Nadać głos wymazywanej cesarzowej

Nadać głos wymazywanej cesarzowej |Rozmowa z Kristiną Sabaliauskaite

Przemilczana, wymazywana z pamięci, sprowadzana do roli „kopciuszka” – a przecież była kobietą, która przeszła drogę od niewolnicy do cesarzowej. Kristina Sabaliauskaite, autorka monumentalnej sagi Silva rerum, w swojej najnowszej powieści postanowiła nadać głos wymazywanej cesarzowej i przywrócić jej miejsce w historii. To opowieść o ciele i władzy, o traumie i czasie, o spotkaniu Wschodu z Zachodem – ale także o milczeniu, które domaga się przełamania.

Kristina Sabaliauskaite należy do najważniejszych współczesnych pisarek litewskich, a jej nazwisko od lat obecne jest także na literackiej mapie Europy. Z wykształcenia historyczka sztuki, zyskała rozgłos dzięki czterotomowej sadze Silva rerum, która w nowoczesny i błyskotliwy sposób przywróciła do życia dzieje Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jej twórczość łączy erudycję badaczki, wyczucie estetyki epoki i niezwykłą wrażliwość na losy jednostek zanurzonych w wielkiej historii.

W rozmowie opowiada o pracy nad powieścią Cesarzowa Piotra, w której oddaje głos jednej z najbardziej tajemniczych postaci XVIII wieku – Marcie Skowrońskiej, znanej jako Katarzyna I. To spotkanie z pisarką, która nie boi się trudnych tematów: przemocy, traumy, władzy i kulturowych napięć, a jednocześnie wierzy, że literatura może ocalać to, co przez stulecia skazane było na milczenie.


Agnieszka Cybulska: Na początku chciałabym wrócić do Pani wcześniejszej twórczości. Seria Silva Rerum zdobyła ogromną popularność i ugruntowała Pani pozycję jako autorki powieści historycznych. Co sprawiło, że po wielopokoleniowej sadze sięgnęła Pani po intymną historię jednej bohaterki? Czy wybór Marty Skowrońskiej–Katarzyny był wynikiem długoletnich fascynacji, czy raczej momentem olśnienia?

Kristina Sabaliauskaite: Pisząc Silva rerum II (2011) i opisując spotkanie Augusta II Mocnego z Piotrem I w Birżach natknęłam się na mało znany fakt, że druga żona Piotra I była litewskiego pochodzenia. Pomyślałam sobie – bardzo ciekawe, dlaczego prawie nic o tym nie wiemy? Zaczęłam powoli, przy okazji, tak sobie po prostu z ciekawości szperać w żródłach i literaturze naukowej, odnajdować bardzo ciekawe fakty.

Potem bardzo długo przekonywałam samą siebie, szukałam powodów, żeby tej powieści nie pisać – wydawało mi się, że to taki zbanalizowany temat, Rosjanie mają już kilka powieści i romansów miłosnych i o Piotrze I, i o Katarzynie I, ba, nawet w Turcji był wydany jakiś romans o niej, plus sporo seriali telewizyjnych, w których występuje prawie że karykaturalna Katarzyna I, sporo powierzchownych artykułów historii popularnej przedstawiających ją jako „Kopciuszka”…

W dodatku Piotr I – to taki temat, o którym każdy prawie „coś wie”, chociaż to temat opleciony także późniejszymi legendami. Więc – śliski temat, o którym prawie każdy ma swoją opinię, a tak naprawdę niewiele wie… Ale im dalej, tym bardziej fascynowały mnie głębsze tematy towarzyszące jej biografii i tego okresu – zderzenie się kultur Wschodu i Zachodu, życie z wybitnym alkoholikiem, temat Czasu… No i w końcu zrozumiałam, że nie wybaczę sobie, jeśli nie spróbuję napisać tej powieści i zanurzyłam się już w poważną pracę ze żródłami.

W polskim prologu bohaterka mówi, że trzy razy zmieniała wiarę i pięć razy imię. Historia Katarzyny I jest słabo znana poza kręgiem specjalistów. Jak wyglądały Pani poszukiwania materiałów o tej postaci? Na jakie źródła musiała się Pani zdać, aby odtworzyć losy i tło społeczne kobiety z tak tajemniczą biografią?

„Tajemniczość” Katarzyny ma bardzo proste wyjaśnienie – jeszcze za jej życia starano się wymazać jakąkolwiek informację o niej i o jej pochodzeniu.  Piotr kazał odnaleźć jej rodzeństwo, a po znalezieniu ich – ukryć od wzroku publiczności; przebywali w takim prawie domowym areszcie dalej od dworu cesarskiego. To były sprawy przekazywane do tajnej kancelarii, ale nie będę robić spoilerów II części.

Po śmierci Katarzyny – a zwłaszcza w XIX wieku – jej pochodzenie było prawie że państwową tajemnicą, ponieważ Romanowowie dążyli do zawierania jak najbardziej prestiżowych i lukratywnych małżeństw z dynastiami europejskimi, a pochodzenie Katarzyny I pod tym względem było „żenujące”. W ogóle więc o niej nie mówiono.

Na szczęście wiele źródeł o Piotrze I było publikowanych jeszcze w XIX wieku. Na przykład jego archiwum „Pis’ma i bumagi Petra Velikogo…”, dziennik dworu Mienszykowa, wiele pamiętników zagranicznych posłów i dworzan, później – korespondencja Piotra i Katarzyny (z wyjątkiem tych najbardziej „nieprzyzwoitych” listów), a Ermitaż w Petersburgu wydaje całą serię roczników naukowych na temat Piotra I… 

W powieści są wplecione ich autentyczne słowa z korespondencji. Z powodu ogromnej ilości dostępnych źródeł, pisząc miałam bardzo uprzywilejowaną pozycję – wiedziałam nawet, jaka była pogoda w dniu jej śmierci, o snach bohaterów (był prowadzony diariusz carskich snów), i prawie gdzie każdego dnia przebywał Piotr i co robił, jakie listy wysłał. Zrobiłam  też to, czego chyba żaden historyk mężczyzna by nie zrobił – zestawiłam kalendarz ciąż Katarzyny, więc zawsze wiedziałam, w którym miesiącu ciąży była (na przykład podczas kampanii nad Prutem) oraz gdzie i kiedy mogło dojść do poczęcia…

Pani powieść toczy się w ciągu ostatnich 24 godzin życia cesarzowej. Narracja płynie z wnętrza konającej kobiety, przeplata retrospekcje i halucynacje. Dlaczego zdecydowała się Pani na taką konstrukcję i na narrację w pierwszej osobie? Czy jako autorka chciała Pani „wejść w ciało” Katarzyny, czy raczej uchwycić jej głos jako świadka epoki?

To właśnie sposób opowiadania, sama konstrukcja powieści, były tym „olśnieniem” – jakby Katarzyna doprosiła się wreszcie o własny głos: dotąd uciszana, wymazywana, niepiśmienna. To także opowieść o Czasie. Katarzyna przekroczyła granicę między kalendarzem europejskim a rosyjskim, a życie Piotra było nieustannym wyścigiem z czasem – próbą sprawienia, by jego naród w ciągu zaledwie dekady czy dwóch nadrobił kilkaset lat i przejął instytucje oraz mechanizmy, które w Europie kształtowały się przez stulecia.

24 godziny, 24 rozdziały, 24 lata – od pierwszego spotkania z Piotrem aż po jej śmierć. Jedna doba, każda godzina to osobny rozdział, a co więcej: napisany po litewsku in real time. Każdy rozdział oryginału liczy dokładnie 24 strony, które czytane na głos odpowiadają jednej godzinie.

W opisie przeszłych traum nie unika Pani naturalistycznych szczegółów. Sceny gwałtu, choroby, poniżeń są bardzo sugestywne i chwilami bolesne w lekturze. Jak jako pisarka balansuje Pani   między wiernością opisom przemocy a potrzebą empatii wobec czytelnika? Czy miała Pani wątpliwości, jak daleko można się posunąć, opisując traumę historycznych kobiet?

Nie mam żadnej empatii do czytelnika – nie pomyślałabym nawet o tym, żeby coś łagodzić, od czegoś go uchronić czy w czymś mu dogodzić, dostosować się do jego oczekiwań czy gustów. Mam natomiast najgłębszą empatię do Człowieka – do jego bólu, traum, cierpienia. I o tym właśnie powinna prawdziwie mówić prawdziwa sztuka.

Przez wiele lat kobiety były dehumanizowane i uczone, że „nie wypada” – nie wypada mówić o gwałcie, o poczuciu poniżenia, bo jeśli to się zdarza, to niby sama kobieta jest winna, że „sprowokowała”, i powinna to potem ukrywać, wstydzić się tego. A przecież to przemocowiec i gwałciciel powinien się wstydzić, pokutować i ponosić karę.

Tymczasem przemoc seksualna wobec kobiet wciąż istnieje – nie tylko w czasie wojen, ale także na co dzień. To się dzieje na naszych oczach i o tym trzeba mówić jak najgłośniej. Nie wspominając już nawet o przemocy psychicznej czy o poniżeniu.

Centralny wątek powieści to zderzenie kultur – litewskiej, polskiej, szwedzkiej i rosyjskiej – oraz religii. Na ile historia Katarzyny I posłużyła Pani do opowiedzenia o szerszych procesach: modernizacji Rosji przez Piotra I, upadku Rzeczypospolitej, napięciu między Wschodem a Zachodem? Czy pisała Pani tę książkę z myślą o współczesnym odbiorcy, dla którego te napięcia są wciąż aktualne?

Nigdy nie myślę o współczesnym odbiorcy ani w ogóle o odbiorze. Po prostu opowiadam o tym, co nie daje mi spokoju. W tym przypadku miałam przeczucie, że żyjemy tak blisko Rosji i rosyjskiej mentalności, a jednak – szczerze mówiąc – zupełnie jej nie rozumiemy. Łudzimy się, bo to kultura–symulakrum: ma niby europejską skorupę, formę, ale niemal żadnej treści.

To właśnie od czasów Piotra I pojawiło się napięcie pomiędzy aspiracjami europejskimi a tym, co tkwi w sednie – dziedzictwem najazdu mongolskiego. Epoka piotrowska to czas gwałtownej zmiany kulturowej, a Katarzyna była nie tylko świadkiem tych przemian, ale czasem także sama odciskała w nich swój ślad. Ale o tym już w części drugiej…

Piotr Wielki i Aleksander Mienszykow w Pani książce to postaci wielowymiarowe: kochankowie, oprawcy, reformatorzy i karierowicze. Jak przygotowywała się Pani do portretowania tych mężczyzn? Co było najtrudniejsze w oddaniu ich ambiwalencji – szczególnie w relacji z Martą, która jest jednocześnie ich ofiarą i partnerką?

Głosy Piotra i Mienszykowa są bardzo wyraźne – z ich korespondencji, z cytatów w źródłach historycznych znamy leksykę, ton, a nawet ulubione przekleństwa. Obaj byli niezwykle charyzmatyczni, zwłaszcza Mienszykow, który brak wysokiego urodzenia rekompensował urokiem, brawurą, humorem i umiejętnością przypodobać się innym. Był wręcz „inżynierem marzeń”.

Nie przygotowywałam się w żaden szczególny sposób, poza czytaniem wielu źródeł z różnych perspektyw. To wtedy te postaci „ożywają”: przestają być płaskie, a stają się wielowymiarowe. To wtedy zaczynasz rozumieć ich charakter, motywy, wewnętrzną logikę. Zresztą, moim zdaniem, każdy człowiek jest wielowymiarowy. Nie istnieje coś takiego jak „prosty człowiek” – każdy jest szalenie skomplikowanym, ambiwalentnym mikrokosmosem.

Interesujący jest Pani sposób przedstawienia erotycznej więzi między Martą a Mienszykowem. Z jednej strony to związek oparty na nierówności, z drugiej – jedyny, w którym bohaterka doświadcza czułości. Czy w swojej opowieści chciała Pani pokazać, że w realiach XVIII wieku kobiece przetrwanie wymagało moralnego kompromisu, czy też raczej podkreślić siłę uwodzenia jako strategię?

Czytelnik znajdzie chyba odpowiedź na to pytanie w drugiej części powieści – nie chcę zdradzać szczegółów. Sądzę jednak, że Piotr ją kochał – na swój sposób, tak jak potrafił, i że czułość także okazywał w formie, jaka była mu dostępna. Tak czy inaczej, Piotr po prostu odebrał ją Mienszykowowi – królowi nie mówi się „nie”. Moralność w tamtych czasach odbiegała od dzisiejszej, a do tego inna obowiązywała mężczyzn, inna kobiety. Zwłaszcza w Rosji. I tak jest zresztą aż do dziś.

Relacja między Mienszykowem a Martą była taka, że żadne nigdy drugiego nie zdradziło – nawet gdy groziło im śmiertelne niebezpieczeństwo. Może oprócz wyrachowania i uczuć łączyło ich również wspólne litewskie pochodzenie. Mienszykow bardzo to podkreślał: miał w herbie litewską Pogoń, starał się zdobyć genealogiczne potwierdzenia od polskich dostojników i nabyć posiadłości na Litwie.

Postacie drugoplanowe – Johanna, Tańka, Krystyna Emerencja – są pełne życia i barwnie odmalowane. Jakie role symboliczne spełniają te kobiety? Czy w bohaterkach pobocznych zawarła Pani uniwersalne archetypy kobiecej solidarności i rywalizacji, czy raczej konkretne portrety z epoki?

Z odpowiedzią na to pytanie trzeba chyba poczekać do ukazania się drugiej części. W Cesarzowej Piotra ukryta jest, niby pojedyncza złota nić, drugoplanowa postać historyczna, do której czułam wielką sympatię i prawdziwy podziw. To właśnie ta skromna, a zarazem niezwykła osoba pełni symboliczną rolę w narracji.

Ogólnie jednak nie myślę o „naładowaniu” opowieści archetypami. Zawsze staram się raczej malować portrety tak, jak mi się wydaje, jak widzę te postaci na podstawie źródeł historycznych.

W Pani stylu narracji wyraźnie dostrzegam bogate metafory, wyliczenia, rytm zdań. Czy ten język jest wyrazem Pani fascynacji sztuką baroku jako historyka sztuki? Jak ważna jest dla Pani estetyka epoki w budowaniu atmosfery powieści?

Temat każdej powieści wymaga odpowiedniego języka, by oddać atmosferę. W przypadku Cesarzowej Piotra nie chodziło mi jednak o sam odcień czy estetykę baroku, lecz o uchwycenie brzmienia rosyjskiego sposobu mówienia. Dobrze znam ten język – lubi rymy, rytm, często jak w pieśni powtarza słowa dla wzmocnienia efektu i nie potrafi obyć się bez przekleństw, czyli materszcziny. Bez nich nie wyrażają się nawet osoby stojące najwyżej czy najbardziej wykształcone – tak głęboko jest to wpisane w kulturę.

Przekład na język polski powstawał przy Pani udziale. W jaki sposób współpraca z tłumaczką Elizą Deszczyńską wpłynęła na ostateczny kształt książki? Czy są różnice między oryginałem a polską wersją, na które polski czytelnik powinien zwrócić uwagę?

To bardzo skomplikowany tekst – rozgrywa się na kilku planach czasowych, łączy czas rzeczywisty z retrospekcjami, a do tego pełen jest precyzyjnych szczegółów historycznych. Dlatego, podobnie jak w przypadku wysoko ocenionego przekładu francuskiego, znając język, musiałam zadbać o możliwie najwierniejsze oddanie oryginału.

Powieść ukazała się w różnych krajach i zdobyła międzynarodowe uznanie. Czy zauważa Pani różnice w odbiorze Cesarzowej Piotra w zależności od kraju? Jakie pytania najczęściej padają podczas spotkań autorskich? Czy któreś reakcje Panią zaskoczyły?

Mogłabym wskazać tu kilka momentów. Holenderskie tłumaczenie ukazało się w lutym 2022 roku, niemal równocześnie z rozpoczęciem wojny w Ukrainie. Na początku marca w Amsterdamie miałam serię wywiadów promocyjnych – i nagle, niestety, moja powieść, napisana jeszcze w 2019 roku, stała się boleśnie aktualna. Holendrzy na uniwersytetach, w mediach społecznościowych, na Twitterze cytowali całe akapity z Cesarzowej – wystarczyło podmienić „Baturyn” czy „Narwę” na „Buczę” czy „Irpień” i wszystko brzmiało jak opis współczesności.

Książka stała się „trending” i, jak sądzę, trochę przyczyniła się do zmiany opinii publicznej w Holandii. Dla mnie samej było to jednak bolesne doświadczenie – czytać własne zdania i uświadamiać sobie, że ta brutalność, o której pisałam, nie należy do przeszłości. Byłam przekonana, że nawet rosyjskie okrucieństwa w Niemczech w 1945 roku to już historia, że ten naród nauczył się czegoś ze swoich grzechów… Niestety nie. Moja powieść wciąż wpisuje się w rosyjskie realia i może pomaga zrozumieć tę chorą, niewolniczą mentalność – podobnie jak Listy z Rosji Astolphe’a de Custine’a.

Drugi moment – znacznie przyjemniejszy – to recepcja powieści w Estonii, gdzie w przekładzie Tiiny Kattel została uznana za Książkę Roku. Szczególnie ważna była dla mnie naukowa recenzja Aleksandry Murre, dyrektorki muzeum Katarzyny I w Kadriorgu i jednej z najwybitniejszych znawczyń tematu oraz źródeł.

Największym zaskoczeniem okazała się jednak Francja. Pojawiłam się tam jako zupełnie nowa, nieznana autorka z Litwy – z miejsca wciąż trochę kulturowej terra incognita, bez żadnych skojarzeń, i do tego z książką o Rosji, której fasadową „wielką kulturą” Francuzi od dawna są zauroczeni. Mogło się wydawać, że w takich warunkach mam raczej słabe karty w ręku… A jednak ojczyzna Dumasa i Druona przyjęła moją powieść absolutnie entuzjastycznie. Przeczytałam takie komplementy, o jakich pisarz może tylko marzyć, a dodatkowo książka została wznowiona w kolekcji Folio wydawnictwa Gallimard – jako pierwsza powieść napisana po litewsku w historii tej legendarnej serii.

Współczesna literatura historyczna często doczekuje się adaptacji filmowych lub serialowych. Czy rozważała Pani przeniesienie swojej powieści na ekran? Jak wyobraża sobie Pani filmową wersję historii Katarzyny I, a może wolałaby Pani, by opowieść pozostała w sferze literatury?

Dwa sezony po 12 odcinków!  Żartuję… To nie pisarz rozważa o przeniesieniu powieści na ekran, lecz producenci i studia filmowe. Dobra powieść literacka jednak ma w sobie ten urok i tę zaletę, że każdy czytelnik może włączyć swoją własną wyobraźnię i czytając nakręcić swój własny film.

Druga część na Litwie już się ukazała. Czy od samego początku planowała Pani dwutomową strukturę, czy też pisząc pierwszy tom, odkryła Pani, że historia wymaga kontynuacji?

Tak. Już wspominałam o tym „olśnieniu” związanym z liczbą 24 – doba, 24 rozdziały-godziny, każda po 24 strony, dwie części po 12 godzin. Inaczej powstałby bardzo obszerny tom, dlatego wspólnie z wydawnictwem podzieliliśmy go na dwa woluminy.

Czy po „Cesarzowej Piotra” myśli Pani o kolejnych projektach osadzonych w historii?

Nie, nigdy nie myślę o projektach osadzonych w historii. Myślę tylko o powieściach i o ludzkiej duszy. O tym, czy znam coś, co jest ciekawe i warte opowiedzenia. Jestem po prostu storyteller – osobą, która opowiada różne historie. Nic więcej.

Pani bohaterka przez cały tom toczy dialog z Bogiem, a jednocześnie kwestionuje religię i instytucję Kościoła. Na ile religijność i krytyka duchowieństwa są w powieści elementem historycznym, a na ile Pani komentarzem do współczesności?

Nie jest to komentarz do współczesności, lecz raczej rzeczywistość epoki Piotra I. Car kpił z popów i z religii (zwłaszcza w pierwszej połowie życia), a Cerkiew traktował bardzo instrumentalnie, jako narzędzie własnej władzy. To właśnie on wprowadził zasadę, że władza religijna w Rosji jest podporządkowana państwowej, a państwowa władza  ma wręcz wymiar religijny. Mechanizm ten funkcjonuje w Rosji do dziś: „wszelka władza pochodzi od Boga”, patriarcha Kirył błogosławiący i zachęcający do zabijania Ukraińców… Może tylko podkreślam tę specyficzną rolę religii w Rosji.

Pisze Pani o historii opowiadanej z perspektywy kobiet. Czy uważa Pani, że literatura może zmieniać postrzeganie przeszłości? Jaką rolę widzi Pani dla pisarek w przywracaniu głosu bohaterkom pomijanym przez oficjalne kroniki?

To nie rola, ale raczej naturalny proces. Przez długie stulecia, z powodów kulturowych, wykształcenie kobiet było hamowane. Uważano, że nawet czytanie może im szkodzić, a ich sposób widzenia świata czy opinie są mniej wartościowe.  Przypominam, że  kobiety stanowią dokładnie połowę populacji świata – więc kronika tego świata bez punktu widzenia kobiet i ich historii jest po prostu nie wiele warta. To tylko pół-kronika…

Na koniec pytanie bardziej osobiste. Czy praca nad tą książką – wejście w psychikę kobiety, która z niewolnicy stała się władczynią – zmieniła coś w Pani patrzeniu na własną tożsamość, na rolę kobiet w historii? Czego nauczyła Panią „Cesarzowa Piotra” jako pisarkę i człowieka?

Każda przygoda poznawcza czegoś uczy, więc całkiem dobrze poznałam ten okres – epokę Piotra I i jej bohaterów. Pisząc, jak zresztą zawsze, stosowałam trochę „metodę Stanisławskiego” – próbując wcielić się w swoich bohaterów, a raczej w bohaterkę. Potrzebna jest tu zawsze jak największa empatia.

Mam jednak nadzieję, że sama powieść niczego we mnie – jako w człowieku – nie zmieniła. Wręcz przeciwnie: po postawieniu ostatniej kropki musiałam porządnie się napić, żeby to wszystko z siebie wyrzucić, to get it out of my system, raz na zawsze!


Fot. Simonas Berukstis

Comments are closed.