László Krasznahorkai, Melancholia sprzeciwu

László Krasznahorkai, Melancholia sprzeciwu

„Melancholia sprzeciwu” zaczyna się od drobnych awarii codzienności, a kończy rozpadem ludzkiego ciała na związki chemiczne. Pomiędzy nimi László Krasznahorkai mieści wieloryba, Bacha, teorię strojenia, tłum, politykę i człowieka przekonanego, że ruch planet dowodzi istnienia porządku. Wszystko obraca się wokół jednego problemu: ile z ładu, który widzimy w świecie, naprawdę do niego należy, a ile sami musimy sobie wytworzyć.

wieści, plotki, opowieści i doświadczenie coraz bardziej sobie przeczyły

„Melancholia sprzeciwu” jest powieścią o rozpadzie, ale Krasznahorkai zaczyna od rzeczy znacznie mniej spektakularnych niż przemoc tłumu. Rozkład jazdy przestaje cokolwiek gwarantować, zaopatrzenie działa źle, brakuje opału, instytucje funkcjonują coraz słabiej, mieszkańcy słyszą dziesiątki sprzecznych informacji. Katastrofa najpierw istnieje jako poczucie, że zwykły dzień utracił swoją przewidywalność. To wystarczy, aby plotka zaczęła pełnić funkcję informacji, przypadek wyglądał jak znak, a ludzie szukali jednej przyczyny dla rzeczy, które wcale nie muszą mieć wspólnego źródła.

Krasznahorkai pisze dokładnie w taki sposób. Jego długie zdania zbierają obserwacje, podejrzenia, cudze opinie, wspomnienia i kolejne korekty wcześniejszych myśli. Narracja potrafi wejść głęboko w sposób widzenia bohatera, a po kilku stronach okazuje się, że czytelnik poruszał się głównie po jego lękach albo urojeniach. Pflaumowa widzi wokół siebie upadek obyczajów i zagrożenie ze strony ludzi, którymi gardzi; część jej strachu jest klasowym uprzedzeniem, część znajduje bardzo konkretne potwierdzenie. Granica pozostaje ruchoma.

Podobnie działa martwy wieloryb, najbardziej oczywisty symbol powieści i zarazem jeden z najmniej jednoznacznych. Sam niczego nie robi. Leży w wagonie. Nie wywołuje zamieszek, nie wydaje poleceń, nie przekazuje żadnej prawdy. Ludzie patrzą na niego i dopisują własne znaczenia. Mieszkańcy widzą zagrożenie, Valuska widzi cud natury, cyrk widzi atrakcję, tłum zbiera się wokół całego widowiska. Krasznahorkai zostawia ogromne ciało pośrodku miasta i pozwala ludziom ujawnić się przez sposób, w jaki na nie reagują.

Najbardziej osobliwym bohaterem pozostaje przy tym Valuska. Miejscowy dziwak, roznosiciel gazet, człowiek traktowany pobłażliwie przez niemal wszystkich, buduje swoją wizję rzeczywistości na ruchu ciał niebieskich. W gospodzie odtwarza zaćmienie Słońca przy pomocy pijanych klientów, Eszterowi opowiada o planetach i gwiazdach, w wielorybie widzi potwierdzenie ogromu świata. Jego kosmologia jest naiwna, ale wewnętrznie spójna. Ziemia się obraca, światło powraca, człowiek pozostaje częścią większej całości.

Obok niego Krasznahorkai stawia Esztera, który całą intelektualną drogę przeszedł w przeciwnym kierunku. Dawny dyrektor szkoły muzycznej szukał harmonii znacznie bardziej fachowo i skończył bez wiary w nią.

Rozdział zatytułowany „Harmonie Werckmeistera” zawiera jeden z najlepszych pomysłów całej powieści. Eszter odkrywa, że system strojenia umożliwiający zachodnią muzykę opiera się na kompromisie. Czystość interwałów trzeba naruszyć, aby instrument pozostawał użyteczny w różnych tonacjach. Dla muzyka mogłaby to być kwestia techniczna. Dla Esztera staje się dowodem przeciw harmonii, w którą wcześniej wierzył. Przestraja fortepian według stroju naturalnego i próbuje grać Bacha. Bach brzmi fatalnie. Kilka godzin pracy nad przywróceniem czystości kończy się instrumentem, na którym muzyka przestaje działać tak, jak powinna. Ten fragment Krasznahorkai prowadzi z niemal absurdalną konsekwencją: człowiek podejrzewa świat o fałsz, odkrywa techniczną niedoskonałość systemu muzycznego, naprawia ją i otrzymuje rezultat gorszy od pierwotnego.

Werckmeister nie jest przy tym erudycyjną dekoracją. Spór o strojenie przechodzi przez całą konstrukcję książki. Valuska wierzy w porządek istniejący niezależnie od człowieka. Eszter odkrywa, że piękna harmonia może wymagać świadomego odstępstwa od czystości. Książę głosi, że żadnej całości nie ma. Eszterowa nie potrzebuje metafizyki; jej porządek powstaje z ludzi, stanowisk, nacisku, administracji i kontroli nad tym, co zostanie uznane za oficjalną wersję wydarzeń.

Książę jest przy tej czwórce zadziwiająco prosty. Jego myśl da się właściwie streścić jednym zdaniem: całości nie ma. Nie proponuje systemu, który miałby zastąpić wcześniejszy. Jego ludzie burzą, ponieważ rozpoznali rozczarowanie i nie widzą powodu, aby cokolwiek podtrzymywać. Hasło „Zbudujcie całość z ruin!” brzmi niemal jak program polityczny, ale powieść nie dostarcza żadnego projektu tego, co miałoby powstać później.

Krasznahorkai bardzo oszczędnie obchodzi się z samym Księciem. Słyszymy go przez Sługusa, oglądamy właściwie z oddalenia, znacznie więcej miejsca zajmują ludzie, którzy chcą za nim iść. To pozwala uniknąć wygodnej odpowiedzi, według której katastrofę sprowadził jeden demagog. Miasto wcześniej było pełne lęku, frustracji, pogłosek i poczucia, że dotychczasowe reguły przestały obowiązywać. Książę znajduje gotowy materiał.

Jeszcze ciekawsza jest Eszterowa, bo po przemocy tłumu przywraca realne funkcjonowanie miasta. Wracają sklepy, opał, telefony, szkoły, urzędy, oświetlenie i pociągi. Ktoś wreszcie podejmuje decyzje. Ktoś sprząta. Razem ze śmieciami z ulic znikają jednak niewygodne wersje wydarzeń.

Cyrk zaczyna funkcjonować jako narzędzie obcego wywiadu, uczestnicy dostają swoje role, Valuska trafia na „właściwie dożywotnie” leczenie psychiatryczne, dawny bojówkarz może zasilić nową milicję, jeśli okaże się odpowiednio użyteczny. Pflaumowa po śmierci również dostaje historię, która pasuje do potrzeb nowej władzy. Eszterowa nie fałszuje świata w sposób subtelny. Wystarcza jej wiedza, że pamięć publiczna potrzebuje wersji prostszej od rzeczywistości.

Na tym tle relacja Esztera i Valuski jest wyjątkowo cicha. Jeden utracił wiarę w harmonię, drugi przez większą część powieści zachowuje ją mimo wszystkiego. Valuska przynosi jedzenie, przychodzi, pomaga, opowiada swoje historie. Eszter z czasem przestaje traktować te wizyty jako dodatek do własnej samotności. Po zamieszkach próbuje przyjaciela ratować, później odwiedza go w szpitalu, choć Valuska nie odpowiada. Krasznahorkai pozostawia jeszcze fortepian.

Eszter pod koniec przywraca „całą harmonię Werckmeistera”. Cofnięcie wcześniejszej korekty odbywa się bez filozoficznego wyznania wiary. Bierze klucz stroicielski, pracuje nad instrumentem, otwiera Bacha i uderza pierwszy akord Preludium Es-dur. Wystarcza fakt, że człowiek, który usunął kompromis w imię czystości, świadomie do niego wraca.

Dopiero ostatnia część, „Sermo super sepulchrum”, pozwala zobaczyć skalę całej konstrukcji Krasznahorkaiego. Powieść zaczynała się od ludzi próbujących rozpoznać zasady rządzące coraz bardziej chaotycznym światem, a kończy drobiazgowym opisem procesów chemicznych zachodzących w ciele Pflaumowej. Autoliza, bakterie, rozpad białek, gnicie, amoniak, dwutlenek węgla, kolejne związki wracające do obiegu materii. Ani jeden atom nie znika, znika człowiek jako odrębna całość.

Jest w „Melancholii sprzeciwu” bardzo stara europejska tęsknota za światem dającym się sprowadzić do proporcji. Pitagorejska harmonia sfer, matematyka muzyki, porządek planet, system strojenia — przez wieki powracało przekonanie, że za pięknem musi stać liczba, a za liczbą jakaś zasada. Krasznahorkai bierze tę tradycję i prowadzi ją przez prowincjonalne miasto pełne śmieci, niedziałających instytucji, pijaków, lokalnych działaczy i ludzi czekających na katastrofę.

Najbardziej przejmujący pozostaje Eszter ze swoim źle nastrojonym fortepianem. Wie już za dużo, żeby wrócić do dawnej wiary w doskonałą harmonię, ale czystość, której szukał, okazała się bezużyteczna. Pod koniec nie wygłasza traktatu. Strojenie przywraca Bachowi brzmienie, a wizyty u Valuski przywracają jego życiu jedną konkretną więź. Valuska płaci więcej. Jego wiara w kosmiczny porządek nie wytrzymuje spotkania z człowiekiem. Eszterowa radzi sobie najlepiej.

Porządek nie należy wyłącznie do dobrych ludzi, podobnie jak chaos nie jest domeną jednego Księcia. Ład może powstawać z kompromisu potrzebnego do zagrania Bacha, z codziennej troski jednego człowieka o drugiego albo z aparatu, który sprawnie uruchamia sklepy i równie sprawnie decyduje, co mieszkańcy mają pamiętać. Na końcu wszystkie te systemy zostają zestawione z ciałem Pflaumowej, które rozpada się bez pytania o muzykę, politykę, moralność czy historię. Materia nie potrzebuje harmonii Werckmeistera – ludzie najwyraźniej potrzebują; pozostaje pytanie, ile są gotowi za nią zapłacić.


Wydawnictwo Czarne
Agnieszka Cybulska

Comments are closed.