
Po mszy św. ks. Jan zaprosił nas i panie rezydentki (także weteranki II wojny światowej, które przeszły przez Syberię) do salonu, na projekcję filmu dot. ostatniej drogi Pana Rodziewicza. Poznałam tutaj Panią Janinę Stanowską z 316 Kompanii Transportowej, która walczyła pod Monte Cassino, Panią Czesię Jarosz, która była w czasie wojny w Ugandzie, Panią Wandę Orlińską, Wincentynę Tkocz, Irenę Chajdas oraz Panią Marię Spychalską. W zamyśleniu oglądaliśmy tamte chwile pożegnania. To z prawej, to z lewej migała mi jasna postać młodziutkiej opiekunki Magdy Masłowskiej, która pamiętnej nocy była przy konaniu Rodziewicza. To przy niej Hubalczyk żegnał się z tym światem, przechodząc w inny.
Ks. Jan siedział w fotelu i ocierał łzy… Łamał mu się głos, kiedy wspominał swego niezwykłego rezydenta, sam przecież także będąc unikatem, postacią ciekawą, charyzmatyczną i zatrzymującą myśli zabieganego człowieka. Przy kawie i tortowym cieście ksiądz snuł swoje opowieści jak niezwykłą gawędę. Wytworzył się niecodzienny klimat, tak jakby się było uczestnikiem tych opowieści i podświadomie czuło się, jakby one własnymi doświadczeniami. W tym miejscu powiedział nam o niepowszechnej postawie swego rezydenta. Kiedy Melchior Wańkowicz chciał podzielić się honorarium z Rodziewiczem za książkę „Hubalczycy”, to ten stanowczo odmówił, nie chcąc ani grosza.
Ksiądz uchylił nam rąbka tajemnicy, oznajmiając nowinę, że ma cichą nadzieję, iż na wiosnę otworzy Izbę Pamięci Ostatniego Hubalczyka w Domu Opieki „Jasna Góra” Huddersfield. Znajdą tu swoje miejsce pamiątki po Romanie.
Zaproszeni przez ks. Jana na obiad – pojechaliśmy samochodami do restauracji Toby Carvery na wieczorny angielski posiłek. Ruch był tam jak w ulu. Czekaliśmy na wolny stół, aż w końcu cierpliwość została nagrodzona smakowitym gorącym daniem. Wypiliśmy toast za dobre imię Ostatniego Hubalczyka i za nas. Trudno było odejść od stołu, rozmawiając o historii Polski i wspominając postać ppłk WP Romualda „Romana” Rodziewicza. Spytałam księdza o losy prochów Hubalczyka i o pochówek w Polsce, ponieważ dochodziły do mnie głosy czytelnicze z prośbą, abym pomogła w doprowadzeniu do pochówku prochów Hubalczyka na Szańcu Hubala w Anielinie. Zadałam to pytanie ks. Janowi. Wyjaśnił mi, że otrzymał oficjalną wiadomość na piśmie od Konsula Generalnego Pana Łukasza Lutostańskiego z Manchester i „Jest już pewne, iż ceremonia pochówku urny z prochami śp. Romualda Romana Rodziewicza zaplanowana została na 12 czerwca 2015r. na Cmentarzu Wojskowym Powązki w Warszawie”.
Szczerze przyznam, że tylko chwilowo towarzyszyłam Ostatniemu Hubalczykowi w jego życiowej drodze, poznając go w sierpniu. Było to jednak spotkanie jak stygmat, które bardzo na mnie wpłynęło. Pan Roman to człowiek honoru i wielkiego formatu. Jakaś zadziwiająca moc osobowości z niego płynęła i przykuwała moją uwagę, tak że oczu nie mogłam od niego oderwać, od tego syna polskiej ziemi. Pomimo swych lat wciąż był tym samym Hubalczykiem, tj. zdyscyplinowanym, prawdomównym żołnierzem, człowiekiem zasad, prawdziwym dżentelmenem. On jako ostatni Hubalczyk stał na straży prawdy o swym – mym legendarnym Hubalu i wiernie z nim służył – obydwaj zakochani i poślubieni Polsce. Tak wielu młodych ludzi zna historię ostatniego Mohikanina ale nie wie kim był Polak, Ostatni Hubalczyk oddziału majora Hubala. Powieść „Ostatni Mohikanin” doczekała się kilkakrotnych ekranizacji. Wartkiego i pełnego dramatyzmu życia Ostatniego Hubalczyka nikt jeszcze nie zekranizował. Pociągali nas Indianie, teraz czas na partyzantów, którzy szli śladem wilka. Oczy Hubalczyka oglądały mego idola, który rozmawiał z nim i dzielił partyzanckie życie leśnej braci. Dałam mu wtedy obietnicę, że będę go odwiedzać, kiedy spytał mnie wprost czy mogę do niego przyjeżdżać, a ja?! – zawiodłam… czego nie umiem sobie wybaczyć. Od dziecka byłam zakochana w legendzie majora Hubala i jego dzielnej kawalerii. Ale zawiodłam, wypadek mnie zatrzymał, życie przygniotło i kazało to unieść. Czy wypełnię swą obietnicę, jaką dałam Romanowi, pytającemu mnie: – Czy będę do niego przyjeżdżać? – Czy w takim razie przyjadę z Anglii, by towarzyszyć jego doczesnym szczątkom w kolejnej drodze na miejsce spoczynku w ukochanej Polsce? Polsce, z której to ziemią połączy się tak ściśle, iż staną się jednym… Polska ziemio przytul go do siebie, by przyjęty mógł złożyć Ci pocałunek i zabliźnić tamten podły czas pieców, który w nim tkwił. Na moje pytanie „Co pamięta z Auschwitz”? Odpowiedział – „Wolałbym nie pamiętać”…i zastygł gdzieś w głębi siebie prosząc mnie o kolejnego papierosa…
Z każdej podróży wracasz jako inny człowiek. Po drodze wiele możesz się nauczyć i dowiedzieć o sobie, a wtedy opowiesz co widziałeś. To pomaga w życiu wysilić umysł, żeby zapełnić te nieszczęsne puste kartki treścią, z równie pustej głowy. Mój świat z przeszłości rozwiewa się niczym sen i coraz mniej go pamiętam. Bywa, że czasem sny i marzenia z dzieciństwa się spełniają. Nigdy jednak bym nie przypuszczała, że kiedykolwiek w swym życiu spotkam (i to w Anglii) na swej drodze ostatniego żołnierza, ułana z oddziału mego polskiego Hero majora Hubala, dla którego miałam ogromny podziw od dziecka. Dziecka słuchającego opowiadań wojennych mego dziadka AK-owca i mego ojca, 6-cio, 7-mioletniego wtedy chłopca, który nie mając butów podczas siarczystej zimy na bosaka z młodziutkimi siostrami pomagał karmić Żydów czy też jeńców wojennych, umierających z głodu i mrozu w tymczasowym niemieckim oflagu, nosząc im chleb i zupę wyżebraną z koszar niemieckich żołnierzy (często za to dostając mocnego kopniaka w tyłek od niemieckiego mundurowego, tak że leciał długo zwiniety bólem w powietrzu, zanim spotkał go kolejny kopniak z czubatego niemieckiego buta. Ból, ryzyko i płacz nie powstrzymywały mego wtedy małoletniego ojca od niesienia pomocy, tym którym było gorzej – chociaż u nich w domu bieda aż piszczała. Dziadek walczył w AK, a babcia ciężko pracowała całymi dniami np. na worek mąki po okolicznych wsiach, aby to mój 6-cio letni wtedy ojciec zastępujący w domu swego ojca mógł ugotować breję dla wszystkich do jedzenia, podobną do krochmalu, którą jedli prawie codziennie podczas okupacji, na przemian z ugotowaną lebiodą, brukwią i pokrzywą. Takie to były kiedyś czasy i takie pokolenia Polaków. Inne niż te dzisiejsze. A ten mój Hero Hubal był dla mnie zawsze wzorem cnót patrioty i żołnierza, zakochanego w naszej Ojczyźnie. Za nią jeden i drugi poświęcali to, co mieli najcenniejsze – życie!
Chwała polskim bohaterom i żołnierzom niezłomnym.
Cześć Ich pamięci!
Z uśpienia wolna powstań Polsko cała!
Huddersfield, 18 stycznia 2015r.
Tekst i zdjęcia Xenia Jacoby
