Manon Gauthier-Faure, Duchy z jeziora. Tajemnice wsi w Szampanii

Manon Gauthier-Faure, Duchy z jeziora. Tajemnice wsi w Szampanii

Dwie dziewczynki utonęły w 1978 roku w niewielkiej wsi w Szampanii. Kilkadziesiąt lat później mieszkańcy nadal pamiętali ich śmierć, choć o ich życiu potrafili powiedzieć niewiele. Manon Gauthier-Faure zaczęła od opowieści o duchach pojawiających się w miejscowym domu opieki, a przez dwa lata pracy zebrała materiał o pamięci, biedzie, rodzinie obciążonej cudzym osądem i historii, która z każdym kolejnym powtórzeniem coraz bardziej oddalała się od ludzi, których dotyczyła.

Wiem, co ludzie o nas mówili, zresztą powtarzają to do dziś. Po prostu wcale nas nie znali.

„Duchy z jeziora” zaczynają się materiałem niemal idealnym dla reportażu o zjawiskach paranormalnych. W domu opieki Maison Beausoleil starsze kobiety widzą dwie dziewczynki, robią im miejsce w łóżkach, słyszą ich głosy, proszą personel, żeby się nimi zajął. Kilkadziesiąt lat wcześniej w tej samej miejscowości utonęły Nathalie i Marielle Frine. Zbieżność jest aż nazbyt wdzięczna, żeby jej nie wykorzystać. Gauthier-Faure robi jednak z niej przede wszystkim pretekst do reporterskiego dochodzenia, a pytanie o istnienie duchów z czasem schodzi na dalszy plan.

Znacznie więcej miejsca zajmuje pamięć. Nie ta zapisana w dokumentach, uporządkowana datami i nazwiskami, ale pamięć ludzi, którzy przez lata opowiadali sobie tę samą historię. W Varin-le-Haut śmierć sióstr przetrwała bardzo dobrze. Przetrwał staw, pogrzeb, bieda rodziny, rzekome zaniedbanie dzieci i obraz dziewczynek znalezionych ze splecionymi dłońmi. Gorzej z odpowiedzią na pytanie, kto widział to naprawdę, kto znał Frine’ów, kto bywał w ich domu i skąd pochodzą szczegóły powtarzane po czterdziestu latach z pełnym przekonaniem.

Gauthier-Faure rozbiera tę lokalną pamięć kawałek po kawałku. Lekarz medycyny sądowej podważa prawdopodobieństwo jednego z najbardziej utrwalonych elementów historii, czyli dłoni sióstr splecionych po kilku dniach spędzonych w wodzie. Akt żandarmerii nie można już wykorzystać, bo zostały zniszczone. Kolejni mieszkańcy pamiętają różne wersje tych samych wydarzeń. Najbardziej znaczące pęknięcie pojawia się wraz z Marie, starszą siostrą Nathalie i Marielle, która zna rodzinę opisywaną przez mieszkańców zupełnie inaczej.

Na zderzeniu tych relacji książka działa najlepiej. Marie nie idealizuje rodzinnego domu. Frine’owie byli biedni, mieli siedmioro dzieci, utrzymywali się z jednej pensji, mieszkali bez łazienki i toalety. Jej wspomnienia nie potwierdzają jednak obrazu dzieci pozbawionych opieki. Marielle czytała, układała puzzle, pomagała matce przy pieczeniu; Nathalie pracowała z ojcem w ogrodzie i przy drobnych naprawach. Rodzina żyła skromnie, pozostawała na uboczu, nie należała do miejscowego towarzystwa. Z czasem ta odrębność zaczęła wystarczać za charakterystykę Frine’ów, a po śmierci dziewczynek również za wyjaśnienie tragedii.

Gauthier-Faure pokazuje przy tym coś więcej niż zwykłą zawodność wspomnień. W lokalnej pamięci bieda Frine’ów została przepisana na zaniedbanie, odmienność na podejrzliwość, a dystans wobec sąsiadów na dowód, że w domu musiało dziać się źle. Później wystarczyło już powtarzanie. André po latach zmienił nawet zawód; pojawiła się też historia o wypadku samochodowym, choć nie miał prawa jazdy ani samochodu. Pamięć nie przechowała rodziny. Przechowała jej reputację.

Najbardziej dotkliwie widać to w historii Marcelle, obwinianej o śmierć córek. Po pogrzebie usłyszała od teściowej, że gdyby lepiej pilnowała dzieci, być może nadal by żyły. Chciała rzucić się do kanału; zatrzymała ją nastoletnia Marie. W kolejnych latach matka się wycofała, ojciec zamknął jeszcze bardziej, a Marie przejęła opiekę nad rodziną. Nie potrzeba tu dodatkowych diagnoz ani psychologicznych etykiet. Rodzinne konsekwencje tragedii są opisane wystarczająco konkretnie. Autorka nazywa to, co wydarzyło się w Varin-le-Haut, zbiorową amnezją. Określenie jest przewrotne, bo wieś przecież pamiętała. Pamiętała nawet bardzo długo. Zniknęły za to proporcje między tym, co rzeczywiście wiadomo, a tym, co przez lata dopowiedziano. „Milczenie rodzi przypuszczenia” – słyszy Gauthier-Faure podczas pracy. Utonięcie stało się tematem tabu, a brak rozmowy nie zatrzymał opowieści, tylko oddał ją plotce.

Na tym tle wątek duchów przestaje być ozdobą reportażu. Pensjonariuszki Maison Beausoleil cierpią na różne zaburzenia poznawcze, część doświadcza halucynacji, autorka zna podobne przypadki z własnej rodziny. Nie ma podstaw, by relacje o Nathalie i Marielle potraktować jako potwierdzenie zjawisk paranormalnych, ale Gauthier-Faure nie próbuje ich również wykpić ani gwałtownie racjonalizować. Zostawia je tam, gdzie powstały: pomiędzy chorobą, pamięcią miejsca, zasłyszaną opowieścią i doświadczeniem ludzi przekonanych, że widzieli dwie dziewczynki.

Słabiej wypada finał z Pierre’em, który uważa się za przewodnika dusz i odprawia rytuał mający pomóc siostrom odejść „do światła”. Autorka zachowuje ostrożność, nie przedstawia późniejszego zaniku relacji o duchach jako dowodu, ale jej reporterski dystans staje się mniej wyraźny. Po rozdziałach opartych na zestawianiu świadectw, sprawdzaniu dokumentów i demontowaniu szczegółów utrwalonych przez dziesięciolecia mistyczne domknięcie wydaje się obce metodzie, dzięki której wcześniejsze partie książki są tak dobre.

Znacznie lepiej domyka „Duchy z jeziora” sama praca wykonana nad pamięcią o Nathalie i Marielle. Gauthier-Faure zaczyna z dwoma martwymi dziewczynkami ze stawu, a kończy z krótkimi, niedoskonałymi, poskładanymi z cudzych wspomnień biografiami. Nie odzyskuje całej prawdy o 1978 roku, bo odzyskać jej już nie można. Dokumenty przepadły, świadkowie się mylą, część osób nie żyje, pamięć dopisała własne szczegóły. Można natomiast ustalić, które zdanie pochodzi od członka rodziny, które z dokumentu, które od sąsiada, a które krążyło po wsi tak długo, że nikt nie pamięta jego początku.

Jest w tym coś bardzo starego, znanego każdemu, kto pracował z pamiętnikami, relacjami świadków czy historią mówioną: przeszłość rzadko dociera do nas w stanie nienaruszonym, a pamięć potrafi być niezwykle wierna emocji i zaskakująco obojętna wobec szczegółu. Gauthier-Faure znalazła jednak jeszcze jeden wymiar tego mechanizmu. W Varin-le-Haut zapomnienie nie rozłożyło się sprawiedliwie. Zatarły się osobowości dziewczynek, ich codzienność, relacje rodzinne; przetrwały bieda, podejrzenia, wina i opowieść o splecionych dłoniach.

André Frine zgodził się na książkę pod jednym warunkiem, który właściwie mówi o niej więcej niż cały paranormalny sztafaż: chciał, aby podano imiona jego córek. Nathalie Frine i Marielle Frine.


Wydawnictwo Czarne
Agnieszka Cybulska

Czytaj również:

Comments are closed.