Klęska wyborcza

Solidarnosc_1600x1200

Jego zdaniem zamiast reaktywować „Solidarność”, która była bankrutem politycznym, należało powołać partię chadecką, co mogło pozytywnie wpłynąć na nastroje społeczeństwa. Adam Schaff przyznał, że w łonie kierownictwa PZPR istniała mała grupka dygnitarzy, którzy chcieli coś robić, ale w to do końca sami nie wierzyli. Do grupy reformatorów prof. Schaff zaliczył: Mieczysława Rakowskiego, Stanisława Cioska, Mariana Orzechowskiego.[11] Rozpowszechnione w śród członków partii negatywne oceny postanowień kierownictwa partii i rządu plus trudna sytuacja gospodarcza pogłębiały jedynie marazm i pesymizm wśród zwykłych członków partii. Dla Rakowskiego konferencja mimo kiepskich nastrojów okazała się w pewnym sensie wydarzeniem korzystnym. O ile bowiem przemówienie otwierające konferencję przyjęto dość chłodno, to wystąpienie Rakowskiego zostało już oceniane całkiem inaczej. Pod datą 5 maja w swoich przemyśleniach o KKD premier zapisał: „ Rano wygłosiłem przemówienie, którego wysłuchano w całkowitej ciszy. Dwie trzecie zajęły sprawy reform gospodarczych. Powiedziałem, że nie mamy dokąd się cofać. Za nami jest tylko powrót do systemu nakazowo- rozdzielczego i przypomniałem to, co zawarłem w exposé. Zatem czy będzie zgoda na likwidację nierentownych przedsiębiorstw? Zgoda na to, że to człowiek będzie szukał pracy, a nie praca człowieka? Czy zostaną zaakceptowane reguły gry i rygory rynkowe itd.? Powszechna ocena: bardzo realistyczne, wyważone, rozsądne rozdawane kopniaki. W kuluarach opinia, m. in. profesora Popieli, że gdybym je wygłosił pierwszego dnia, to konferencja miałaby inny przebieg. Wojciech Jaruzelski był zadowolony. Wieczorem usłyszałem wiele uwag pochlebnych.”[12] W opiniach towarzyszy partyjnych Rakowski miał się okazać politykiem godnym zaufania, niektórzy uważali nawet, że przemawiał przyszły I sekretarz PZPR. Zdaniem prof. Bobrowskiego, bardzo znanego wówczas ekonomisty, Mieczysław Franciszek Rakowski w swoim wystąpieniu jak w ogóle w czasie poprzedzającym wybory zajmował się głównie budowaniem swojego wizerunku męża stanu i polityka na skalę międzynarodową. [13] Na temat jego dokonań gospodarczych i wyborów kadrowych wypowiadał się już mniej pochlebnie. Profesor stwierdził, że premier nie zna się na problemach ekonomicznych i nie chce się nimi zajmować, oddał je Wilczkowi oraz Sekule i Patorskiemu. Tymczasem minister Wilczek jest wprawdzie dobrym menadżerem, ale w skali mikro i nie obejmuje zjawisk na szczeblu całego państwa.

Ireneusz Sekuła
Ireneusz Sekuła

Sekuła wykazał zdolności organizatorskie w ZUS, lecz faktycznie jest mało wykształcony, nie ma pojęcia o sprawach gospodarczych i nie rozumie procesów zachodzących wokół niego. Janusz Patorski jest jeszcze słabszy ekonomicznie od wyżej wymienionych. Mamy więc do czynienia z ekipą ekonomiczną, która nie ma spójnej koncepcji i nie działa jednolicie.”[14] Oceny personalne były oczywiście ważne, ale istotniejsze znaczenie miały słowa jakie padły pod koniec wypowiedzi tego ekonomisty i to na temat najważniejszy w tym czasie, czyli chodziło tu o wybory: „ Partia była inicjatorem wcześniejszych wyborów do Sejmu i Senatu, a mimo to , zdaniem wielu jej członków, nie zdołała się należycie do nich przygotować. […] Stan ten stoi w jasnym kontraście z postawą Solidarności, która swe wejście na scenę polityczną zaakcentowała silnie zcentralizowanymi działaniami organizacyjnymi i propagandowymi, skoncentrowanymi przede wszystkim na kampanii wyborczej.”[15] Pomimo tych ostrych słów w partii oficjalnie wyrażano się jednie pozytywnie o dniu elekcji w czerwcu 1989 r. Rakowski, tak jak słusznie zauważył profesor Czesław Bobrowski, starał się umocnić swoją pozycję na ostatnim odcinku w wyścigu przedwyborczym. Podobnie jak w przypadku KKD wyglądał przebieg narady z wojewodami i prezydentami miast, która odbyła się na wniosek Rakowskiego 9 maja w Pałacu Kultury. Premier wraz z Wilczkiem i Sekułą pouczali partyjnych kolegów, jak powinni się zachowywać w czasie kampanii wyborczej. Rakowski wykazywał się dość sporą aktywnością, poza oficjalnymi obowiązkami w rządzie potrafił znaleźć czas również na działalność partyjną i wyjazdy do poszczególnych regionów kraju. Spotkania z wyborcami uwidaczniały mu naocznie stan rozkładu systemu i zapaść gospodarki. Wnioski ze spotkań nasuwały się same, wybory stały pod wielkim znakiem zapytania, a właściwie ich finał. Partia miała przewagę zagwarantowaną w wyniku ustaleń zawartych przy okrągłym stole, ale nie oznaczało to jeszcze zwycięstwa. Maj był tym miesiącem, który miał rozstrzygnąć o ostatecznych wynikach wyborów, ale nawet Rakowski miał co do tego wątpliwości, bo dostrzegał błędy w sposobie prowadzenia propagandy przedwyborczej. W swoich dziennikach politycznych jasno i klarownie stwierdzał, że strona rządowo- partyjna prowadzi narracje wyborczą źle i bez koniecznej dynamiki. [16] W tym gorącym dla partii czasie kilkakrotnie spotykał się z Jaruzelskim po to, aby omówić rozwój wydarzeń i ostrzec szefa partii o coraz większym kryzysie, w jaki popadało kierownictwo partii. Ludzie, którzy mieli kierować kampanią wyborczą do parlamentu nie spełniali pokładanych w nich nadziei, okazali się mało efektywni i przewidujący.

W zasadzie przez cały okres kampanii wyborczej partia pozostawała w propagandowej defensywie. 8 maja ukazał się w dużym nakładzie 150 tys. egzemplarzy dziennik firmowany znakiem „Solidarność” – „Gazeta Wyborcza” kierowana przez Adama Michnika, była pierwszym niekontrolowanym przez władze dziennikiem od czasów „Gazety Ludowej”- pisma kierowanego przez członków PSL Mikołajczyka. Gazeta odegrała bardzo ważną rolę propagandową w walce z komunistami w czasie kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu. Poza „Gazetą” w obiegu pojawił się też „Tygodnik Solidarność”. Wreszcie 3 maja rozpoczęło nadawanie swoją działalność w TVP Studio Solidarność, które miało odegrać istotną rolę propagandową. PZPR rezygnując z monopolu na propagandę zakładały, że wybory nie będą mieć charakteru konfrontacyjnego, tylko będą konkurencyjne, tak jak pierwotnie zakładano w analizach partyjnych, jeszcze przed Okrągłym Stołem. Nadzieje na taki rozwój wydarzeń okazały się płonne. Solidarność prowadziła scentralizowaną dobrze przemyślaną i agresywną kampanię, która miała przyczynić się do odniesienia sukcesu w wyborach. Rakowski dostrzegał to i w swoich zapiskach w dzienniku tak opisywał swoje wrażenia z kampanii Solidarności: „Opozycja nie przebiera w środkach. Atakuje całe 40-lecie oraz wszystko, co obecnie robimy. Dość powszechnie opozycja nawołuje do skreślenia listy krajowej. Inna rzecz, że są na niej nazwiska, które również w partii nie budzą zachwytu – Barcikowski, Czyrek, Miodowicz. Ciekaw jestem, jak wyjdę z tej opresji. Jeśli ok. 10 milionów ludzi posłucha wezwań opozycji, to wszyscy przepadniemy.”[17] Na liście krajowej znalazło się również nazwisko premiera, i to właśnie obecność Rakowskiego na liście wyborczej miała zapewnić partii sukces. Premier był wówczas politykiem popularnym i uważano powszechnie, że stanie się siłą napędową listy krajowej. Założenie to stało się jednak przyczyną upadku listy krajowej w całości. Aparat wyborczy opozycji nawoływał bowiem do skreślenia wszystkich umieszczonych tam kandydatów bez względu na osobiste zasługi i osiągnięcia w reformowaniu państwa. Solidarność swoją postawę wyrażała w prostym haśle: „tam nie ma naszych”. W rezultacie postawiło to stronę koalicyjną w bardzo trudnej sytuacji, bo ordynacja wyborcza dla kandydatów startujących z listy krajowej nie przewidywała możliwości powtórnego głosowania w drugiej turze wyborów.[18]

Z uwagi na możliwość upadku listy krajowej strona koalicyjna wyjątkowo ostro starała się jej bronić nie tylko w mediach, ale też w zwykłych wyborczych hasłach: „Przekreślając listę krajową przekreślasz okrągły stół”. [19] Rakowski pod koniec wyborów już wiedział, że utworzenie listy krajowej było błędem politycznym. W końcowych dniach wyborczej gorączki stwierdził, że centrum wyborcze solidarności zdecydowało się prowadzić kampanię negatywną i że partia jako całość nie jest zdolna już do walki i należy ją rozwiązać budując na jej miejscu nowy byt polityczny. [20] Poza Rakowskim tylko nieliczni działacze z najwyższego szczebla zdawali się przewidywać, że w wybory mogą się zakończyć porażką PZPR. Premier w przeciwieństwie do szefa ludzi kierujących kampanią wyborczą z rekomendacji partii proponował nieeksponowanie symboli partyjnych w propagandzie wyborczej, wiedział, że budzą one negatywne skojarzenia i co więcej działają demotywująco na potencjalnych wyborców.[21] Argumentacja ta nie została jednak zaakceptowana, a partia na ostatnim odcinku przedwyborczym nie potrafiła odpowiedzieć na główne zarzuty jakie jej stawiano. [22] Cały aparat partyjny był źle przygotowany do prowadzenia kampanii wyborczej, również premier. Rakowski starał się promować swoją osobę za pomocą prostych haseł i ulotek reklamowych, takich jak: „Niemożliwe? – nie znam takiego słowa” , albo: „Nie wybieraj obietnic! Wybieraj tych co coś robią.”[23] Retoryka ta miała przyciągnąć przeciętnego wyborcę do obozu władzy przede wszystkim tym, że to ludzie partii faktycznie zmieniają rzeczywistość, a nie opozycja. Plakaty i ulotki przeznaczone dla Rakowskiego w przeciwieństwie do tych jakimi dysponowała „Solidarność” były szare, przez co mało atrakcyjne i nie mogły budzić jakiegoś szczególnego zainteresowania. W telewizji również starano się promować ekipę Rakowskiego, ale robiono to w sposób co najmniej mało fortuny. Drużynę premiera prezentowano w koszulkach reprezentacji Polski w piłce nożnej, a kapitanem zespołu był oczywiście Rakowski. Problem polegał jednak na tym, że tego typu spoty reklamowe pojawiały się w przerwie meczu Polska- Anglia, gdzie niestety ekipa biało-czerwonych poniosła porażkę. Były to błędy wizerunkowe, za które Rakowskiemu przyszło zapłacić.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*