Niezrozumiałe dla Europejczyków i Amerykanów zachowania japońskich pilotów miały miejsce nie tylko w ostatnich latach wojny. W 1942 roku jeden z asów japońskiego lotnictwa Saburo Sakai brał udział w ciężkich walkach toczonych przeciwko Amerykanom. Przeciwnik dysponował myśliwcami P-39, które dysponowały potężną siłą ognia. Podczas jednego z lotów maszyna Japończyka poniosła ciężkie uszkodzenia. Po powrocie z kolejnego lotu Saburo Sakai otrzymał kilka dni wolnych. Po latach tłumaczył to w następujący sposób:
Nasza radość sięgnęła szczytu, gdy po Lae rozniosła się pogłoska, że otrzymamy pięciodniową przepustkę do Rabaul. Wiadomość o odpoczynku przyjąłem z wielką ulgą. Nie tylko byłem już znużony niemal codziennymi walkami, ale mechanicy potrzebowali kilku dni na gruntowny remont mojego myśliwca. Zawołali mnie, by pokazać dziury po kulach w skrzydłach i kadłubie. Poczułem, jak serce podchodzi mi do gardła, gdy zobaczyłem zygzakowaty ścieg dziur biegnący tuż za kabiną mojego wysłużonego Zero. (…) Wkrótce Amerykanie odkryli słabe punkty naszych myśliwców; krótka, precyzyjnie odmierzona seria półcalowych pocisków w zbiornik paliwa zmieniała Zero w kulę ognia.
Pomimo tego w tamtych czasach żaden z naszych pilotów nie latał ze spadochronem. Na Zachodzie błędnie tłumaczono to tym, że japońscy dowódcy nie mieli szacunku dla ludzkiego życia, zaś swoich pilotów traktowali jak armatnie mięso. Taki pogląd był oczywiście daleki od prawdy. Każdy lotnik otrzymywał spadochron. Decyzja o nieużywaniu go była podejmowana indywidualnie przez pilota, a nie pod wpływem rozkazów wyższego dowództwa. Zalecano nam, chociaż nigdy nie rozkazywano, by zabierać spadochrony. Na niektórych lotniskach dowódcy domagali się, by piloci latali ze spadochronami, tak więc ludzie nie mieli wyboru i zabierali grube pakunki do samolotu. Często jednak nie zapinali uprzęży, używając spadochronów jedynie jako poduszki do siedzenia.

Nie mieliśmy wielkiego pożytku ze spadochronów, które ograniczały w czasie walki swobodę ruchów w kokpicie. Istniał jeszcze jeden równie ważny powód, dla którego nie zabieraliśmy spadochronu ze sobą. Większość walk staczaliśmy nad lotniskami wroga, wiadomo więc było, że skok ze spadochronem w najlepszym razie zakończy się niewolą. Nigdzie, ani w japońskim kodeksie wojskowym, ani w kodeksie samurajów Bushido, nie można znaleźć terminu „jeniec wojenny”. Nie było jeńców. Pilot, który nie powrócił z akcji był automatycznie uznawany za martwego. Żaden pilot myśliwski nie pozwoliłby sobie na schwytanie, było to po prostu nie do pomyślenia[39].
Przyczynami, dla których Japończycy zachowywali się w taki, a nie inny sposób podczas wojny, było nie tylko wpajanie elewom akademii wojskowych brutalnego, przeradzającego się nieraz w prześladowanie młodszych oficerów, drylu. Ten był szczególnie widoczny w marynarce wojennej[40], jednakże również w innych rodzajach sił zbrojnych nie był niczym nowym. Oprócz tego dużą rolę w szkoleniu zarówno oficerów, jak i szeregowych żołnierzy odgrywała ideologia. Francuski historyk Jean-Louis Margolin określa wprowadzony w Japonii system edukacji i szkolenia jako „fabrykę żołnierzyków”. Kształtowanie przyszłych żołnierzy rozpoczynało się już na etapie szkoły.
Ideologiczna ofensywa objęła w pierwszym rzędzie szkoły. Zmieniła się nawet ich nazwa: szkoły podstawowe stały się szkołami narodowymi. Począwszy od grudnia 1937 r. główny – lewicujący – związek zawodowy nauczycieli został rozwiązany, a w listopadzie 1940 r. wprowadzono korporacjonizm oparty, jak wszędzie, na modelu włosko – niemieckim. Przysposobienie wojskowe (dla chłopców) rozpoczęte od 1917 r., a powszechne od 1925 r., obejmowało szkolenie czteroletnie, w sumie 400 godzin. Prowadzili je zawodowi oficerowie. W ostatnim roku szkolenia uczniowie otrzymywali prawdziwą broń[41].
Duży wpływ na szkolenie pilotów miały metody wychowawcze stosowane przez oficerów i instruktorów szkół lotniczych. Japoński as myśliwski Saburo Sakai wspominał okres nauki w szkole lotniczej jako jeden z najgorszych momentów podczas swojej kariery wojskowej:
– Pilot myśliwski musi być zawsze agresywny i wytrwały! – brzmiało powitanie atletycznego instruktora, który zwołał nas na pierwszy trening zapaśniczy. – Tutaj w Tsuchiura, będziemy wam wpajać wszystkie te cechy, gdyż inaczej nie staniecie się pilotami lotnictwa Marynarki.
Na chybił trafił wybierał dwóch studentów z grupy i rozkazywał im stoczyć walkę. Zwycięzca tego starcia otrzymywał pozwolenie opuszczenia maty zapaśniczej. Jego przeciwnik nie miał tyle szczęścia. Pozostawał na macie tak długo, jak długo przegrywał, opadając z sił i odnosząc kolejne kontuzje. Jeśli to było konieczne, pokonany zapaśnik musiał walczyć z pozostałymi sześćdziesięcioma dziewięcioma studentami. Jeśli pod koniec sześćdziesiątego dziewiątek pojedynku był wciąż zdolny do utrzymania się na nogach, wyznaczano go do pierwszej walki w następnym dniu. Walczył tak długo, aż zwyciężył albo był wyrzucany ze szkoły. Ponieważ żaden z nas nie chciał odpaść, zapaśnicze maty stały się sceną zaciekłego współzawodnictwa. Walczący często tracili przytomność, co jednak nie zwalniało ich od niczego. Cucono ich kubłami zimnej wody lub w podobny mało wyszukany sposób i odsyłano z powrotem na matę[42].