Juan Manuel de Rosas ciśnie brzuszki, pije gin i rozmyśla o własnym okrucieństwie. Chwilę później przyjmuje angielskiego przyrodnika, który przedstawia się jako szwagier Darwina i zamierza ruszyć przez pampę w poszukiwaniu legendarnego Zająca Spisańskiego. Już na pierwszych stronach César Aira zmienia XIX-wieczną Argentynę w przestrzeń, gdzie postać historyczna, polityczny mit, powieść przygodowa i czysty absurd mogą istnieć na tych samych prawach.
Zając może być postacią z opowieści, a opowieść przelatuje nad nieciągłymi terytoriami…
Zając ukazał się po hiszpańsku w 1991 roku. W Polsce powieść wyszła w przekładzie Tomasza Pindla nakładem ArtRage. To jedna z tych książek, przy których określenie „powieść historyczna” jest jednocześnie prawdziwe i kompletnie niewystarczające. Punkt wyjścia wygląda jeszcze całkiem klasycznie. Clarke, angielski przyrodnik związany z Darwinem, rusza w głąb Argentyny, żeby odnaleźć zwierzę znane jako Zając Spisański. Towarzyszą mu przewodnik Gauna i młody malarz Carlos Álzaga Prior. Dalej pojawiają się Mapucze, wodzowie, wojna, zaginieni ludzie, podziemne światy, rodzinne tajemnice i kolejne historie, które wyrastają z poprzednich, po czym prowadzą w zupełnie innym kierunku.
Aira wykorzystuje schemat dziewiętnastowiecznej wyprawy przyrodniczej, ale szybko rozsadza go od środka. Europejski badacz przyjeżdża nazwać, sklasyfikować i opisać nieznane zwierzę, tymczasem im dalej jedzie, tym mniej pewne staje się znaczenie samego poznania. Zając może być zwierzęciem, opowieścią, symbolem prędkości, częścią strategii wojennej, kształtem kamienia albo kolejną wersją historii powtarzanej przez ludzi. Clarke szuka konkretnego obiektu, a trafia do świata, w którym każda definicja natychmiast otwiera następną możliwość.
Ten pomysł obejmuje znacznie więcej niż tytułowe zwierzę. Mapucze Airy prowadzą rozmowy o czasie, przestrzeni, prawie, języku i ciągłości, przy których europejski przyrodnik nieraz przestaje być stroną dysponującą bardziej rozwiniętym aparatem poznawczym. Z pozoru absurdalne wywody okazują się wewnętrznie spójne, a ich logika zaczyna wpływać na samą konstrukcję powieści. Zając biegnie przez terytorium; opowieść robi dokładnie to samo, przeskakując między postaciami, znaczeniami i kolejnymi historiami. Aira podobnie obchodzi się z historią Argentyny. Juan Manuel de Rosas, jedna z centralnych postaci argentyńskiego XIX wieku, występuje jako Restaurator, dyktator obserwowany z bardzo bliskiej i bardzo mało pomnikowej perspektywy. Robi gimnastykę, pije, rozważa swoje polityczne decyzje, myśli o córce Manuelicie i z absolutną pewnością interpretuje świat według własnej logiki. Historyczna postać zostaje pozbawiona brązu, ale nie znaczenia. Władza Rosasa cały czas istnieje w tle: policja zbiera informacje, przeciwnicy polityczni tworzą własne narracje, a sam Restaurator również rozumie rządzenie jako produkowanie obrazów, gestów i znaczeń.
Dlatego Zając dobrze czyta się jako powieść o tworzeniu historii. Nie tylko tej zapisywanej później przez historyków. Rosas ma własną opowieść o sobie, jego przeciwnicy własną, Clarke próbuje opisywać świat językiem europejskiej nauki, Mapucze mają własne systemy interpretacji, a narrator nieustannie miesza te porządki. Pewność, że jedna wersja może ostatecznie uporządkować wszystkie pozostałe, znika dość szybko. W tym sensie zabawny jest również Darwin. Clarke przedstawia się jako jego szwagier, teoria przemian organizmów krąży po rozmowach, lecz po wejściu w świat Airy zaczyna mutować równie swobodnie jak cała reszta. Nauka przestaje być wygodnym europejskim punktem odniesienia, wobec którego można mierzyć „dzikich”. Każdy coś klasyfikuje, każdy tworzy system i każdy prędzej czy później odkrywa, że rzeczywistość wymyka się temu systemowi.
Aira świetnie zna przy tym tradycję, którą rozbiera. La liebre należy do jego powrotów do argentyńskiego XIX wieku, obok innych książek wykorzystujących figury i teksty ważne dla narodowej wyobraźni. Badacze argentyńskiej powieści historycznej zwracali uwagę, że obecność Rosasa jest tutaj tylko początkiem właściwej wyprawy Clarke’a na tereny Mapuczów. Sam wybór Rosasa nie jest jednak przypadkową dekoracją. Argentyna budowała znaczną część swojej dziewiętnastowiecznej tożsamości na sporze o cywilizację, barbarzyństwo, pampę, Indian i europejskość. Aira wraca do tego zestawu i miesza role tak długo, aż przestają być wygodne.
Czyta się to momentami jak przygodówkę pisaną przez człowieka, który co kilkanaście stron przypomina sobie, że bardziej od rozwiązania zagadki interesuje go możliwość stworzenia następnej. Fabuła potrafi puchnąć, kolejne rozmowy rozchodzą się na kilka poziomów, absurd narasta. Jeśli ktoś czeka wyłącznie na odnalezienie zająca, może się solidnie zirytować. W tej książce poszukiwanie ma większe znaczenie niż przedmiot poszukiwania. I tu Aira trafia w rzecz ciekawszą niż sama zabawa konwencją. Europejski podróżnik przyjeżdża do Argentyny przekonany, że świat da się poznać, jeśli dostatecznie długo będzie się go obserwować i odpowiednio nazwie poszczególne elementy. Tymczasem pampa Airy wytwarza kolejne wersje rzeczywistości szybciej, niż Clarke potrafi je porządkować. Historia robi dokładnie to samo: im więcej źródeł, perspektyw i opowieści, tym trudniej określić jakiś jeden, stabilny obraz. Zając udaje więc powieść o ekspedycji, a pod spodem prowadzi znacznie bardziej złośliwą grę z potrzebą porządku. Aira bierze historię Argentyny, europejską naukę, kolonialne spojrzenie i tradycję powieści przygodowej, po czym sprawdza, ile razy można zmienić ich znaczenie bez całkowitego rozpadu opowieści. Panta rhei, historia ciągle trwa, a zając kica dalej.
Wydawnictwo ArtRage
Agnieszka Cybulska