Szkoła akuszerek okładka

Szkoła akuszerek |Recenzja

Weronika Wierzchowska, Szkoła akuszerek, tom 3

Jeśli jesteście ciekawi jak wyglądała nasza Warszawa w czasach przed nastaniem II RP i to oczami kobiet, książka Szkoła akuszerek Weroniki Wierzchowskiej jest właśnie tym, czego szukacie. Znajdziecie tutaj informacje o tutejszym półświatku, intrygach rosyjskich urzędników oraz o walce pierwszych lekarek o bezpieczeństwo medyczne mieszkanek Polski.

Rzadko zdarza się, że mam przyjemność czytać kilka książek tych samych Autorów, i to niemal raz za razem. Dlatego jestem ogromnie szczęśliwy, że miałem ten przywilej, aby otrzymać kolejną świetną powieść Weroniki Wierzchowskiej. Do niedawna nie wiedziałem kim ta Autorka jest. A w ciągu miesiąca udało mi się przeczytać już trzecią jej książkę.

I co? Jestem pod ogromnym wrażeniem, nie tylko wielkiej wrażliwości Autorki, ale i ogromu pracy, jaki musiała włożyć w to, aby nakreślić tak ciekawą fabułę.

Zastanawiam się z jakich źródeł korzystała? Być może będą to pisma publicystów pokroju Bolesława Prusa, którzy rozpisywali się na temat polskich problemów społecznych. Dawno temu, czytałem kilka artykułów Prusa, i znaleźć tam można było ogrom problemów, gnębiących polskie społeczeństwo. To, co tam wyczytałem było ogromnie szokujące. Podobnie jest w przypadku recenzowanej przeze mnie powieści.

Wierzchowska w przystępny sposób kreśli całą gamę problemów społecznych, jakie gnębiły XIX-wieczną Polskę. Mogłoby się wydawać, że w mieście, takim jak Warszawa, będzie zdecydowanie lepiej niż na polskiej wsi, jednak jest to obraz na wskroś nieprawdziwy. Ówczesna stolica była siedliskiem wszelkiej maści gangów, sutenerstwa, nieludzkiego eksploatowania pracowników. O higienie mało kto słyszał, a prawość była głównie wymysłem poetów. Był to świat do którego nie chcielibyście nawet zajrzeć – brutalny do granic. Można nawet rzec, że Warszawa stała się istnym piekłem na ziemi. Co mam na myśli?

Ciężka dola kobiet

„Zdarzyło się, i to nie jeden raz, że położnice odmawiały zabrania urodzonych noworodków. Niektóre wpadały w depresję poporodową i dawało się je wyleczyć z tego smutku, ale większość po prostu znajdowała się w fatalnej sytuacji materialnej. Do takich porzuceń dochodziło także w szpitalach i nie było to niczym nadzwyczajnym. Niemowlęta rutynowo oddawano do sierocińca. To i tak lepsze niż zabijanie noworodków, co było powszechne w mieście. Prawie nie było dnia, by prasa nie donosiła o znalezieniu zwłok dopiero co urodzonego dziecka czy to w śmietniku, czy w wychodku, czasem wleczonego przez bezpańskie psy” (s. 53-54).

Autorka w świetny sposób pisze również o tak zwanym kołtunie polskim. W prostych słowach oddała całą kwintesencję problemu, oczywiście, jeśli wiecie co mam na myśli. Ale oddajmy jej zdanie: „Sfilcowane w jeden zwarty kłąb włosy, przesiąknięte łojem i Bóg wie czym jeszcze, uważane były za magiczną część ciała. Prości ludzie nadal wierzyli, że tak spreparowane, brudne włosy z biegiem lat wchłaniają w siebie wszelkie choroby i dolegliwości ich posiadacza. Odcięcie kołtuna nie wchodziło w grę, bowiem wówczas wszelkie te plugastwa wracały do właściciela i zabijały go bez litości” (s. 69).

Książkę czyta się z ogromnym przejęciem. Poruszane w niej problemy są naprawdę, jakby to napisać, brutalne. Szczerze, to mam poczucie, że Polska była krajem ogromnego zezwierzęcenia. Z jednej strony mamy wysoką kulturę reprezentowaną przez arystokrację, częściowo przez mieszczaństwo. Z drugiej – ogromną biedę reszty społeczeństwa, które zostało pozostawione same sobie. Brak opieki medycznej, brak elementarnej higieny, brak jakiejkolwiek świadomości, a czasem i człowieczeństwa. Wszędzie panowała bezwzględna brutalność, wyzysk, przemoc do granic możliwości. Mordowanie dzieci, walki gangów, handel ludźmi, sutenerstwo, wyzysk… A przecież to nawet nie wierzchołek góry lodowej.

Wierzchowska, wprawdzie pobieżnie, ale poruszyła w swej powieści wątek prostytucji oraz deprawacji wśród polskiej policji. Znalazłem gdzieś taki fragment: „Polska dostarcza dla całego świata po kilkanaście tysięcy dziewcząt rocznie na ofiarę rozpuście. Są to częstokroć zupełnie skromne, niewinne istoty. […] Detalista dostarcza dziewczęta do celów prostytucyjnych rozpustnikom, a rzadziej do burdelów. Handel zaś hurtowy ma na celu dostarczanie do krajowych i zagranicznych lupanarów i jaskiń rozpusty całego świata ładnych dziewcząt” – pisał Augustyn Wróblewski w „Czystość. Tygodnik Etyczny” z 1909 roku.

Nie wiem czy wiecie, ale Polki, oraz inne mieszkanki ziem polskich, były uprowadzane i sprzedawane do lunaparów, zwłaszcza w państwach za Atlantykiem. Można nawet powiedzieć, że Polki zdominowały ten „handel”. Musiało minąć jeszcze kilkadziesiąt lat, nim ktokolwiek zaczął rozbijać ten nieludzki proceder. Jak wielka to była skala – tego

Autorka musiała również czerpać z wielu innych, równie dojmujących opracowań, bo ciężko jest mi uwierzyć, że ktoś potrafiłby wymyślić takie bestialstwo, jeśli nie miałoby ono swego źródła w prawdziwym życiu. Tak czy siak – książka miejscami jest wstrząsająca. Ale to dobrze, bo może niektórzy docenią to, jak wiele pracy włożono, aby ten polski grajdołek stał się miejscem zdatnym do „normalnego” życia.

Szkoła akuszerek, ale nie tylko

Wierzchowska w świetny sposób kreśli również mankamenty i zawirowania życia swych bohaterek. Tytułowa szkoła akuszerek musi się bowiem borykać nie tylko z całą „barwnością” warszawskich dołów społecznych, ale i z uprzedzeniami ze strony rosyjskich urzędników, dążących nie tylko do samej rusyfikacji, ale i podporządkowania sobie Polek, które podejmują się prób naprawy świata czy społeczeństwa.

Wewnątrz budynku mamy na przykład możność zetknięcia się z antysemityzmem, bandziorami, spiskami i tragediami warszawskich kobiet. Znajdziemy tutaj małą dziewczynkę, która była tak źle traktowana, że zmiana barwy głosu u kogoś obok, powoduje u niej popuszczeniem moczu i niemiłosiernym strachem. Co gorsza okazuje się, że wokół niej zaczną dziać się naprawdę dramatyczne rzeczy. Mamy tutaj również nacjonalistkę, która stara się wymierzyć „sprawiedliwość dziejową” podejmując się próby otrucia jednej z pacjentek, która była… Żydówką. Ale więcej wam nie zdradzę. Musicie – i piszę to z pełną świadomością – musicie sięgnąć po tę powieść. Naprawdę warto.

W stronę zachodzącego słońca

Książkę czytało się szybko, i z zapartym tchem. Jestem pod wrażeniem zdolności pisarskich Autorki. Co tu mówić – jestem zachwycony jej talentem. Piękny język, pełen subtelności i gracji, pomimo poruszania się po ciężkich odmętach naszej mrocznej historii. Nawet moja żona już ją czytała. Zdarzały się chwile, że odkładała lekturę wzruszona. Po czym przytulała się, aby ocknąć się z ogromu wrażenia, jaki przyniosła jej książka. Chyba jeszcze nigdy tak dużo nie dyskutowaliśmy o jakiejkolwiek książce. Już to samo mówi wiele o wartości tej powieści.

Czy polecam? Tak, każdemu. I historykowi, i każdej kobiecie, a przede wszystkim – wszystkim panom. Bo nie wiecie, jaki skarb mamy w kobietach, i jak wiele musiały przejść. Opisy zabiegów i porodów (choć sam brałem w kilku porodach udział), ale w realiach, gdy medycyna dopiero zaczęła zdobywać świat, są doprawdy dojmujące. Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Już nie umiem się doczekać, kiedy Autorka napisze kolejny tom. Ma we mnie oddanego czytelnika. Na zawsze.

Publikacja zawiera się w siedmiu rozdziałach, dających łącznie 400 stron tekstu. Dobrego tekstu. To była niesamowicie pouczająca przygoda. Dziękuję – za naukę pokory i szacunku.


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ocena recenzenta: 6/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.