Jens Bjørneboe, Prochownia

Jens Bjørneboe, Prochownia

Prochownia jest książką gęstą, brudną i świadomie niewygodną. Bjørneboe wraca do przemocy, lecz bardziej od samego okrucieństwa interesują go sposoby, dzięki którym człowiek potrafił przez wieki uznać zadawanie bólu za prawo, obowiązek, terapię, obronę wiary albo konieczność polityczną. Tortury, procesy czarownic, kara śmierci, kolonializm, psychiatria i seksualność spotykają się tu w jednej historii o lęku, władzy i ciele.

Po Chwili wolności Bjørneboe kontynuuje temat prowadzący przez całą Historię Bestialstwa. Prochownia nosi podtytuł Naukowe posłowie i ostatni protokół, ale spokojnego komentarza naukowego jest tu niewiele. Powieść miesza wykład, rozmowę, wspomnienie, kliniczną notatkę, spowiedź i historyczne oskarżeniw. Autor przeskakuje między epokami i tonami, czasem przeciąża tekst przykładami, innym razem rozbija powagę obscenicznym żartem albo sceną z ogrodu. La Poudrière przyjmuje ludzi, na których świat zewnętrzny chętnie by nie patrzył. Są tam zbrodniarze, wojskowi, ludzie bogaci i wpływowi, osoby chore, obciążone wojną, kolonializmem i własną przeszłością. W innym miejscu część z nich trafiłaby do więzienia, tutaj zostają pacjentami. Pieniądze i pozycja potrafią zmienić język opisu, a wraz z nim także granicę odpowiedzialności.

Narrator mieszka obok kliniki, w domu ogrodnika. Uprawia rośliny, pije wino, słucha cudzych historii i zapisuje je. Zwykły fizyczny świat stale sąsiaduje z opowieściami o wojnie, egzekucjach i torturach. Bjørneboe nie oddziela przemocy od codzienności. Człowiek może patrzeć na winorośl, jeść, spać, kochać i równocześnie należeć do kultury, która przez stulecia wymyślała coraz bardziej uporządkowane sposoby zadawania bólu. Początek dobrze oddaje ton powieści. Zakładowy kot oddaje mocz na twarz ministra finansów wydrukowaną w gazecie, a kilka stron dalej rozmowa schodzi na kolonializm i tortury. Fizjologia przechodzi w politykę, żart w oskarżenie. Państwo, Kościół, armia i prawo mówią poważnym językiem, podczas gdy ciało nadal boli krwawi i umiera.

Najwięcej znaczą partie poświęcone procesom czarownic, inkwizycji i karze śmierci. Bjørneboe pokazuje powracający mechanizm: wspólnota wskazuje człowieka uznanego za zagrożenie, nadaje mu odpowiednią nazwę, później przychodzą procedura, wyrok i kara. Czarownica, heretyk, dewiant, zdrajca czy wróg państwa należą do różnych epok, ale spełniają podobną funkcję. Źródłem tego mechanizmu jest Wielki Lęk. Człowiek boi się własnej zdolności do przemocy, więc przenosi zło na kogoś innego. Potem może go przesłuchać, torturować, spalić, powiesić albo ściąć i nadal uważać, że broni porządku. Zmieniają się hasła, przepisy i kostiumy, potrzeba wskazania winnego pozostaje zadziwiająco trwała. Najcięższe fragmenty dotyczą właśnie tortur i egzekucji. Bjørneboe sprowadza prawo z poziomu abstrakcji do poziomu ciała. Zamiast „wykonania wyroku” pojawiają się ręce, narzędzia, ogień, hak, szubienica i gilotyna. Publiczna kara staje się rytuałem, podczas którego wspólnota nie tylko patrzy, ale również nadaje cierpieniu sens.

Christine oraz sceny ogrodu dają chwilę oddechu. Są ciało, dotyk, jedzenie, słońce i wino, ale nawet tutaj nie ma pełnego komfortu. W tle wracają krzyki z oddziału, próby samobójcze, wojna i pamięć przemocy. Piękno istnieje obok nich, niczego nie naprawiając.

Dużo zależy od języka. Przekład Karoliny Drozdowskiej zachowuje gwałtowne przejścia między akademickim wywodem, medycznym konkretem, obelgą, bluźnierstwem i opisem przyrody. Ta proza nie powinna być wygładzona, bo jej nerw bierze się właśnie z ciągłego zderzania porządku z fizycznością. Prochownia potrafi zmęczyć. Partie wykładowe są długie, przykładów bywa za dużo, obsceniczność czasami przejmuje scenę. Bjørneboe świadomie ryzykuje nadmiar. Nie pisze eleganckiej rozprawy o historii przemocy, lecz książkę, która sama ma pozostawić czytelnika w lekkim dyskomforcie. Najciekawsza pozostaje La Poudrière jako mały model świata zewnętrznego. W klinice znajdują się ludzie określani jako chorzy albo niebezpieczni. Poza jej murami działają armie, sądy, parlamenty, Kościoły i administracje, które przez stulecia potrafiły zadawać przemoc legalnie i z zachowaniem całej powagi procedury. Bjørneboe nie potrzebuje więc dowodzić, że człowiek jest bestią. Znacznie bardziej interesuje go cywilizacja, która potrafi nadać bestialstwu paragraf, mundur, diagnozę i uzasadnienie. Stos znika, pojawia się cela. Inkwizytor ustępuje urzędnikowi, lekarzowi, wojskowemu albo sędziemu. Narzędzia się zmieniają, potrzeba sprawowania władzy nad cudzym ciałem okazuje się znacznie bardziej odporna na upływający czas. Historia bestialstwa u Bjørneboego trwa tak długo, jak długo kolejne epoki potrafią uznać własną przemoc za coś zupełnie innego.


Wydawnictwo ArtRage, seria Cymelia
Agnieszka Cybulska

Comments are closed.