Niegdysiejsze śniegi

Niegdysiejsze śniegi |Recenzja

Gregor von Rezzori, Niegdysiejsze śniegi

Z przeszłości nie da się wyjść bez szwanku – zwłaszcza, gdy tkwi się w niej całą rodziną, na pograniczu światów, języków i tożsamości. W książce Niegdysiejsze śniegi Gregor von Rezzori z precyzją chirurga, ale i melancholią wygnańca, odsłania dzieciństwo podszyte absurdem i pięknem rozpadu. To portret świata, który nie umiał się skończyć z godnością – i ludzi, którzy za to zapłacili samotnością.

Jak wyglądałby świat, gdyby opisać go oczami dziecka? I czy opisując tylko pięć osób można streścić okres kilkudziesięciu lat – w jego wadach i zaletach, proroczych snach i przekąsach, troskach i chwilach szczęścia? Nie wiem, ale Gregor von Rezzori podjął się tej próby. I – mimo nieco archaicznego języka – chyba mu się to udało.

Książka opowiada historie piątki ludzi, którzy towarzyszyli Autorowi w jego najmłodszych latach. Są to opiekunka Kasandra, matka, tata, siostra oraz guwernantka. Niby coś ich łączy, a jednak są to osobowości na wskroś odmienne. Szczególnie mocno wyróżnia się Kasandra – opisana tutaj jako pół-dzikuska, brzydka, wesoła, nieokrzesana i wojownicza.

Świat minionych snów

Miejscem akcji są najpierw Austro-Węgry, później dalmatyńskie wybrzeże oraz Rumunia, w której austriacka arystokracja została zdegradowana do ludzi gorszej kategorii. Słowem jesteśmy świadkami przewrotu nie tylko w historii regionu, ale i rewolucji w życiu dawnych obywateli cesarsko-królewskiego imperium Habsburgów. Mimo zawirowań losu, gdy Bukowinę zajęli najpierw Rumuni (1919 rok), a następnie Rosjanie (1940 rok), rodzina Rezzori’ego żyje nadal tak, jakby świat nie uległ zmianie, jakby stanął w miejscu.

Rodzina Rezzori, po zmianie granic, stara się być lojalna wobec nowego rumuńskiego rządu i porządku, jednak tęskni za dawnymi austro-węgierskimi porządkami. Choć utrzymują oni kontakty z dawnym światem, związki te nic nie wnoszą do ich wspólnego życia. Wręcz przeciwnie – zdają się być czymś toksycznym, nieprzystającym do nowych okoliczności. Są jak fotografie do których miło się wraca, ale które są bardziej wyrzutem sumienia.

Ich odmienność i wyobcowanie są również wynikiem mieszkania na Bukowinie, na granicy kultury i cywilizacji. Z jednej strony mamy nieprzebrane lasy, góry i łono natury. Z drugiej – wpływy kulturalne Austro-Węgier, a później Niemiec, Rumunów, Wołochów, Ormian, Polaków, Żydów czy Rosjan… A przecież te nazwy nie wyczerpują całej tej gamy obcych wpływów religijnych, kulturalnych, społecznych.

Nic więc dziwnego, że rodzina Rezzori jawi się nam jako zbiór ciekawych indywidualności, które zaczerpnęły dla siebie wszystkiego po trochu. Zdają się oni mocno odstawać od ówczesnej „normy” – zarówno pod względem znaczenia, wpływów, pasji i kolei życia. A jednak – nadal mieszczą się w granicach środowiska, z którego się wywodzą. Fajnie czyta się o takich sprzecznościach.

Dzikuska

Opiekunka Kasandra, jest esencją początkiem i jakby niepełnym końcem kanwy tych wspomnień. Ukazana jest jako swoista dzikuska – nieprzewidywalna, ale pełna matczynego ciepła. „Fakt, że Kasandrze wolno było mieszkać i pracować w niemieckojęzycznym domu, że mogła brać udział w jego życiu, a przy tym posługiwać się, nawet jeśli zniekształconym i często naszpikowanym zapożyczeniami, balansującym na granicy zrozumiałości, niemieckim, oznaczał dla niej wejście do lepszego świata i przyjęcie jego stylu życia. {s. 64)

Swym niezwykłym poczuciem humoru i prostotą, potrafi rozładować nawet największe napięcia, które są nieodłącznym elementem życia każdej rodziny, zwłaszcza takiej, w której wszyscy są nieszczęśliwi. A przy tym, sama przeżywała dramaty – niespełnionych miłości, odtrącenia czy braku własnego potomstwa.

Znerwicowana Penelopa

Matka Gregora – to neurotyczka, despotka, kobieta nieszczęśliwa, która żyje przeszłością. Ojciec zaś jest dziwakiem, który pod pozorem bezustannych łowów i delegacji, czerpie z życia pełnymi garściami. Podobnie ma się sprawa z siostrą naszego Autora, która myśli tylko o sobie, i wszyscy albo podporządkują się jej woli i pragnieniom, albo poniosą tego konsekwencje.

„Darzyła mnie gwałtowną miłością. Nie chcę nazwać jej namiętną, ponieważ to zakłada osobiste pobudki i własną inicjatywę. Gdyby chcieć się u niej takowych dopatrzyć, nie dałoby się znaleźć niczego, co pochodziłoby bezpośrednio z głębi jej duszy. Nie żyła sama z siebie – żyła wyobrażeniami. Kochała mnie jako „matka”, mając w głowie ugruntowany obraz roli matki i dziecka. Miłość ta była kapryśna, zależna od tego, czy posłusznie wchodziłem w swoją rolę. Żadne z utrapień mojego dzieciństwa nie wydawało się tak dokuczliwe, jak dręcząca intensywność tej miłości, która nieustannie domagała się ode mnie czegoś, czego nie byłem jej w stanie dać” (s. 81).

Matka Gregora na siłę stara się utrzymać dawne znaczenie rodziny. A im bardziej się stara, tym komiczniej jej wysiłki wyglądają. Nic więc dziwnego, że rodzina ta szybko zostaje wyobcowana, staje się reliktem dawnych porządków. Co warte zauważenia – reliktem, który wszyscy tolerują, ale z pewną dozą pożałowania. Kobieta ta popada w pewną obsesyjną impulsywność – dochodzi do wniosku, że musi zamknąć syna, aby nie zaraził się czymś od „rumuńskich barbarzyńców”. W konsekwencji, chłopak czuje się jeszcze bardziej wyobcowany, samotny, inny. Nie wyobrażam sobie dzieciństwa w niemal całkowitej samotności.

Dlaczego warto przeczytać książkę Niegdysiejsze śniegi?

Mnie bardzo spodobała się analiza poszczególnych bohaterów książki. Są one dogłębne, i to pomimo faktu, że Autor starał się kreślić wszystko z perspektywy młodego człowieka. Co nie jest łatwe, zważywszy, że opowiada o tym wszystkim jako starzec.

Kreśli przed nami wizerunki ludzi, którzy bardzo łatwo ulegają swoim instynktom, pasjom czy nerwicom. Są ludźmi z krwi i kości. Rezzori nie bawi się w jakiekolwiek upiększanie. Opowiada nam, niemal jak ekshibicjonista, całą rodzinną peryferie emocji, ferię trosk i radości. Warto również zauważyć, że rodzinny wymiar historii, przykrywa dzieje zarówno Bukowiny, jak i całej Europy. Wszystko to dzieje się niemal na uboczu, jakby bieg wydarzeń nic tutaj nie znaczył. Jakby czas spowolnił, a świat dostał po mackach, którymi próbował wciągnąć rodzinny grajdołek rodziny Rezzori.

Niegdysiejsze śniegi – podsumowanie

Książka napisana jest pięknym językiem, pełnym aluzji, nie do końca oczywistych wniosków i spostrzeżeń. Znajdziemy w niej sporą dawkę autoironii oraz diagnozy dla własnego środowiska, które nie potrafiło przystosować się do zmian, jakie nastąpiły w czasie i po zakończeniu I wojny światowej.

Nie jestem pewien czy dobrze zrozumiałem, ale wydaje mi się, że Autor zasugerował, iż całe to bestialstwo II wojny światowej, miało miejsce właśnie z nieprzystosowania się Europejczyków, nawet z obrzeży cywilizacyjnych kontynentu, do nowych warunków. Opisuje nam coś, co można by określić mianem szoku kulturowego. Bo wszyscy tęsknili za tym, co dawno minęło, i choć wszyscy się oszukiwali, że jest inaczej, nie było już od tego odwrotu. No, ale lepiej sprawdźcie sami. Być może się mylę.

W książce znalazłem kilka literówek, ale jedna mocno mnie rozśmieszyła. Pozwolę ją sobie przytoczyć: „Przekonałem się o kurczeniu rozmiarów podczas konfrontacji mitycznej przeszłości z rzeczywistą, kiedy niewiele lat później zjeżdżałem do domu na wakacje z moich wątpliwych palcówek wychowawczych” (s. 112).

Publikacja składa się z sześciu rozdziałów – pięć opisuje rodzinę Rezzori, a ostatni – sylwetkę samego Autora. W sumie całość zamyka się na 387 stronach. To świetna propozycja na ciepłe weekendowe popołudnie.


Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.