Upadek Maurycego stał się dla Słowian sygnałem do podjęcia następnych prób inwazji, tym razem zakończonych powodzeniem. Tłumy napastników wdarły się do Mezji[8], Dardanii[9], obu Panonii[10], Ilirii[11], a nawet Macedonii[12] i na Peloponez[13]. Ba! W zdobywczym rozpędzie dotarły aż na wyspy Morza Egejskiego, Kretę i może w rozproszeniu pod same bramy Konstantynopola[14]. Rozprzestrzeniały się w tempie błyskawicznym wykorzystując stare szlaki. Zrazu omijały większe czy solidniej umocnione ośrodki miejskie, lecz z czasem wsparte potęgą awarską i – prawdopodobnie – renegatami romajskimi posiadającymi wiedzę o sztuce oblężniczej[15], nie wahały się kruszyć i tego rodzaju punktów oporu rdzennej ludności. Wyobrażenie o charakterze najazdu słowiańskiego dają nam nieliczne, za to niezwykle wyraziste relacje współczesnych historyków. „Ci właśnie [oddział żołnierzy cesarskich] napotkali 600 Sklawenów prowadzących wielką zdobycz Romajów. Zniszczyli oni Zaldapę, Ad Aquas i Skopis, ponadto uprowadzili napotkanych nieszczęśników, mieli też bardzo wiele wozów wypełnionych dobrami pochodzącymi z grabieży. Kiedy barbarzyńcy zobaczyli Romajów, a potem spotkali się z nimi oko w oko, przystąpili do mordowania jeńców. Mordowano więc wziętych do niewoli mężów, począwszy od młodzieży.”[16], a także: „[Słowianie] napotkanych nie zabijali ani mieczem, ani włócznią, ani w żaden inny sposób, lecz wbiwszy w ziemię słupy dobrze zaostrzone, siłą na nie wbijali nieszczęsnych, lub ostrze pali wraziwszy między pośladki aż do wnętrzności, sprawiali, że ci w ten sposób ginęli. Barbarzyńcy ci wbijali również cztery grube pale w ziemię, przywiązywali do nich ręce i nogi pojmanych, a potem bijąc ich kijami po głowie, zabijali jak psy, żmije lub inne jakieś dzikie zwierzęta.”[17] .
Imperium zmagające się na wschodzie z licznymi przeciwnikami oraz targane wewnętrznymi konfliktami nie miało na tyle sił, aby przeciwstawić się skutecznie wrogom na Bałkanach[18]. Zdaje się, iż w kalkulacjach Fokasa (602-610) i szczególnie Herakliusza (610-641) front naddunajski miał dla trwania Bizancjum względnie mniejsze znaczenie w stosunku do frontu perskiego, a następnie arabskiego. Z jakich przyczyn? Pierwsza rzecz to kwestia ekonomiczna. Jeśli bowiem rozpatrywać scenariusz wydarzeń, w którym grozi cesarstwu utrata prowincji przynoszących 75, czy nawet 80% przychodów do państwowego skarbca i zamieszkanych przez znaczącą większość ludności[19], a z drugiej strony można utracić odpowiednio słabsze ekonomicznie i mniej ludne obszary, to wybór priorytetu wydaje się oczywisty. Równie ważnym jest fakt, że przeciwnikami Bizancjum na wschodzie były wysoko zorganizowane społeczności i organizmy polityczne, posiadające, jakbyśmy dziś powiedzieli, know-how wystarczające do stałego nadzoru mieszkańców i eksploatacji zasobów prowincji wschodnich. To, w połączeniu z nastrojami religijnymi Syryjczyków, Egipcjan i Palestyńczyków odnoszących się nieprzyjaźnie do władzy znad Bosforu[20], groziło ostateczną utratą potęgi. W przypadku posiadłości europejskich stosunki religijne nie stanowiły tak poważnego wyzwania, potencjał gospodarczy i ludnościowy był znacznie mniejszy, a przez to ich strata nie skazywała cesarstwa na ostateczny upadek. Dodatkowo na decyzję Konstantynopola o „odpuszczeniu” Bałkanów miało przeświadczenie o tymczasowości ich odpadnięcia od cesarstwa. W gabinetach polityków i generalskich sztabach liczono na to, że luźne i miłujące wolność hordy słowiańskie, po uporaniu się przez cesarstwo z Persami i Arabami, dadzą się dość łatwo wypędzić lub wprząc w rydwan państwowości wschodnio-rzymskiej. Prócz tego ważkie znaczenie posiadała przynależność dominującej części ludności postrzymskiej na Półwyspie Bałkańskim do Kościoła ortodoksyjnego, co pozwalało na przyjęcie założenia o jej współpracy z armią w trakcie ewentualnej rekonkwisty. Obecnie wiemy, że wskazane powyżej rachuby ziściły się tylko w umiarkowanym stopniu[21].
Gdybyśmy przyjrzeli się dokładniej wędrówkom Słowian w dobie zajmowania przez nich Półwyspu Bałkańskiego musielibyśmy po tym podkreślić, że taka analiza jest wielce instruktywna w kontekście rozprzestrzeniania się plemion słowiańskich w ogóle. Jakie bowiem nauki płynęłyby z takiego działania? Pierwsza rzecz jaka powinna uderzyć każdego uważnego badacza, to powolny proces przemiany oblicza etnicznego ziem zajmowanych przez najeźdźców. Spostrzeżenie kolejne polega na tym, że inwazja na cesarstwo nie odbywała się w jakiś (zamierzony lub też nie) uporządkowany sposób, lecz przypominała chaotyczny ruch kul bilardowych po rozbiciu bazy. Zaznaczone kwestie są niezwykle istotne, ponieważ pozwalają spojrzeć na ekspansję słowiańską inaczej, a spojrzenie to wyjaśnia wiele zdawałoby się niewytłumaczalnych zagadek. Innymi słowy: podręcznikowy (choć spotykany również w opracowaniach naukowych) pogląd o narastającym, kierującym się według spodziewanej kolejności strumieniu najeźdźców, zajmujących masowo i szczelnie jeden po drugim zdobywane obszary jest poglądem odbiegającym od rzeczywistości. Aby nie być gołosłownym…