nie chodzi o to, kto jakie ma poglądy polityczne. Chodzi o to całe chamstwo, butę, łamanie konstytucji, plucie i szczucie na ludzi, nagonki medialne – jak w najgorszych czasach komuny. Dlatego, nie mogąc zrozumieć postępowania niektórych artystów, zradykalizowałem swoją ocenę. I wcale mi z tym jakoś za dobrze w życiu nie jest”. (s. 263) Niektórych wymienia po imieniu. Warto poszukać.

Maciej Orłoś, nie szczypiąc się w słowa, opowiada jak wyglądała praca dla Telewizji Polskiej. Szokiem było dla mnie na przykład to, że TVP trzymała dziennikarzy czy prezenterów bez umowy o pracę. Wedle słów samego zainteresowanego, dopiero na jego przykładzie stworzono pewien kanon umów prawnych z pracownikami stacji. A działo się to w połowie lat 2000. Nasz bohater opowiada nam również o tym, jak wyglądała oprawa festiwali, w których brał udział (festiwal w Sopocie, festiwal w Opolu) I wiecie co – jakoś nie jestem szczególnie zdziwiony tego typu rewelacjami.

Ale pozostawmy głos Panu Maćkowi: „Zawsze przy festiwalach odbywa się kilka wydarzeń towarzyszących, bankietów czy innych nieformalnych spotkań. Kiedyś było tego zdecydowanie więcej niż obecnie. […] Podczas takich imprez niestety dużą rolę odgrywał alkohol. Zawsze dziwiło mnie, jak to możliwe, że artyści, którzy poprzedniego dnia mocno balowali, pojawiali się kolejnego dnia rano na próbach często w pozostawiającej wiele do życzenia kondycji, by kilka godzin później dać doskonały występ na scenie. Trochę tak, jak z moim spotkanie z Rayem Charlesem. Jakieś predyspozycje powodowały, że ci artyści mimo nie najlepszego samopoczucia czy na przykład podeszłego wieku, słabego stanu zdrowia, czy właśnie spożytego alkoholu po wejściu na scenę stają się innymi ludźmi, jakby dostali od niej nowe życie, siłę i energię. Widziałem wielu, którzy alkohol mieli donoszony wprost do garderoby, i to w niemałych ilościach. Taki to był czas. Teraz to raczej rzadkość, bo i branża rozrywkowa mocno się sprofesjonalizowała, również w kwestii etyki pracy” (s. 259).

W książce znajdziecie mnóstwo ciekawych anegdot. Jedne są zabawne, jak nieporozumienia z Jerzym Stuhrem, a czasem wzbudzające politowanie, jak w przypadku współpracy z Anną Muchą. „Jednak gdy weszliśmy na antenę, pan Jerzy prawdopodobnie o tym zapomniał i w odpowiedzi na moje pytanie zaczął długi elaborat o kinematografii. Próbowałem mu w miarę płynnie przerwać, ale takiej legendzie, profesorowi i ikonie polskiego kina trudno było tak bezczelnie urwać wypowiedź. Skończyło się tak, że realizator, krzycząc mi do słuchawki, po prostu zdjął nas z anteny” (s. 269). W każdym razie czytało się szybko i z ciekawością.

Podsumowanie

Publikacja mieści się na 352 stronach. Całość podzielona jest tematycznie na kilka rozdziałów. Dla mnie najciekawsze to te, które opowiadają o festiwalach (Festiwale hipokryzji) oraz o jego powrocie do telewizji (Powrót do TV. Co dalej?). Niemniej każdy zawiera w sobie sporą dawkę informacji, choć niektóre sprawy Maciej Orłoś stara się nie dopowiadać, tak jakby przeczuwał, że czytelnik wie o kim mowa. Polecam.


Wydawnictwo Agora
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas

Comments are closed.