Przegrana bitwa pod Cecorą 1620 | Wywiad z profesorem Jerzym Urwanowiczem

Jak rozpoczęła się bitwa, kiedy do niej finalnie doszło (czy według założeń)?

Armia polska stanęła pod Cecorą wieczorem 13 września 1620 roku. Cztery dni później nadciągnęły siły turecko-tatarskie. Pierwsze starcie, które nastąpiło 18 września, nie przyniosło rozstrzygnięcia. W wojsku dominowało jednak przekonanie, że sukces był po polskiej stronie i że dobrze to rokowało na przyszłość. Hetman Żółkiewski chciał prowadzić obronę w tych dawnych okopach Zamoyskiego. Pod naciskiem żołnierzy, którzy parli do bitwy w polu, 19 września około południa wyprowadził armię przed fortyfikacje. Zarówno jej lewe skrzydło (dowodzone przez Samuela Koreckiego i Walentego Kalinowskiego), jak i prawe (gdzie komendę mieli Stanisław Koniecpolski i Mikołaj Struś) ubezpieczone zostało taborami, ustawionymi w cztery rzędy. Jazda zajęła pozycję w centrum pomiędzy taborami. Pierwszy rzut stanowiła husaria, zaś chorągwie lekkie – drugi. Tyły osłonięte były przez wały obozowe obsadzone piechotą. Luki pomiędzy końcem taborów a wałami zasłaniali lisowczycy Walentego Rogawskiego z prawej flanki, zaś grupa jazdy Stefana Chmieleckiego z lewej. Było to ustawienie może zbyt defensywne, kunktatorskie, mimo to stwarzające szansę na zwycięstwo.

Jak przebiegała bitwa, dla której ze stron przebieg był korzystniejszy?

O przebiegu bitwy i porażce zadecydowała sytuacja na prawym skrzydle armii polskiej. Przesuwało się ono wraz z taborem zbyt szybko w stosunku do lewego. W dodatku prawoskrzydłowy tabor, obchodząc rów obsadzony przez janczarską piechotę, ustawił się do przeciwnika nie prostopadle, lecz ukośnie. W wytworzoną lukę uderzyli Tatarzy Dewleta Gireja i wyszli na tyły prawego skrzydła i centrum wojsk polskich. Okrążony tabor został zdobyty. Pozostałe siły, aby uniknąć odcięcia od obozu, cofnęły się do niego po sześciogodzinnych zmaganiach. Bitwa była przegrana, ale nie zakończyła się zupełną klęską. Straty strony turecko-tatarskiej były nawet większe, niż wśród oddziałów polskich, chociaż podawany szacunek stosunku poległych jak 3 000 do 300 jest dla wojsk muzułmańskich zapewne zawyżony. Wojsko Żółkiewskiego wciąż zachowywało walory bojowe.

Po bitwie Stefan Chmielecki zarzucił, że husarze z prawego skrzydła uciekli z pola bitwy. Jak Pan się do tego ustosunkuje?

Chmielecki, znakomity zagończyk, nie ma w tym przypadku racji. Odwrót do obozu nie odbywał się w warunkach paniki, lecz w zaciętym boju. Ponika wybuchła dopiero nocą z 20 na 21 września i Chmielecki miał w niej swój udział.

Jakie były następstwa bitwy?

Następstwa były znacznie bardziej dramatyczne, niż przegrana bitwa. Następnego dnia po bitwie odbyła się narada wojenna. Stanisław Żółkiewski opowiadał się za dalszą obroną w ufortyfikowanym obozie. Zdanie hetmana nie zyskało uznania. Większość optowała za odwrotem – po przeprawieniu się wpław przez Prut – w kierunku na Chocim lub Śniatyń. Wymagało to porzucenia piechoty i rannych, na co z kolei Żółkiewski nie chciał się zgodzić. Uznał on, że jeśli odwrót ma nastąpić, to powinien kierować się ku Dniestrowi na Mohylów, po obejściu obozu wojsk turecko-tatarskich. Aby zaś zyskać na czasie w celu zorganizowania odwrotu, podjął rokowania z Iskanderem paszą. W nocy po naradzie wybuchła panika. Teofil Szemberg, za jej głównego sprawcę uważa hospodara Gratianiego. Podejrzewał on bowiem, że jego głowa może być ceną za rozstrzygnięcia, które zapadną wskutek podjętych rokowań. Postanowił więc uciec z obozu przeprawiając się przez Prut. Błyskawicznie po obozie rozprzestrzeniła się fałszywa wieść, że hetmani uciekają, należy więc ratować się na własną rękę. W ślad za Gratianim w nurty Prutu rzucili się i dowódcy, i prości żołnierze. Uciekali również ludzie, których trudno posądzać o tchórzostwo: książę Samuel Korecki, czy właśnie Chmielecki i Jan Odrzywolski. Dwaj ostatni, działając z rozkazu hetmańskiego, najpierw próbowali opanować panikę wśród żołnierzy. Zaś wobec fiaska tych działań, zdecydowali się na przeprawę przez Prut. Korzystając z zamętu ciury obozowe i czeladź rozpoczęły rabunek namiotów w tym także hetmańskich. Żółkiewski z Koniecpolskim, krążąc po obozie przy świetle pochodni, z trudem opanowali panikę. Ucieczka skończyła się różnie. Tylko nieliczni dowódcy, jak Chmielecki z Odrzywolskim, na czele wyprowadzonych z obozu żołnierzy przebili się przez oddziały tatarskie na lewym brzegu Prutu. Większość, jak Kalinowski czy Janusz Tyszkiewicz, utonęła w rzece lub padła ofiarą pościgu tatarskiego. Niektórzy – jak wyciągnięty z nurtu Korecki – powrócili do obozu. Kniaź Samuel natychmiast począł czynić Żółkiewskiemu wyrzuty z powodu panującego chaosu w obozie i tłumaczył się, że wcale nie miał zamiaru uciekać. Sędziwy wódz odparł na to celnie: „Jać tu stoję i woda ze mnie nie ciecze”. To symboliczna sytuacja, bo faktyczną winą za panikę w obozie należy obciążyć nie hetmana, lecz towarzyszących mu w wyprawie magnatów. Ucieczka przyniosła wielokrotnie większe straty, niż przegrana bitwa. W wyniku rejterady armia stopniała o ok. 2 000 żołnierzy. Tatarzy i Turcy na szczęście nie zaatakowali spanikowanego obozu. Po opanowaniu sytuacji pojawiły się żądania natychmiastowego ukarania obozowych rabusiów i odebrania im zagrabionych rzeczy. Hetman, chcąc uniknąć dodatkowego zamętu, tym bardziej, że rabusie byli liczni i z pewnością stawialiby opór, odrzekł, że dosięgnie ich nieuchronna kara dopiero po przekroczeniu granicznego Dniestru. Być może ta właśnie decyzja zaważyła na późniejszych wydarzeniach i śmierci Stanisława Żółkiewskiego. Następne dni upływały na negocjacjach. Wobec ich fiaska, hetman podjął decyzję o odwrocie wojska w granice Rzeczpospolitej. Przebiegał on w szyku bojowym opartym o tabor, rodzaj ruchomej fortyfikacji, którą tworzyły spięte łańcuchami wozy. Ustawione w sześć lub siedem rzędów po ok. sto wozów w rzędzie, tworzyły czworobok o wymiarach ok. 200 m szerokości i 400 m długości. Boki i tyły taboru ubezpieczała piechota. Na wozach umieszczono lekkie działka. Jechali na nich również ranni. Tabor wyruszył w drogę 29 września, a więc dziesięć dni po przegranej bitwie. Odwrót odbywał się w dramatycznych warunkach. Ścigający go Tatarzy stosowali taktykę spalonej ziemi, odcinali wojsko polskie od dostępu do wody, ustawicznie atakowali broniący się tabor. Maszerowano głównie nocą. Podczas sześciu przemarszów, w warunkach bojowych, pokonano odległość 165 km, docierając do granicznego Dniestru, ok. 10 km od Mohylowa. Ratunek wydawał się być na wyciągnięcie ręki! 6 października, podczas ostatniego postoju, żołnierze poszkodowani przez rabunki czeladzi pamiętnej nocy z 20/21 września znowu zaczęli domagać się od hetmana, by rabusiów zrewidować, odebrać im łupy i ukarać. Żółkiewski konsekwentnie odmówił, obiecując surowe retorsje dopiero po przekroczeniu granicy. Wieść o tym rozeszła się natychmiast. Toteż gdy tabor ruszył ku rzece, obozowi rabusie wzniecili tumult. Wyprzęgali z wozów konie, dosiadali wierzchowców, rabowali co się da z pozostałych wozów i umykali w stronę Dniestru. Szyk taborowy został rozerwany. Wykorzystali do Tatarzy, którzy przeprowadzili gwałtowne uderzenie. Zakończyło się to śmiercią lub niewolą przytłaczającej większości żołnierzy i dowódców. Hetman i kanclerz wielki koronny Stanisław Żółkiewski poległ walcząc konno z bronią w ręku, dobrze po północy z 6 na 7 października 1620 roku. Gdy rankiem Tatarzy znaleźli jego ciało (ok. 5 km od Mohylowa), miał uciętą prawą rękę, ranę na skroni i rany na piersiach. Iskander pasza przesłał uciętą głowę Żółkiewskiego do Konstantynopola jako trofeum wojenne. Zawisła nad bramą wiodącą do pałacu sułtana.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*