Richard Flanagan, Ścieżki Północy
W Europie mamy swój Auschwitz, Dachau, Mauthausen. Mamy swoje eksperymenty pseudomedyczne z zamarzaniem, wysokim ciśnieniem, ginekologiczne, z zakażaniem ran, z tyfusem i z czym sobie tylko człowiek w chorym widzie wymyśli. Zamykamy się w swoim europejskim kokonie traumy i nie chcemy słyszeć, że ktoś po drugiej stronie globu wyróżnił się jeszcze większą zbrodniczością. Że ktoś ślepo podążając za cesarzem mógł próbować wykonać plan, który każdy zdrowo myślący człowiek uznałby za darymny futer kosztem ludzkiego życia. I właśnie takie inne spojrzenie na bestialstwo pokazuje Richard Flanagan w Ścieżkach Północy.
Beznadziejne miłostki i Kolej Śmierci
Dorrigo Evans nie jest najlepszym materiałem na bohatera wojennego. Jego niewierność małżeńska jest wręcz legendarna. I cóż z tego, że wynika z młodzieńczego zawodu miłosnego i przekonania, że kobieta jego życia, Amy, zginęła. Jest jaki jest, ale co z ego, skoro cały kraj uważa go za wzór lekarza i bohatera wojennego. Nikt nie wie, co nosi w sobie Dorrigo i czego musiał dokonać, aby powrócić do domu wraz z garstką ocalonych. I jak bardzo bał się tego powrotu. A skąd ocalał? Z siódmego kręgu tropikalnego piekła.
Ideą fix japońskich oficerów było stworzenie kolei, która połączyłaby Birmę i Syjam. W imię cesarza chcieli tego dokonać bez odpowiedniego sprzętu rękami schorowanych i wygłodzonych australijskich jeńców wojennych. Projekt ten przeszedł do historii pod nazwą Kolej Śmierci. Tropikalne choroby, brak lekarstw, witamin, wszechobecna wilgoć powodowały, że wszystko dookoła gniło: ubrania, ludzie i proste narzędzia, którymi dysponowali.
Właściwie można by powiedzieć, że jeńcy gnili zanim tak naprawdę ustały ich funkcje życiowe. Dorrigo jako jeniec i oficer medyczny codziennie musiał targować się z uosobieniem diabła – japońskimi komendantami – o życie każdego z wycieńczonych kolegów. A żeby uratować część swoich ludzi musiał część z nich, tych na pozór silniejszych, poświęcić.
O czym nie mówią ocaleni
Richard Flanagan w swojej powieści dokonuje rzeczy niesłychanej. Stara się opisać to, o czym ocaleni milczą. O wyborach których musieli dokonać i czynach, których musieli się dopuścić by chociaż garstka z nich miała szansę dożycia wolności. I robi to w przepięknym stylu. Rzadko zdarza się, by autor powieści prowadził tak trudną narrację w sposób tak czuły i nie oceniający. A trzeba zaznaczyć, że ojciec autora był jednym z budowniczych Kolei Śmierci. To właśnie jemu zadedykowane są Ścieżki Północy.
Czytelnik otrzymuje dzieło tak wielowątkowe, że aż chciałoby się powiedzieć, że autor zwyczajnie załapał zbyt wiele srok za ogon. Jednak jeśli tylko damy małą szansę fabule, to otrzymamy nie tylko obraz ocalonego ubranego w niedopasowany strój bohatera narodowego, ale przede wszystkim obraz każdego straumatyzowanego człowieka, któremu społeczeństwo chce narzucić prostą interpretację.
W Dorrigo Evansie jest wszystko, co nienawidzimy sami w sobie. Jest ta trudna do powiedzenia głośno prawda, że nie istnieją bohaterowie bez skazy i zmazy. Nie ma kryształów. Są ocaleni, którzy właściwie zgnili w dżungli. I są ich oprawcy. Którzy jak wszyscy oprawcy na świecie zdołali w większości umknąć rozliczeniu.
Ścieżki Północy – czy warto?
Recenzowana pozycja należy do powieści wybitnych. I również do takich, którym trzeba dać czas, aby w sposób świadomy zagłębić się w narrację. Żeby zrozumieć wszystkich Dorrigów Evansów świata. Zdecydowanie polecam.
Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 6/6
Daria Czarnecka
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.