Rolnictwo przemysłowe zabrało smak brzoskwini. Dlaczego protest rolników jest także buntem pamięci

Rolnictwo przemysłowe zabrało smak brzoskwini. Dlaczego protest rolników jest także buntem pamięci

Rolnicy mówią dziś o regulacjach, kosztach, kredytach i konkurencji, ale pod tym gniewem słychać coś głębszego. Rolnictwo przemysłowe odebrało wielu miejscom ich dawny rytm, smak i poczucie zakorzenienia. Historia greckiej brzoskwini pokazuje, że za sporem o pola, dopłaty i plony kryje się także pytanie o świat, który coraz trudniej rozpoznać jako własny.

Spóźniłem się trochę z tym tekstem przez protesty rolników.

Nie dlatego, żebym fizycznie utknął w korku spowodowanym przez barykady. Chodzi o to, że musiałem się za trzymać – i to na dłużej – bo w hasłach wykrzykiwanych przez protestujących usłyszałem dokładnie to, o czym zamierzałem pisać.

Bezduszne regulacje i przykrawanie wszystkich gospodarstw na jedną miarę sprawiły, że rolnicy czują się dziś wyobcowani i niepewni na swojej własnej ziemi. Z jednej strony zagraża im Bruksela z niezrozumiałymi, arbitralnymi z ich punktu widzenia regulacjami. Z drugiej strony nagle stali się zakładnikami sytuacji międzynarodowej, zmuszonymi konkurować z wielkoskalową produkcją ukraińską. Zmniejszające się marginesy opłacalności sprawiają, że nad wieloma rodzinami zawisło widmo niespłacenia gigantycznych kredytów na maszyny rolnicze, których potrzebowały, by zmodernizować swoje gospodarstwa i konkurować na „nowoczesnym rynku”.

Przerażeni teraźniejszością i pozbawieni atrakcyjnych opowieści o przyszłości, rolnicy coraz częściej uciekają w krainę nostalgii, żądając, żeby „było, jak było”.

A co, jeśli mają w tym mnóstwo racji?

„Dorastałam w towarzystwie brzoskwini – pisze Nadia Seremetakis, grecka poetka i antropolożka, wspominając owoce z czasów swojego dzieciństwa. – Miała cienką skórkę pokrytą meszkiem i delikatny, matowy niemal biały kolor miejscami przechodzący w róż. Nazywała się rodhakino (ródho oznacza różę). Była dobrze zaokrąglona i gładka jak mała gliniana waza, doskonale mieściła się w dłoni. Jej wnętrze było twarde ale wilgotne, stawiało zębom miękki opór. Trochę słodka, trochę kwaśna, o wyraźnym zapachu”.

Oto język nostalgii w najczystszej postaci. Niezwykle wyostrzony zmysłowo, osadzony w kontekście, skrojony na ludzką miarę. Każdej z tych trzech cech warto się chwilę przyjrzeć.

Po pierwsze, nostalgia nie operuje abstrakcją. Składa się z kolorów, kształtów, dźwięków, przede wszystkim zaś – co potwierdza wiele badań – z zapachów i smaków. Przenosi nas w przeszłość na zasadzie Proustowskiej magdalenki.

Po drugie, nostalgia to wspomnienia osadzone w kontekście. Czas i miejsce są tu kluczowe. Pamięć nostalgiczna przywołuje ramy właściwego, wyjątkowego czasu i stosownego miejsca. Pewne rzeczy mogą się wydarzyć tylko tutaj lub tam; tylko teraz lub wtedy. Nostalgiczne wspomnienia, ni czym zdjęcia robione telefonem, mają zawsze etykiety geolokalizacji. To smak wakacji, tamten – dzieciństwa, inny znów – domu dziadków… Jeśli nostalgia rozciąga czas, to tylko przez cykliczność. Nie ma tu nadziei na jakieś „zawsze”, na rodzaj „wiecznego trwania”. Ulotne doświadczenie musi przeminąć. Tych, którzy potrafią czekać, pociesza jednak obietnica powrotu, odmierzanego rytmami przyrody.

Tekst jest fragmentem książki Polska jest życzliwa, która czeka na Ciebie tutaj:

I wreszcie ostatni element. Nostalgia przedstawia wspomnienia, których miarą jest człowiek. Pamięć nostalgiczna, nawet jeśli podzielana szeroko przez pewną wspólnotę, ni gdy nie jest kreślona „z lotu ptaka”, lecz zawsze z określonego pierwszoosobowego punktu widzenia. W pamięci nostalgicznej wspominamy więc nie tyle brzoskwinię, ile siebie samych jedzących konkretną brzoskwinię w konkretnym czasie i miejscu („mieściła się w dłoni”, „stawiała opór zębom”…).

Te trzy komponenty składowe pamięci nostalgicznej wydają mi się bardzo ważne, bo stanowią odwrócenie najważniejszych trendów nowoczesności – myślenia w kategoriach abstrakcyjnych reguł, uniwersalizacji powtarzalnego doświadczenia oraz odejścia od ludzkiej miary. Do tych reguł za chwilę wrócimy, na razie skończmy jednak fascynującą historię greckiej rodhakino.

Gdy Seremetakis opuszcza rodzinne strony, ukochana brzoskwinia staje się symbolem domu („Każda podróż do domu znaczona była jej smakiem”). Gdy nadchodziło lato, szło się na targowisko i kupowało rodhakino. W pewnym momencie kobieta zorientowała się jednak, że jej ukochany owoc zniknął! Owszem, na straganach wciąż można było kupić brzoskwinie, ale to były już zupełnie inne owoce. Takie same jak te, które można było dostać w innych regionach świata. Okazało się, że ze względów ekonomicznych sadownikom nie opłaca się już uprawiać starej, lokalnej odmiany.

Seremetakis i jej rodzina wyruszyli na poszukiwanie dawnego smaku. Przyjaciele zaczęli przynosić im owoce z okolicznych targów i wsi. Niektóre z nich miały jedną czy dwie cechy tamtej zapamiętanej brzoskwini, ale oryginalnego doświadczenia nigdy nie udało się w pełni odtworzyć.

Opłakiwana przez Greków brzoskwinia nie jest smutnym wyjątkiem, lecz przejawem potężnej, wszechobecnej reguły. („Nic już nie smakuje tak jak kiedyś!” – powtarzają jak mantrę rozmówcy Seremetakis). Regionalne smaki stopniowo zastępowane są przez smaki globalne. „To, co uniwersalne i zracjonalizowane, jest dziś importowane do europejskich peryferiów jako egzotyczne. Regionalne zróżnicowanie zastąpione zostaje nadmiarem i nad produkcją. Projekt Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej implicite zakłada szerokie przekształcenie istniejących kultur konsumenckich i towarzyszącej im zmysłowości, jak również reorganizację pamięci zbiorowej”.

Rzadko myślimy o europejskiej polityce rolnej w ten sposób, prawda? Skupieni na sporach o dopłaty bezpośrednie, areały ugorowane, o ceny w skupie i na półkach, przegapiamy szeroki obraz dokonujących się przemian i gubimy ich sens.

Spójrzmy teraz na pola uprawne z okna samolotu. To przeciwieństwo nostalgicznej pamięci skupionej na zmysłowym konkrecie, kontekście i indywidualnym doświadczeniu. To, co widzimy, ta charakterystyczna kratka pól uprawnych, z roku na rok coraz mniej rozdrobniona, to Siatka. Ucieleśnienie jednego z najważniejszych konceptów nowoczesności – tak wszechobecnego, że aż niewidzialnego.

Siatka to linia południków i równoleżników albo gra nic administracyjnych (tam gdzie wyznaczała je czysta nowoczesność, bez uwzględnienia topografii, zbliżają się do ideału szachownicy). Siatkę zobaczymy, patrząc z góry na plan nowoczesnego miasta, wojskowe koszary, sklep wielkopowierzchniowy, fabrykę, centrum logistyczne, port kontenerowy albo szkołę. Ideą Siatki jest podzielenie rzeczywistości na apriorycznie wydzielone, analogiczne obszary, co umożliwia ich opisanie i kontrolę.

To świat jak z Minecrafta albo klocków Lego. Każdy kontener ma identyczne wymiary, każdy uczeń – identyczny program nauczania, każdy produkt wytworzony w fabryce składa się z tego samego zestawu części. Świat mierzymy, oczywiście, w metrach, nie w stopach, krokach czy dniach marszu. Indywidualne doświadczenie i jednostkowy punkt widzenia są złudne, a personalizacja wszystkiego byłaby skrajnie nieopłacalna.

W przypadku rolnictwa ta unifikacja ma szczególnie istotne konsekwencje. W czasach przednowoczesnych każdy rejon świata uprawiał inne owoce, warzywa i zboża. Setki gatunków, tysiące odmian. Nawet stosunkowo niedługa podróż oznaczała więc przekraczanie ko lejnych granic między regionami-smakami. W dodatku smaki te zmieniały się sezonowo. Ze względu na nieubłagane prawa przyrody inaczej smakowała wiosna, inaczej lato, jesień i zima. Przednówek czasem w ogóle nie miał smaku, bo głód był nieodłącznie wpisany w tę kapryśną, nieobliczalną cykliczność.

Nowoczesne rolnictwo w znacznej części świata wyrugowało głód. Ofiarą procesów modernizacyjnych padła jednak także różnorodność. Dziś znaczna większość areałów uprawnych przeznaczona jest pod zaledwie kilkanaście roślin. Niezależnie od lokalnych uwarunkowań, historii i tradycji pola na całym świecie po horyzont obsiane są kukurydzą, ryżem, pszenicą, ziemniakami, maniokiem, soją, batatami lub kilkoma spośród mniej znanych w Polsce „pokarmów podstawowych” (ang. staple food). Te gatunki roślin doskonali się naukowo pod uprawę przemysłową. Przygotowuje się odmiany dające wysokie plony, wymagające mniej uwagi albo odporne na najczęstsze choroby. Projektuje się pod nie systemy kombajnów i magazynów. A potem sprzedaje się to wszystko rolnikom jako gotowe pakiety.

Kluczem jest wydajność. Zróżnicowanie jest drogie i trudne w zarządzaniu. Stopniowo gospodarstwa stają się więc coraz większe i coraz bardziej do siebie podobne. Rzeczywistość dopasowuje się do Siatki.

Ten masowy, uprzemysłowiony model rolnictwa ma swoje niewątpliwe zalety. Wzrost plonów i redukcja głodu to wspaniałe osiągnięcie, którego nie należy lekceważyć. Fakt, że cały świat uprawia dziś taką samą (lub bardzo podobną) pszenicę, soję czy brzoskwinie, rodzi też jednak olbrzymie niebezpieczeństwa. Nowa mutacja wirusa czy grzyba (rdza źdźbłowa!) może w jednej chwili doprowadzić do roślinnej pandemii, przy której wielki głód ziemniaczany w Irlandii będzie miłym wspomnieniem. W świecie, w którym patogen może podróżować z pola na pole, nie przekraczając żadnych naturalnych granic, musimy w obronie naszych roślin wytaczać coraz cięższe działa mechaniczne, chemiczne i biotechnologiczne.

Z tą wydajnością to też nie jest takie proste. Są bowiem różne formy wydajności. Uprawiane na całym świecie staple foods mają doskonałą wydajność z zainwestowanego dolara. Ale badania pokazują, że tradycyjne metody uprawy lokalnych odmian pożywienia mogły być nie porównywalnie bardziej wydajne, jeśli chodzi o zużycie wody, energii (emisje CO2), przenikanie azotu do gleby i wód, a nawet zapotrzebowanie na ziemię uprawną.

Dziś naszym celem coraz częściej staje się wcale nie wypracowanie maksymalnej marży w procesie produkcji żywności (która zresztą często nie trafia do rolników), lecz rozsądniejsze gospodarowanie ograniczonymi zasobami, jakie mamy do dyspozycji. Przy takich założeniach amerykański model rolnictwa z jednym farmerem, który przy użyciu dżojstika (albo taniej siły roboczej imigrantów) steruje dwudziestoma skomputeryzowanymi kombajnami przemierzającymi bezkresną farmę-przedsiębiorstwo, bynajmniej nie musi być jedyną sensowną wizją jutra.

Konkurencyjna przyszłość może kryć się w najmniej oczekiwanym miejscu…


Tekst jest fragmentem książki Polska jest życzliwa Piotra Napiórkowskiego, Wydawnictwo Znak.

Comments are closed.