Dziedzictwo historii i ludzi. O pracy, twórczości i planach |Wywiad z Agnieszką Janiszewską, rozmawia Małgorzata Iwańska-Kania
Kiedy historia staje się tłem, a człowiek – osią opowieści, fikcja przestaje być ucieczką od rzeczywistości. W trylogii Dziedzictwo elfów bohaterowie uwikłani w dramatyczne wybory moralne i społeczne stają się nośnikami tego, co najcenniejsze: dziedzictwo historii i ludzi. Agnieszka Janiszewska pisze o przeszłości, ale mówi o współczesności – cicho, uważnie, bez zbędnego patosu. I właśnie w tej ciszy rozbrzmiewa najgłębszy sens literatury.
Trylogia Dziedzictwo elfów to nie baśń, choć tytuł może budzić takie skojarzenia. To poruszająca, wielowątkowa opowieść osadzona w realiach XIX-wiecznej Polski – pełna dramatów, wyborów moralnych i przemilczanych historii zwykłych ludzi uwikłanych w niezwykłe czasy. Jej autorka, Agnieszka Janiszewska, pozostaje wierna swojej literackiej misji – łączy historyczną dokładność z wrażliwością na codzienne losy bohaterów, którzy nie trafiają do podręczników, ale zapadają w pamięć czytelnika.
W rozmowie z Małgorzatą Iwańską-Kanią pisarka odsłania kulisy powstawania trylogii, której akcja toczy się na tle powstania styczniowego i jego długofalowych skutków – nie tylko politycznych, ale też społecznych i osobistych. Opowiada o tym, jak buduje świat przedstawiony, czym kieruje się przy wyborze tematów i dlaczego historia nie przestaje być dla niej żywą inspiracją.
To wywiad nie tylko o książce, ale i o wartościach, które za nią stoją – o pracy od podstaw, o cichych bohaterach codzienności, o roli kobiet, edukacji i miłości do „małych ojczyzn”. Rozmowa staje się okazją do refleksji nad tym, jak przeszłość kształtuje naszą współczesność – i dlaczego warto wciąż do niej wracać. Tak jak robi to Agnieszka Janiszewska: z szacunkiem, ale też z literacką odwagą.
Agnieszka Janiszewska jest z wykształcenia historykiem i absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego. Choć jej korzenie sięgają Warszawy, obecnie mieszka na jej obrzeżach. Pracuje jako nauczycielka historii w liceum, łącząc codzienną pracę z zamiłowaniem do dziejów. Z upodobaniem czyta biografie i książki historyczne, ale chętnie sięga również po literaturę obyczajową. Ceni sobie podróże, zwłaszcza te, które pozwalają zgłębiać dziedzictwo kulturowe i historyczne odwiedzanych miejsc.
Małgorzata Iwańska-Kania: Pani wykształcenie, praca zawodowa oraz twórczość związane są z historią. Czy jest to też Pani pasja?
Agnieszka Janiszewska: Tak, historią pasjonowałam się od dzieciństwa. To był ulubiony przedmiot w szkole, zarówno w podstawowej jak i w liceum, lubiłam czytać, poznawać, oglądać, zwiedzać. I słuchać – zarówno zawodowych historyków, jak osobistych wspomnień ludzi, którzy zawodowo nie zajmowali się historią, ale potrafili zajmująco opowiadać o niej, i o swoich przeżyciach.
Co Panią inspiruje do tworzenia powieści?
Pisanie to moja druga, obok historii, pasja, w dodatku także sięgająca czasów mojego dzieciństwa. Już w szkole podstawowej lubiłam tworzyć, „wymyślać” fabuły różnych opowiadań i opowieści, którymi zapisywałam kolejne zeszyty. I chowałam je do szuflady – do tej pory przechowałam kilka takich pamiątek.
Przez jakiś czas pisałam też pamiętnik – gdy czasem do niego zaglądam, od razu poprawia mi się humor, a przy okazji „wracają” ludzie, którzy albo już odeszli do wieczności, albo straciłam z nimi kontakt dawno temu. Pisaniem zajmowałam się także w liceum, i nawet podczas pierwszych lat studiów – oczywiście także tylko do szuflady. O tym, by spróbować swoich sił na poważnym rynku wydawniczym zaczęłam myśleć – i marzyć – dopiero dziesięć lat temu.
Co mnie zainspirowało? Miałam pomysł na powieść; w dużej mierze opierał się na mojej niedokończonej, „studenckiej” powieści sprzed lat. Zainspirowała mnie oczywiście historia; tłem mojej pierwszej opublikowanej, debiutanckiej książki były ostatnie lata belle epoque, I wojna światowa, okres międzywojenny i nawiązanie do pierwszych lat po II wojnie.
Opowieść o losach zwykłych ludzi, którym przyszło żyć w dramatycznych czasach przełomu, przeobrażeń politycznych i społecznych. I właśnie temu gatunkowi literackiemu pozostałam w zasadzie wierna, choć moje powieści mają różne tło historycznych wydarzeń. Obok historii inspiracją jest jednak także zwykłe życie, codzienne sprawy, troski, radości. I ludzie. Ludzie są bardzo interesujący, na dobrą sprawę każdy człowiek może być tematem na osobną opowieść.
25 czerwca 2025 r. miała miejsce premiera Pani najnowszej trylogii pt. „Dziedzictwo elfów”. Jak przebiegała praca nad książką? Czym się Pani kierowała wybierając tło historyczne, kreując bohaterów?
Czasy powstania styczniowego, a także wszystkie wydarzenia, które poprzedziły ten zryw, jak również jego następstwa – to także jeden z najbardziej zajmujących okresów w dziejach historii Polski. Od kilku lat nosiłam się z zamiarem uczynienia z niego tła dla mojej kolejnej powieści.
Owe niezwykłe patriotyczne wzmożenie społeczeństwa, nabożeństwa religijno- patriotyczne, uliczne manifestacje, organizacje spiskowe, a z drugiej strony towarzyszące im dyskusje i spory co do ryzyka, a nawet sensu nakręcania tych nastrojów i wywoływania powstania przeciwko mocarstwu dysponującemu przygniatająca przewagą – to kwestie, które od lat mnie pasjonowały.
Podobnie jak samo powstanie, i towarzyszące mu osobiste dylematy zwykłych ludzi, którym przyszło żyć w jak najbardziej dalekich od zwyczajności czasach. Czy podjąć ryzyko z pełną świadomością, czym się to może skończyć, czy też zachować ostrożności i umiar, bo wagą jest tu nie tylko moje własne życie, ale także los najbliższych, a może i całego narodu. To ciekawe wyzwanie dla pisarza, a zarazem ważne dylematy dla każdego człowieka niezależnie od epoki i uwarunkowań, w jakich się żyje.
Nad „ Dziedzictwem elfów” pracowałam długo, bo ponad rok – najdłużej ze wszystkich moich dotychczasowych książek. To powieść kilkuwątkowa, w trakcie pisania wprowadzałam zmiany w fabule, zaczynałam od początku, starałam się dopracowywać każdy szczegół, każdą postać. Tak jak wspominałam przy różnych okazjach, pisanie to wymagające i pracochłonne zajęcie, wymaga też sporej samodyscypliny – zwłaszcza jeśli trzeba je godzić z innymi obowiązkami – zarazem jednak daje dużą satysfakcję.
Zalesice, Warszawa, Paryż – czy wybór tych miejsc był podyktowany Pani sympatią czy kierowała się Pani innymi kryteriami?
Majątek ziemski w Zalesicach jest wyłącznie wytworem mojej wyobraźni, choć oczywiście takich posiadłości wówczas nie brakowało. Jeśli chodzi o Warszawę i Paryż to faktycznie pewną rolę odegrała tu moja osobista sympatia do obu tych miast. Nie było to jednak kryterium jedyne.
Tłem fabuły są realia związane z powstaniem styczniowym, przede wszystkim z codzienną egzystencją w tych czasach, a także przemianami społecznymi, gospodarczymi, kulturowymi – co zdecydowałam się przedstawić na przykładzie z jednej strony losów rodziny ziemiańskiej, z drugiej zaś – coraz bardziej aktywnych środowisk wielkomiejskich w Warszawie.
Paryż zaś był w tym okresie tradycyjnie jednym z najpopularniejszych celów politycznej emigracji, przez pewien czas powstańcze władze wiązały duże nadzieje na solidne wsparcie ze strony Francji i Wielkiej Brytanii. Zresztą nie brakowało też innych powodów, dla których Paryż przyciągał przybyszów także z innych stron świata; jego rola i wpływ na rozwój kultury, nauki, gusta i modę są przecież bezsporne.
„Dziedzictwo elfów” to nie tylko historia bohaterów pokazana na tle pewnych wydarzeń. Porusza Pani wiele ważnych, również z dzisiejszego punktu widzenia, zagadnień takich jak rola kobiety w społeczeństwie, edukacja, patriotyzm. Jaki cel Pani przyświecał przy tym wyborze?
Wymienione przez Panią kwestie były wówczas żywo dyskutowane, analizowane z każdego chyba możliwego punktu widzenia. Co powinien oznaczać dojrzały patriotyzm, w obliczu zagrożenia? Podjąć walkę w dosłownym tego słowa rozumieniu, bez względu na konsekwencje, które w razie klęski poniesie cały naród?
Czy też zdając sobie sprawę z bardzo małych, wręcz żadnych szans na zwycięstwo skupić się raczej na próbie osiągnięcia tych celów, które miały jakieś szanse powodzenia. Zamiast wywoływać z góry skazane na klęskę powstanie próbować budować solidne podstawy materialnego i duchowego rozwoju.
Dyskusje te, bardzo już ożywione przed wybuchem powstania, nie umilkły po jego klęsce, zwłaszcza wobec rozmiarów tej klęski i zastosowanych przez zaborcę represji. Powstanie styczniowe było największym, zarazem jednak ostatnim w XIX wieku. Idea walki zbrojnej zbudowana na ideach romantyzmu, została zastąpiona pozytywistycznymi hasłami pracy od podstaw i pracy organicznej – nie znaczy to jednak, że została zapomniana i bezwzględnie potępiona.
W tym kontekście znaczenia nabiera też postulat podniesienia poziomu edukacji społeczeństwa, choć oczywiście nie było to zadanie łatwe w rusyfikowanej szkole. XIX wiek, a zwłaszcza jego druga połowa to także wzrost znaczenia postulatów i działań na rzecz emancypacji kobiet.
Proces ten w poszczególnych krajach, występował z różnym natężeniem – szczególnie aktywne były brytyjskie sufrażystki, których radykalne metody działania wywoływały także niechęć i kontrowersje. Naszym, rodzimym emancypantkom daleko było od radykalizmu brytyjskich działaczek – należy pamiętać, że działały w innych realiach politycznych – niemniej, stawiały postulaty dotyczące np. zmian w wychowaniu i edukacji dziewcząt.
Tak, aby w razie konieczności kobiety potrafiły sobie samodzielnie poradzić w życiu, co zwłaszcza w obliczu realiów popowstaniowych było szczególnie ważne i aktualne. Decydując się na umiejscowienie akcji mojej powieści w drugiej połowie XIX wieku, nie mogłam uniknąć tych zagadnień.
W trylogii możemy dostrzec pewien porządek – tom I opowiada o czasach przed wybuchem powstania styczniowego, tom II – czasy powstania, tom III poświęcony jest skutkom powstania. Przekaz której z części uważa Pani za najważniejszy?
Z mojego punktu widzenia, przekaz każdej części jest jednakowo ważny, bo związany z konkretnym etapem dziejów. Mamy tu pewien związek przyczynowo – skutkowy. Wydarzenia przedstawione w kolejnych tomach, są rezultatem tego, co miało miejsce wcześniej – także w odniesieniu do historii, która jest tłem dla losów bohaterów całej trylogii.
„Dziedzictwo elfów” to także obraz niemal całego ówczesnego społeczeństwa Królestwa Polskiego. Którego z bohaterów ceni Pani najbardziej, a który odzwierciedla najgorsze cechy?
Zależy mi na tym, aby postacie literackie z moich powieści były wiarygodne pod względem psychologicznym, dlatego nie zawsze i nie pod każdym względem wzbudzają sympatię, bywają niejednoznaczne, nierzadko irytują. Każdy z nich ma swoje zalety, wady, słabości.
Każdy popełnia w życiu jakieś błędy i ponosi tego konsekwencje – jak większość ludzi realnie żyjących na tym świecie. Staram się też dla większego uwiarygodnienia moich bohaterów – zarówno pierwszo planowych jak i tych z dalszych planów, znaleźć w nich także jakieś pozytywne cechy, choćby było ich bardzo niewiele. Czy też wskazać przyczyny, które mogłyby stanowić usprawiedliwienie dla ich kontrowersyjnych niekiedy poczynań.
Lecz nie zawsze jest to możliwe, bo i w życiu nie wszystko i nie wszystkich można usprawiedliwić. Myślę, że w mojej ostatniej powieści taką postacią, która raczej nie wzbudzi sympatii jest ojczym Magdaleny. Dlaczego? Tu już nie chciałbym wchodzić w szczegóły fabuły.
Trudniej jest mi wskazać bohatera, którego ceniłabym najbardziej. Jedni mogą budzić podziw, inni współczucie, nie brakuje też takich, którzy irytują – każdy jednak ma swoje racje, wytłumaczenie, swoje doświadczenia. Trudno mi także dokonać takiego wyboru, z jeszcze jednego, najważniejszego powodu – na ogół lubię wszystkich bohaterów moich powieści –mam ich przed oczami, w pewnym sensie towarzyszą mi przez cały czas tworzenia powieści, a to już wystarczy, by się z nimi zżyć. Wszyscy są dla mnie ważni.
Jako historyk i nauczyciel – jak ocenia Pani decyzję o wybuchu powstania styczniowego?
W mojej ocenie, nie ma tu prostej, jednoznacznej odpowiedzi. Podobnie zresztą, jak w ocenie bardzo wielu zdarzeń w historii. Historia w ogóle nie jest jakąś zamkniętą nauką, gdzie wszystko już zostało odkryte, opowiedziane i dozwolona jest tylko jedna wykładnia i interpretacja.
W każdym razie tak być nie powinno, bo przecież wciąż historycy natrafiają na nieznane dotąd źródła, przekazy, które mogą rzucić nowe światło na jakieś, wydawałoby się dawno, bezdyskusyjnie zinterpretowane wydarzenie. W kwestii oceny wybuchu powstania styczniowego (podobnie jak i innych powstań, bitew, decyzji politycznych) zdania były zawsze podzielone.
Kto miał rację? Czerwoni, którzy bez względu na okoliczności i uwarunkowania dążyli do walki, do wojny z nieporównywalnie silniejszym wrogiem, z mocarstwem? Czy Biali, którzy uważali, że z takimi działaniami należy się wstrzymać, poczekać, aż Królestwo Polskie będzie do tego lepiej przygotowane, gdy zaistnieją bardziej realne szanse na choćby częściowe powodzenie?
A może rację miał Aleksander Wielopolski, którego bezsporną zasługą było przekonanie cara do ważnych, tyle, że już spóźnionych reform samorządowych? Wielopolski uważał, że powstanie byłoby szaleństwem i robił co mógł, by do niego nie dopuścić. Po upadku powstania wielu – także spośród jego niegdysiejszych przeciwników – było skłonnych uznać przynajmniej niektóre jego zasługi.
Jedni starali się rozładowywać napięcie, drudzy – wręcz przeciwnie – szli na zderzenie z Cesarstwem Rosyjskim. Rząd dusz przejęli Czerwoni, sprzyjało im ogromne ożywienie patriotyczne znacznej części społeczeństwa, potrafili też odpowiednio zagrać na tych emocjach, co prowadziło do radykalizacji nastrojów.
A decyzje podejmowane przez kolejno zmieniających się rosyjskich namiestników i urzędników dodatkowo temu sprzyjały – po obu stronach sporu zwolennicy kompromisu ustępowali na rzecz tych, którzy dążyli do zdecydowanych rozwiązań. Czy mimo wszystko należało jednak doprowadzać do zbrojnego starcia? Trudno tu o jednoznaczną ocenę, zwłaszcza mając w pamięci ogrom strat, zniszczenia, powszechne zubożenie, masowe represje, zesłania czy emigrację wielu wartościowych ludzi.
Co nie zmienia faktu, że powstania narodowe, a także pamięć o nich, bez wątpienia podtrzymywały ducha patriotycznego, nie pozwoliły na zasymilowanie poszczególnych zaborów z państwami zaborczymi – do czego przecież z dużą dozą prawdopodobieństwa mogłoby dojść, gdyby nie pamięć o narodowych zrywach.
Miało to kolosalne znaczenie w czasach I wojny światowej, gdy wreszcie po ponad stu latach zaborów zaistniały realne szanse na odzyskanie niepodległości. Które zapewne nie zostałyby wykorzystane, gdyby nie owa, wspomniana przeze mnie wcześniej pamięć o staraniach i poświęceniu całych pokoleń Polaków, którzy nie dopuścili do asymilacji z zaborcami.
O twórcach pozytywistycznej idei pracy organicznej i pracy od podstaw, ale i o twórcach i członkach organizacji spiskowych, powstańcach i zesłańcach zainspirowanych twórczością wieszczów narodowych epoki romantyzmu. W tym także o partyzantach i ofiarności społeczeństwa w czasach powstania styczniowego.
Czy współcześnie możemy odnaleźć w naszym otoczeniu elfy i wróżki, które wzbudzą w nas miłość do „małych ojczyzn”?
Myślę, że jak najbardziej możemy. Czasami tylko trzeba poświecić trochę czasu i wysiłku, by ich odszukać i usłyszeć, ale warto to zrobić. W tym rozpędzonym świecie, w natłoku wrażeń i informacji, rozhuśtanych ponad wszelką miarę emocji, potrzebujemy azylu, wyciszenia. Swojego miejsca na ziemi, do którego zawsze możemy wrócić w poczuciu, że jesteśmy u siebie. Że tutaj wreszcie jesteśmy sobą.
Jakie są Pani plany pisarskie?
Zaczęłam pracować nad kolejną powieścią, mam już ogólny zarys fabuły, ale to zaledwie początek tej długiej drogi, jaką trzeba odbyć, by dopracować wszystkie szczegóły, podjąć ostateczne decyzje co do losów bohaterów i wreszcie sfinalizować cały pomysł.