Bartek Kieżun, Via Flaminia. Opowieści z Umbrii

Bartek Kieżun, Via Flaminia. Opowieści z Umbrii

Bartek Kieżun od kilku lat mieszka w Umbrii i „Via Flaminia. Opowieści z Umbrii” powstała już z perspektywy mieszkańca, choć nadal bardzo uważnego przybysza. Zamiast kolejnej książki o włoskich zabytkach i jedzeniu napisał rzecz o pamięci miejsca: o tym, ile historii zachowało się w ulicach, potrawach, lokalnych sporach, kościołach, winnicach i opowieściach ludzi, którzy żyją tam na co dzień.

Pewnie dlatego w tym regionie wszystkie opowieści zaczynają się od tej drogi albo się na niej kończą.

Bartek Kieżun znalazł dla Umbrii bardzo dobry porządek. Via Flaminia jest wystarczająco konkretna, żeby utrzymać razem ponad trzysta stron, a jednocześnie wystarczająco stara, żeby można było przy niej zmieścić Rzymian, Longobardów, franciszkanów, średniowiecznych malarzy, umbryjskie wino, faszyzm, lokalne święta i współczesnych sąsiadów autora. Nie powstała jednak historia rzymskiej drogi. Droga pozwala Kieżunowi poruszać się po regionie bez obowiązku pisania klasycznego przewodnika i bez układania Umbrii według kolejnych epok. To zresztą dobrze pasuje do sposobu, w jaki autor poznaje miejsce, w którym zamieszkał. Większość tematów rodzi się z codzienności. Ktoś coś opowiada przy kawie, właściciel sklepu rzuca nazwę miejscowości, sąsiedzi oburzają się na źle przygotowaną torta al testo, w restauracji zaczyna się spór o nazwę makaronu. Kieżun słucha, zapamiętuje, później czyta i sprawdza. W rezultacie zwykła rozmowa może doprowadzić do rzymskiej willi, bizantyjskich mnichów albo historii potrawy, której pochodzenie od stuleci pozostaje przedmiotem sporu.

W tym sensie „Via Flaminia” jest książką znacznie bardziej historyczną, niż zapowiada jej podróżnicza forma. Kieżun nie traktuje historii jako zestawu wydarzeń, które trzeba streścić przed opisem miasta. Interesuje go raczej to, co z dawnych epok zostało w dzisiejszej Umbrii. Czasem są to rzymskie kamienie wykorzystane w późniejszych budowlach, czasem układ ulic, dawne nazwy, kult świętego, odmiana winorośli albo produkt, który przez wiele lat kojarzył się mieszkańcom z biedą.

Szczególnie dobrze widać to przy jedzeniu, którego jest w książce dużo, ale znacznie rzadziej niż można by się spodziewać służy ono wyłącznie opisywaniu przyjemności jedzenia. Kieżuna interesuje, dlaczego coś znalazło się na umbryjskim stole, kto to jadł, kiedy przestano, dlaczego później wróciło i ile prawdy zostało w opowieściach o pochodzeniu przepisu. Cicerchie prowadzą do historii głodu i latyryzmu, oliwa do dawnych technik produkcji i zmian społecznych, sagrantino do kilku konkurencyjnych wersji pochodzenia szczepu. Nawet spór o żeliwną płytę do torta al testo przestaje być kulinarnym żartem, kiedy wychodzi z niego przywiązanie mieszkańców do bardzo lokalnych zasad.

Kieżun dobrze czuje różnicę między historią regionu a historiami, które region opowiada sam o sobie. Nie każda legenda zostaje przez niego potraktowana jak źródło, nie każda etymologia jak fakt. W przypadku sagrantino zaznacza, że Pliniusz Starszy pisał o umbryjskim winie, ale nie o tym konkretnym szczepie. Przy innych historiach przywołuje kilka wersji i zostawia je obok siebie. To drobiazg, lecz w książkach o Włoszech wcale nie taki oczywisty, bo lokalne podania bardzo łatwo przechodzą tam z ustnej tradycji do przewodników, a z przewodników do kolejnych publikacji.

Za swobodną narracją stoi przy tym sporo czytania. Bibliografia obejmuje historię, archeologię, sztukę, franciszkanizm, kuchnię, wino, oliwę i publikacje dotyczące poszczególnych miejscowości. Kieżun nie epatuje aparatem naukowym, ale jego obecność czuć w sposobie prowadzenia opowieści. Autor może zacząć od żartu albo rozmowy z sąsiadem, a kilka stron później znajdować się przy źródłach antycznych czy sporze historyków sztuki.

Ta metoda szczególnie dobrze sprawdza się przy miejscach i postaciach pozostających poza pierwszym planem. Kieżun oczywiście pisze o Franciszku, Peruginie, Pinturicchiu czy Signorellim, ale sporo miejsca poświęca Maestro di San Francesco, niewielkim muzeom, lokalnym stanowiskom archeologicznym i zabytkom, obok których można przejść bez większego zainteresowania. Jego Umbria nie składa się z obowiązkowej listy atrakcji. Autor mieszka tam wystarczająco długo, żeby kilka razy minąć coś ważnego, zanim dowie się, na co właściwie patrzył.

Właśnie ten dystans między mieszkańcem a człowiekiem nadal przyjezdnym jest dla książki korzystny. Kieżun zna już region, ma własny dom, swoich ludzi i swoje przyzwyczajenia, ale nie przyjmuje pozy wszystkowiedzącego znawcy Italii. Regularnie czegoś nie rozumie, źle interpretuje, nie zna miejscowego zwyczaju albo dopiero po kilku latach dowiaduje się, że ignorowany wodospad Cascata delle Marmore ma historię sięgającą czasów rzymskich. Autoironia nie służy tu robieniu z autora bohatera. Raczej zostawia miejsce na zdziwienie, bez którego podobna książka szybko zamieniłaby się w wykład.

„Via Flaminia” ma przez to strukturę bardziej eseistyczną niż przewodnikową. Poszczególne rozdziały są samodzielnymi opowieściami, połączonymi regionem, drogą i obecnością autora. Można czytać je osobno, ale dopiero razem pokazują Umbrię rozbitą na dziesiątki niewielkich ojczyzn, z własnymi ambicjami, językiem i pamięcią. Kilka kilometrów wystarczy, żeby zmieniła się nazwa zioła albo makaronu, a historia sąsiedniego miasta przestała być historią „naszą”.

Przy czterdziestu trzech rozdziałach formuła czasem zaczyna być przewidywalna. Kolejna rozmowa prowadzi do kolejnego odkrycia, kolejna lokalna historia uruchamia następny research, a Kieżun ma skłonność do dokładania informacji jeszcze długo po tym, gdy główny temat został już wyczerpany. Niektóre rozdziały zyskałyby na mocniejszym cięciu. W innych ta obfitość działa, zwłaszcza gdy autor trafia na temat wykraczający daleko poza turystyczną opowieść o Umbrii, jak historia Żydów internowanych na Isola Maggiore i ludzi zaangażowanych w ich ratowanie w 1944 roku.

Najwięcej „Via Flaminia” mówi jednak o samym sposobie poznawania miejsca. Kieżun nie próbuje znaleźć jednej Umbrii, bo po kilku latach mieszkania wie już dobrze, że taka prawdopodobnie nie istnieje. Jest Umbria rzymska, franciszkańska, chłopska, papieska, etruska i współczesna, a pod tym podziałem są jeszcze Perugia, Bevagna, Todi, Gubbio, Spoleto i dziesiątki miejscowości przekonanych o własnej odrębności. Dawne warstwy nie leżą grzecznie jedna pod drugą. Mieszają się w tym samym kościele, na tej samej ulicy, czasem nawet na tym samym talerzu.

Dlatego finał z ogrodem przy murach miejskich dobrze zamyka książkę, choć Kieżun nie potrzebuje w nim większych deklaracji. Początkowo tylko korzystał z rosnących tam ziół, później zaczął porządkować grządki, podparł stary rozmaryn i posadził własne rośliny. Pisze, że chciałby, aby zapuściły korzenie tak jak on.

Po kilkuset stronach słowo „korzenie” jest już obciążone całą historią, którą wcześniej zebrał. Człowiek może kupić dom znacznie szybciej, niż pozna miejsce, w którym stoi; może nauczyć się drogi do sklepu, nie wiedząc, że pod asfaltem biegnie trakt używany dwa tysiące lat wcześniej; może jeść miejscowy chleb, zanim zrozumie, dlaczego sąsiad obrazi się na nazwę, której użył. Kieżun przez kilka lat zbiera właśnie te drobne zależności, aż obca przestrzeń zaczyna mieć własną chronologię, ludzi i pamięć. „Via Flaminia” jest zapisem takiego powolnego oswajania Umbrii.


Wydawnictwo Czarne
Agnieszka Cybulska

Czytaj również:

Comments are closed.