Latające Tygrysy nad Chinami | Część 2

Sir Henry Robert Moore Brooke-Popham w 1919 roku. W latach 1935–1937 pełnił funkcję dowódcy lotnictwa na Bliskim Wschodzie. Od 1937 do 1939 roku sprawował funkcję gubernatora Kenii. 30 września 1939 roku wrócił do Wielkiej Brytanii, gdzie wznowił, przerwaną w 1937 roku służbę w RAF. Fot. Wikipedia Commons.
Sir Henry Robert Moore Brooke-Popham w 1919 roku. W latach 1935–1937 pełnił funkcję dowódcy lotnictwa na Bliskim Wschodzie. Od 1937 do 1939 roku sprawował funkcję gubernatora Kenii. 30 września 1939 roku wrócił do Wielkiej Brytanii, gdzie wznowił, przerwaną w 1937 roku służbę w RAF. Fot. Wikipedia Commons.

Brytyjska zgoda na sprowadzenie grupy amerykańskich pilotów do Birmy nie była bezinteresowna. Po upadku Francji rząd Vichy bez większych trudności przekazał Indochiny Japończykom. Oznaczało to, że wojska japońskie w przypadku ewentualnego konfliktu będą w stanie bardzo szybko zaatakować słabo bronioną Birmę. Marszałek R. Brooke-Popham, starał się na miarę swoich skromnych możliwości, wzmocnić obronę powierzonego mu terytorium, ale ściągnięcie dodatkowych dywizjonów myśliwskich i bombowych z Wielkiej Brytanii lub Afryki nie było możliwe. Na froncie w Europie RAF pomimo zwycięstwa w Bitwie o Anglię wciąż potrzebował każdego pilota i każdej sprawnej maszyny, którą można było wykorzystać przeciwko Luftwaffe.

Zdeterminowanemu płk. C. Chenaultowi nie przeszkodziło to jednak w zorganizowaniu szkolenia nowo sformowanej jednostki na terenie Birmy. Złożona z amerykańskich ochotników jednostka nosiła oficjalną nazwę American Volunteer Group.

Kiedy w dniu 28 lipca przybył pierwszy kontyngent ochotników, zostali oni natychmiast skierowani na nie w pełni ukończone przez Królewskie Siły Powietrzne (RAF) w środku dżungli, sześć mil od Tungoo. Lotnisko zostało przekazane AVG przez Londyn do prowadzenia na nim pełnego bojowego treningu lotniczego, z zastrzeżeniem, że birmańskie lotniska nie zostaną wykorzystane do atakowania Japończyków, stronie brytyjskiej zależało by uniknąć wojny z Japonią[18].

Przez cały okres funkcjonowania AVG była stosunkowo małą, a co za tym idzie, elitarną grupą – jej liczebność nigdy nie przekraczała 100 samolotów[19] Curtiss P-40. Cechą wyróżniającą tą jednostkę było nie tylko specyficzne podejście do kwestii stopni wojskowych (piloci, mechanicy i inni członkowie obsługi naziemnej nie nosili mundurów, nie uznawali stosowania stopni wojskowych, a dyscyplinę ograniczyli do niezbędnego minimum), ale również ułańska fantazja. Jeździli na bawołach po ulicach Rangoon, w ulubionej knajpie zestrzelili wszystkie żyrandole, a maskotką jednostki uczynili dzikiego lamparta.

Doskonałym przykładem tego, jak zachowywał się typowy pilot AVG, jest opisany przez Witolda Urbanowicza, jedynego Polaka, który dołączył do jednostki, niejaki Frank, prawdopodobnie jeden z lotników.

Twierdził, że ma „trzy własne byłe żony”. Ze wszystkimi był oficjalnie rozwiedziony i żadnej nie płacił alimentów.

(…) Byłe żony kochały Franka jak za dawnych lat i pisywały do niego listy, nazywając go „najdroższym w świecie bohaterem” (Frank miał w Ameryce kilka wytwórni lodów). Pytały, kiedy wróci z wojny, gdyż „chciałyby czuć się z nim jak z prawdziwym mężem”.

(…) Kiedy ognisko, listy od byłych żon i wino zanadto go ogrzały, zaczynał się obrządek „ochładzania się”. Powoli, z nadzwyczajną flegmą zdejmował buty, spodnie, bluzę, koszulę i resztę. Tylko czapki nigdy nie zdejmował.

– Jestem pierwszym w rodzinie oficerem – mówił – i nie jest wskazane, abym wyłamywał się spod regulaminów wojskowych, ponieważ muszę zostać kapitanem. Jeżeli na przykład nadlecą teraz Japończycy i zbombardują nasze lotnisko, to niby kto będzie bronił reszty chińskiego świata? Kto uwierzy, że jestem oficerem? Kto będzie wydawał rozkazy? Walczącym potrzebny jest dowódca. A dowódcy czapka[20].

Portret towarzysza broni odmalowywany przez polskiego pilota pozostałby niepełny, gdyby nie opis stosunku Amerykanina do broni i korzystania z niej podczas różnych dyskusji:

Pomimo że był z Południa, gdzie ludzie się nie śpieszą, do strzelania nie był powolny. Gdy w dyskusji przegrywał, walił z pistoletu w dach i mówił flegmatycznie:

– A teraz rozumiesz, o co chodzi?

Przepowiadaliśmy mu wielką karierę polityczną i twierdziliśmy, że zaiwaniając po świecie z gałązką oliwną w jednej, a z pistoletem w drugiej łapie, ma wielkie szanse na popularność w skali światowej. Frank, co prawda nie miał takich ambicji. Jeżeli jednak tamten strzał w dach nie wystarczał i jeśli przeciwnik oponował nadal przeciwko jego tezom, Frank spokojnie i flegmatycznie walił mu tuż nad głową i mówił skromnie:

– A teraz już rozumiesz?

– Przestań strzelać, masz rację.

– No, widzisz. Mówiłem ci od początku, że jestem człowiekiem kochającym spokój i braterstwo, a także wolność słowa w pełnym znaczeniu. Po co się kłócisz ze mną[21]?

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*