Rzadko zdarzało się, aby mąż i żona byli w równym czy chociaż podobnym wieku. W zdecydowanej większości związków mąż był o wiele starszy od żony. W efekcie dochodziło do znacznego zróżnicowania wieku i stopnia dojrzałości małżonków. Mąż pragnął w pełni kształtować tę, która stać się miała panią domu, nie wystarczała czystość cielesna, ważne też było, aby wcześniej nie podlegała żadnym wpływom. Mimo wszystko młodo wydawane za mąż kobiety nie nabierały niechęci do swoich partnerów.
W roku 403 p.n.e. cenzorowie Kamillus i Postumiusz postanowili obłożyć specjalnym podatkiem mężczyzn, którzy doczekali w stanie „kawalerskim” starości. Jak argumentowali, natura nakładała na mężczyznę dwa obowiązki: przyjścia na świat i spłodzenia potomków. Z racji urodzenia i wychowania przez rodziców mężczyzna zaciągał dług wobec republiki, który powinien spłacić, płodząc swoje dzieci i wychowując je[12].
Z prawnego punktu widzenia Rzymianin mógł posiadać tylko jedną żonę. Nigdy jednak ani prawa, ani zwyczaje nie nakazywały mężowi dochowania żonie wierności. Dlatego też Rzymianie, rzecz jasna, oprócz żon posiadali rzesze kochanek. Uczucie, które żywili do kochanki, nie było tym samym, które wiodło ich w ramiona żon, by został spełniony obowiązek przedłużenia rodu. Małżonek nie miał prawa kochać żony tak, jak kurtyzany – z tym samym zapałem i uniesieniem zmysłów. Można to zrozumieć, jeśli przypomnimy sobie, iż legalna towarzyszka często wychodziła z wieku dziecięcego, o ile nie była jeszcze dzieckiem. Rolą męża było wręcz nauczenie młodszej żony powściągliwości wobec spraw ciała i ducha uważanej za cnotę kobiecą. Legalna towarzyszka nie powinna zatem znać całej potęgi bogini Wenus oraz wszystkich jej „darów”. Tak przynajmniej ilustrował się idealny obraz małżeństwa – żona powinna być traktowana z respektem i szacunkiem, ale bez namiętności. Nie było również nic hańbiącego ani dziwnego w tym, że konkubiny męża przebywały w domu razem z żoną. Oczywiście, od każdej reguły i zwyczaju istnieją wyjątki, dlatego z pewnością funkcjonowały dobre małżeństwa, w których małżonkowie byli zarazem szczęśliwymi kochankami.
Ciekawy jest również zwyczaj konsumowania małżeństwa w noc poślubną w zupełnych ciemnościach[13]. Miało to wynikać z pragnienia okazania wybrance szacunku oraz oszczędzenia jej dziewiczego wstydu godnie z przysłowiem: „miłość legalna ma w sobie coś wstydliwego”. Ślub w Rzymie nie stanowił uświęcenia przez prawo i obrzęd miłości kochających się ludzi, miał kłaść podwaliny pod związek, który polegał na wspólnocie życia dwojga ludzi. W czasach najdawniejszych przed konsumpcją małżeństwa odbywał się obrzęd defloracji świeżo poślubionej żony. Siadała ona na wizerunku bóstwa Mutunus Tutunus przedstawianego pod postacią dorodnego członka męskiego. Na tym drewnianym narzędziu traciła dziewictwo, dopiero później następował akt seksualny z mężem. Obyczaj ten zupełnie nie pasuje nam do poważnego charakteru życia rodzinnego Rzymian. Bóstwo symbolizowało kult falliczny, na pewno jego rolą było zapewnienie dobrej rozrodczości w rodzinie. W wypadku twardego członka o pokaźnych rozmiarach – a taki właśnie posiadło owo bóstwo – defloracja przebiegała krwawo, co zdaje się potwierdza rytualny charakter obrzędu. Utrata dziewictwa z bóstwem stanowiła więc cenę uzyskania od niego pomyślności w życiu rodzinnym. W późniejszych czasach obrzęd całkowicie poszedł w zapomnienie[14].
Tradycja domagała się również, aby poczciwe kobiety w czasie posiłku siedziały, mężczyźni zaś mogli biesiadować w pozycji leżącej. Zasada ta miała swoje zastosowanie również w przypadku kultowych uczt ku czci różnych bogów i bogiń. Niemniej jednak koniec tego zwyczaju przypada na schyłek republiki, kiedy to kobiety, podobnie jak mężczyźni, mogły leżeć przy stole[15].
Żona nie mogła, w przeciwieństwie do mężczyzny, oddawać się namiętnościom i romansom. Przebywając w domu wypełnionym służbą, była nieustannie obserwowana i szpiegowana setką, a niekiedy tysiącem oczu. Nie mogła więc, nawet gdyby chciała, nawiązywać romansu, ryzykując w ten sposób swoją pozycję, a nawet i życie. W Rzymie istniał zwyczaj, zgodnie z którym mąż wracający z podróży zobowiązany był wysłać do domu posłańca, który miał uprzedzić o jego przybyciu. Zapewne chodziło o to, by żona wraz ze służbą, jak najlepiej przyjęła męża.
Cudzołóstwo karano ze szczególną surowością. Kobieta, która się go dopuściła, skazywana była przeważnie na śmierć. Również współwinowajca owej zbrodni, jeśli złapano go na gorącym uczynku, nie był traktowany z pobłażliwością. W takim przypadku znieważony mąż kazał zachłostać rywala na śmierć, inny nakazał okaleczenie go w taki sposób, aby już nigdy nie był groźny dla kobiecej czci. Akty zemsty dokonywane były zupełnie bezkarnie i przeważnie ze szczególnym okrucieństwem…

Źródło: Wikimedia Commons
W Rzymie podobnie jak dziś rodzina stanowiła podstawową komórkę społeczną, choć znacznie od tej znanej dziś się różniła. Na czele rodziny stał pater familias będący najstarszym mężczyzną. Pod jego władzą znajdowali się wszyscy członkowie rodziny, niewolnicy i cały majątek.
Wyzwoleńcy i klienci również należeli do rzymskiej rodziny. Ci pierwsi nie mieszkali w domu swojego pana, lecz codziennie przychodzili składać mu uszanowanie. Wielu z nich trudniło się handlem lub rzemieślnictwem, dlatego nie byli to ludzie ubodzy, choć ich status był niższy niż ludzi wolnych. Klientami danej rodziny byli ludzie wolni, którzy oferowali głowie rodziny swoje poparcie, licząc w zamian na jego pomoc i protekcję. Klientelizm był powszechny, a klienci byli przydatni, gdy nadchodził czas wyborów. Klienci codziennie odwiedzali swojego patrona, który przyjmował ich w przedpokoju domów według określonej kolejności, każdemu z nich dając napiwek.