Bajeczna miłość Lilki wyglądała jak spełniona baśń, dopóki życie nie pokazało jej, że za szklanymi kulami i obietnicami potrafi kryć się zwyczajny kij owinięty w łachmany. W tej historii uniesienia mieszają się z twardą rzeczywistością, a każdy „książę” może w jednej chwili zmienić się w stracha na wróble. To opowieść o kobiecie, która kochała całą sobą – i boleśnie odkrywała, że bajeczna miłość rządzi się innymi prawami, gdy schodzi z kart poezji do codzienności.
Słowo „bajeczny” wypowiadane było w domu Kossaków dość często. Odmieniane przez przypadki i odnoszące się do świetnych, rewelacyjnych perspektyw, radosnych zdarzeń, pięknych krajobrazów, pojawiało się w listach Wojciecha, który lubił się zachwycać i sobą, i światem.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska nie była wprawdzie nadmiernie egzaltowana, ale kiedy się zakochiwała, traciła umiar i rozsądek. Pływała w powietrzu, bujała w obłokach, żyła w szklanej kuli, a w niej wszystko było świetliste i bajkowe. Dookoła istniał zły świat, ale on nie miał przystępu do królewicza i królewny, którzy świata poza sobą nie widzieli.
Tekst jest fragmentem książki Czarująca poetka, która czeka na Ciebie tutaj:
W Muzeum Zofii Kossak-Szatkowskiej w Górkach Wielkich znajduje się jedna z akwarel Lilki, przedstawiająca wesele żabiego króla — odrażającego i brzydkiego, otoczonego na dnie stawu równie odrażającą rodziną i weselnymi gośćmi, żabami — damami w krynolinach, śmiesznych czepkach i kapeluszach. Wielokrotnie przyglądałam się tej namalowanej scenie i zawsze zwracała moją uwagę twarz kobiety z długimi, falującymi w wodzie włosami i jej szczupła sylwetka. Była zamknięta w czymś, co przypominało szklaną kulę albo bańkę mydlaną. Była piękna. Była smutna.
Bajeczna miłość między rękopisem a „Niebieskimi migdałami”
Razem z bajkami Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej w archiwum rodziny Pawlikowskich przechowywany był notes w eleganckiej, ciemnej oprawie, kupiony w Krakowie w znanym sklepie papierniczym Aleksandrowiczów, z naklejoną na okładce karteczką ze starannie wykaligrafowanym napisem: „Marya z Kossaków Pawlikowska”.
Robi wrażenie tomiku przygotowywanego do druku, zawiera równie starannie wykaligrafowane wiersze. „Tę książkę dostałem od Lilki w Medyce”, napisał na czwartej stronie Michał, brat drugiego męża Lilki. Wiersze powstały w roku 1922 albo wcześniej, częściowo weszły do wydanych w tym roku Niebieskich migdałów. Nie ma w rękopisie Ślubu, umieszczonego w tym tomiku, a jest to wiersz, który może stanowić całość z przywołaną akwarelą.
Zapalili gromnice,
zawiesili wieńce
u złotego ołtarza
za nogi, za ręce
powlekli dziewicę
i aptekarza.
Ksiądz do nich przemówił jak zwykle po chińsku,
ze słodkim uśmiechem na ustach.
Matki śmiały się z żalu
i płakały z radości
ręce składając na biustach.
Po czym oblubienicę w przezroczystym woalu
otoczył tłum świetnych gości.
Zaś na chórze złośliwie kłaniały się z kątka
skrzydlate embriony, czerwone dzieciątka
i odpędzały z gniewem raka, nowotwora,
który tu zajął miejsce jeszcze wczoraj z wieczora.
* * *
Ślub z bajki nie wygląda tak, jak opisała i namalowała go autorka akwareli i wiersza, bo wówczas, kiedy te utwory powstawały, bajka się skończyła.
* * *
Władysław Janota Bzowski z Bzowa herbu Nowina miał odpowiednie nazwisko. Maria Kossakowa cieszyła się, że nie jest zwyczajnym Władysławem, ale pochodzi z herbowej rodziny, zaś Lilka dopasowywała do swojego liliowego imienia zapach bzu i delikatne kwiatki kojarzące się z wiosną odurzającą ogromem obietnic.
Kiedy była w nim zakochana, trwała pierwsza wojna światowa, a miłości nic nie sprzyjało. Ginęli ludzie, lazarety pełne były rannych, a rodzina Kossaków musiała uciekać z Krakowa. Maria razem z córkami schroniła się w hotelu w Ołomuńcu. Miały dwa pokoje, większy zajęła z Madzią, w mniejszym zamieszkała Lilka. Łóżka były wygodne, ale podłoga brudna, z restauracji dochodziły kuchenne zapachy, nie zawsze miłe.
Było wprawdzie kilka osób z towarzystwa, których nazwiska skrupulatnie Kossakowa wymieniła w liście do synowej, ale nikt nie był towarzyski i nikt nie miał dobrego nastroju. Nikt, oprócz Lilki, która „prowadziła życie od przyjazdu Władzia do pożegnania się z nim”. Matka była zadowolona. „Zacności chłopiec, całkiem idealny pod każdym względem” — pisała o nim i chociaż zamartwiała się, że Boże Narodzenie spędzi daleko od domu i nazwała siebie i córki „biednymi uciekinierami”, widziała radość Lilki.
Władysław służył w Galicyjskim Pułku Ułanów, bywał więc w hotelu w Ołomuńcu, a gdyby panie wyjechały, „Bzunio biedaczek musiałby święta sam spędzać, a Lilka byłaby zgryziona”. Był grudzień 1914 roku. Pogoda fatalna, padał deszcz ze śniegiem, było błoto i mgły. Dla Lilki świeciło słońce. Niespełna rok później, we wrześniu, wzięła ślub w szafirowobłękitnej sukni i kapeluszu z tego samego materiału ozdobionego bławatkami. Niebieska panna młoda? Była okazja do plotek w Krakowie. Ale Maria Pawlikowska-Jasnorzewska myślała o niebieskich migdałach i tak zatytułuje swój pierwszy tomik wierszy.
* * *
W roku 1922, kiedy powstały jej niewydane dotąd bajki, wiedziała już, że tylko bajki kończą się ślubem i komentarzem narratora:
— A potem żyli długo i szczęśliwie.
Małżeństwo „na zawsze”
W jej bajkach dla dorosłych (stanowczo nie dla dzieci) też są śluby. Trzeba pokonać rozmaite przeszkody, żeby pójść do ołtarza, a raczej do ogrodu, bo opowieść o strachu na wróble nie zaprowadziła młodych do kościoła.
Bajka nie jest ukończona, to szkic utworu, który miał dopiero powstać. Mimo to można spróbować odtworzyć schemat fabularny i podążyć tropem myśli Lilki i jej wyobrażeń o miłości. O miłości i o małżeństwie, bo to, jak się okazuje, dwa pojęcia niosące różne treści. Dla Marii Pawlikowskiej–Jasnorzewskiej ślub z Władysławem, a potem Janem był wyraźną cezurą. Był początkiem końca miłości.
* * *
„W komnacie mieszkała księżniczka” — początek historii zdaje się zapowiadać tradycyjny dalszy ciąg. Nikomu nie wolno było się w księżniczce zakochać, ponieważ miała zostać żoną wielkiego i możnego króla. Coś jednak niepokojącego zaczęło się z nią dziać. Za grubymi murami zamczyska szalał marcowy wicher. Skrzypiały okna, uginały się drzewa. Dziewczyna wpatrywała się rozmarzona w tęczowe barwy wydobywające się zza szyb, tymczasem cicho wsunęła się do jej pokoju niańka — stare babsko spowite w pasiasty szal. „W ręce podobnej do ropuchy” starucha niosła pęk bazi, złożyła je u stóp księżniczki i szepnęła „fioletowymi, obwisłymi wargami, z których ciekła ślina”:
— Wiosna, panienko, wiosna.
Księżniczka czym prędzej się ubrała i wybiegła jak oszalała. Piastunka pokiwała głową i wyjęła różaniec. Co działo się tymczasem z księżniczką?
* * *
Zdania zapisane przez Marię z Kossaków Pawlikowską są poetyckie, choć nie wszystkie stanowią logiczną całość, nie wszystkie są dokończone. Wiadomo na pewno, że znaleźliśmy się „w jasności słonecznej”, w ogrodzie, w którym rozkwitł żółto berberys. Słychać dźwięki katarynki „grającej arie karnawału weneckiego”.
Nikt obcy nie miał wstępu do tego miejsca, a jednak słychać było, że jakiś cichy głos wymawia imię księżniczki i wzywa ją do siebie. To było wołanie „słodkie do serca sięgające”, które znała jedynie ze snów. Wiele wspólnego z marzeniami sennymi miał marcowy i listopadowy wiatr. Kołysał muślinowymi firanami, skrzypiał i szeleścił. Nie ma wątpliwości, że ją roznamiętniał. „Najmilszy, mówiła księżniczka, przeciągając się w łożu”.
Przebudzone baby (widocznie było ich więcej, nie tylko stara niania), wzruszały ramionami i powtarzały dość osobliwe litanijne wezwania:
— Klituś Bajduś, módl się za nami.
Tłumaczyły, że nadeszła okropna burza, choć burzy nie było, był wiatr. Słowa „wiatr” nie należało wypowiadać, bo on — wiatr — był „siłą męską i nieposkromioną, wstępującą w pokój dziewiczy strzeżony”.
To mężczyzna szalał w wichrze, obudził nieznaną potęgę: żądzę. Dziewczyna szła za jego głosem. Objawił się w strachu na wróble, „ubranym ubogo, co miał koszulę, której by i pies nie włożył i kabat bez jednego guzika, a, co gorzej, bez rękawa”. Na głowie miał „kapelusz wciśnięty, złodziejski i dziadowski”.
Księżniczce zdawał się godny miłości, bo zaczął do niej mówić, a wtedy „ogarnęło ją omdlenie, słodkie upojenie, które przychodzi w snach”. Było tak silne, że ani w bajce, ani na jawie nigdy się nie zdarza. Jej się przydarzyło. Usłyszała:
— Zamknij oczy, zbliż się, abyśmy mogli mówić jak dusza z duszą i słuchaj moich słów. Jam jest ten, którego szukasz. Nieomal biblijne objawienie, takie, jak wiele słów wypowiadanych i zapisywanych przez zakochaną Marię z Kossaków i Jana Pawlikowskiego. Bywały wręcz obrazoburcze, jakby mężczyzna zajął miejsce przynależne Bogu.
„Bóg — mężczyzna, bóg — samiec” chce ją posiąść, przyjdzie do niej, wszechmocny i wielki, i przewieje jak wicher.
„Przecudne ręce obejmowały jej ręce”, a on mówił:
— Nie otwieraj już oczu, żyj z przymkniętymi i bądź moją.
Co naobiecywał strach na wróble?
Wiele, a księżniczka słuchała melodii jego zaklęć „drzemiąc z rozkoszy”. Wszystko, co usłyszała, nocą miała „rozwinąć jak wachlarz”. Jej dusza nieśmiertelna i mądra miała zostać „wyniesiona na najwyższe turnie myśli”, a potem „zepchnięta do najniższych suteren mądrości”. Jego słowa na jej ciele będą grać jak palce na strunach, powodując bezsenność.
Bajeczna miłość księżniczki i strach na wróble
Zadurzona, odurzona księżniczka codziennie przychodziła do ogrodu, klęczała u stóp stracha na wróble, słuchając jego upojnych, szalonych słów. „A wicher szumiał i szumiał, zamiatając trawniki z zeszłorocznych liści”.
Rodzina nie wyraziła zgody na ślub, to oczywiste, ale dziewczyna „postanowiła mu się oddać i być mu wierną do śmierci”.
Ustalono, że ul będzie mistrzem ceremonii, zaś słomiane chochoły świadkami. Gości weselnych było niewielu, chochoły i Jaś, syn ogrodnika „głupi od urodzenia”. Prezenty równie niewydarzone, zebrane ze śmietnika: puszka po konserwie, skórki z pomarańczy, buty nie do pary, niebieski dzbanuszek bez dziubka.
Baby pilnujące księżniczki drzemały, czasem się przebudziły i szeptały jedna do drugiej: — Coś mniej duje, Klituś Bajduś, módl się za nami.
Nie zauważyły, że panna młoda wymknęła się w stroju dość osobliwym. Miała na sobie „suknię szytą ze srebrnych liści i wianek z pereł tłustych i ciężkich”.
Pogoda była cudowna, wiatr ustał, księżniczka biegła „przez rosę” do swojego szczęścia i spełnienia.
Przeżyła bolesne rozczarowanie.
Strach na wróble był obojętny i drewniany. Uklękła przed nim, nie odezwał się, a ona po raz pierwszy, odkąd się poznali, „uderzyła głową w twardy kij tkwiący w dziwacznych łachmanach, łatanych portkach i zrobiło jej się zimno i smutno”. Nie było już odwrotu. Ul „mruczał co potrzeba i związał ręce państwa młodych łykiem”.
Młoda żona poczuła, że rękaw stracha na wróble-męża jest pusty, tuliła się do swojego mężczyzny, szeptała namiętne zaklęcia, a on milczał.
Błagała o miłosne zaklęcia.
Milczał.
Zaczęła sama wyznawać mu miłość. Szeptała:
— Jesteśmy sami, kochanku mój, kochanku…
Milczał.
„Był zwyczajny (…) od odzienia szedł zapach zgnilizny, księżniczka wstała i zajrzała pod kapelusz, był tam kij”.
* * *
Tę scenę Maria z Kossaków Pawlikowska opracowywała starannie, chcąc wzmocnić siłę wyrazu i opowiedzieć o tragedii księżniczki. Dziewczyna żałośnie błagająca o wyznanie miłości zachowuje się teatralnie, powtarza kilka razy te same kwestie, ale widać taka jest jej rola — rola rozczarowanej panny młodej, która nie rozumie, co się właściwie stało.
Strach na wróble nie mógł nic mówić, „był bowiem tylko strachem na wróble, martwym i nieskończenie nudnym. Składał się z łachmanów. I wtenczas księżniczka krzyknęła wielkim głosem:
— Wyszłam za stracha na wróble!
I padła z pękniętym sercem”.
Kiedy bajeczna miłość pęka jak bańka
Jałowo upływa mi życie, zidiociałam, jestem brzydka i mam influenzę (grypę), „w ogóle psia kość, kiszki baranie” — pisała Maria z Kossaków Bzowska w listach do siostry. Pisała niedługo po ślubie. Męża nazwała Trapistą, bo się czymś wiecznie zamartwiał, a ona się śmiertelnie nudziła. Nie chciała martwić mamy, więc donosiła, że nie jest tak źle i Władzio bywa „całkiem do rzeczy”.
Nie wystarczyło, żeby uratować małżeństwo. Tak jak księżniczka z jej bajki, zrozumiała po ślubie, że nie będą żyli długo i szczęśliwie.
W pamiętniku wyznała, że męża nie kocha, nazwała go manekinem, potem dodała, że jest jej obojętny, w końcu — że go nienawidzi. Nie może znieść „jak ten jełop zamiast przed nią leżeć zadkiem do góry, popisuje się przed służbą używaniem ekonomskich tonów”, mówi do niej „ty” i „uderzył jej szlachetną twarz”.
Prosiła: „Zmiłuj się, Panie zastępów, daj mi miłość szaleńczą lub nieszczęście, hańbę i śmierć duszy”. Posłużyła się we zwaniem roratnim: „Ożywczą rosę spuśćcie Niebiosy”. Wzywała Odkupiciela. Nie o Boga jej chodziło, ale o kochanka.
Jesienią 1916 roku zaczęła się kolejna bajka. Tym razem w roli księcia wystąpił Jan Gwalbert Pawlikowski.
Książę Jan zamiast stracha na wróble
Poprzedni książę — Bzowski — był już dla niej strachem na wróble z tamtej bajki o księżniczce. Cierpiała, że „musi wracać do człowieka, z którym dni są popielate, krew staje się wodą”.
Krew zaczęła znowu żywiej krążyć. Namiętność wzbudził w niej kolejny mężczyzna owiewający ją jak wiatr. Chciała omdlewać z rozkoszy, potrzebowała czułości i opieki. „Niech mnie ktoś weźmie na ręce, jestem tylko słabą kobietą, nie chcę sama iść” — zwierzała się.
* * *
Maria Łozińska-Hempel spotkała Kossaków, kiedy trwała jeszcze pierwsza wojna światowa. Wspominała: „Wojciech Kossak służył jako rotmistrz w wojsku austriackim, więc każdy urlop spędzał w Zakopanem i miał tam swoje atelier w ogrodzie Stamary. Lila oczekiwała właśnie unieważnienia swego małżeństwa z rotmistrzem Bzowskim i zakochana była w wielce zajmującym panu Pawlikowskim. Unieważnienie dostała. Podobno głównym jej atutem było stwierdzenie, że gdyby była wiedziała, iż węzeł małżeński jest nierozerwalny, to byłaby za mąż nie wychodziła”.
* * *
Władysław Bzowski pisał list do teściowej: „Mama sama wie o tem, że miałem dla Lilki prawdziwie szlachetne i głębokie uczucie — wobec braku delikatności z jej strony, stosunek mój musi się oziębić. Nie zgodzę się nigdy na to, żeby sztuka szła przede mną. (…) Swego prawa jako mężczyzna żądać muszę”.
Chodziło nie tylko o ambicje literackie i malarskie żony, ale też o upokorzenie. Nie dość, że opuściła go i przyjechała do rodziców, to jeszcze wówczas, kiedy on za nią podążył, przygotowano im w Kossakówce dwa odrębne pokoje.
Chciał spotkania z matką Lilki w cztery oczy, bo miał jej do powiedzenia coś bardzo ważnego, czego nie mógł napisać w liście. Do spotkania chyba nie doszło, unieważniono jego związek z córką Kossaka. Orzeczono, że nie został skonsumowany.
* * *
Pojawił się nowy mężczyzna i zaczęła nowa bajka. Tym razem miłość był tak silna, tak romantyczna, tak zdeterminowana, że jak huragan zmiotła wszystkie przeszkody i nieomal pewnym było, że Jaś z wymarzonego księcia nigdy nie zmieni się w stracha na wróble. Było nieomal pewne, że Jan Pawlikowski zostanie na zawsze księciem i wiatrem owiewającym spragnione ciepła i namiętności ciało Lilki.
Tekst jest fragmentem książki Czarująca poetka i powstał we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka. Opracowanie, wstęp i śródtytuły: Agnieszka Cybulska.
Premiera książki odbędzie się w Pałacu Rzeczpospolitej w Warszawie 24 listopada o godzinie 19:00 (plac Krasińskich 3/5). W dyskusji weźmie udział Joanna Jurgała-Jureczka oraz Rafał Podraza.
