Za murami dawnych miast rozgrywały się dramaty, które dziś mogłyby wstrząsnąć opinią publiczną. To świat pełen namiętności, zdrad i krwawych tajemnic, gdzie zbrodnie złotego wieku splatały się z codziennością mieszczan. W tych opowieściach prawo bywało bezlitosne, a ludzkie słabości prowadziły do tragedii, których echa wciąż pobrzmiewają w miejskich księgach. Przeczytaj fragment książki Artura Wójcika Sarmatia. Czarna legenda złotego wieku!
Zapytałem kiedyś pewnego historyka specjalizującego się w dziejach mieszczaństwa staropolskiego, dlaczego warto zajmować się historią miast. Odpowiedź mnie zaskoczyła: „Bo to samo życie, panie Arturze!”. Rzeczywiście, jeśli odejdziemy od pod ręcznikowych opisów nowożytnego mieszczaństwa, ukaże się nam świat pełen kolorów i kontrastów, ale również brutalności i drastycznej codzienności. Obszar wewnątrz murów miejskich to przestrzeń, w której pierwsze skrzypce grały emocje – ów czesne miłości, więzi rodzinne, zdrady, krwawe zbrodnie i sądowe dramaty dzisiaj mogłyby stać się sensacją opisywaną na łamach tabloidów.
Książka, której fragment czytasz, czeka na Ciebie tutaj:
Jednym z kluczowych źródeł umożliwiających poznanie tego życia są księgi miejskie, a zwłaszcza księgi kryminalne. Na ich kartach spisano szczegóły dramatycznych wydarzeń, które po zwalają zajrzeć w głąb ówczesnego społeczeństwa. Odsłaniają one nie tylko najciemniejsze strony ludzkiej natury, lecz tak że nieoczywiste aspekty codziennego funkcjonowania miasta.
Dzięki temu możemy zrozumieć, w jakie konflikty wdawali się mieszkańcy, jakie motywy prowadziły do zbrodni, jakie napięcia społeczne narastały i jak działały mechanizmy ówczesnego wymiaru sprawiedliwości. To opowieści o ludzkich dramatach, które w swojej uniwersalności pozostają bliskie także współczesnym odbiorcom.
Nasz przegląd rozpoczniemy od tragicznej historii z 1557 roku. Katarzyna z Czubrowic, córka Matysa Maszczalki, przyznała się do zabójstwa swojego dziecka. Wyjawiła, że dziecko poczęła z Wojciechem Sekułą. Gdy nadszedł czas porodu, udała się do ogrodu, gdzie urodziła, a zaraz potem – z obawy przed reakcją ojca na nieślubne potomstwo – zatkała niemowlęciu usta i udusiła je. Ciało dziecka, zagrzebane w ziemi, zostało odnalezione po trzech dniach. Katarzyna nie mogła znieść ciężaru swojego czynu, dlatego utopiła się w Wiśle.
27 lutego 1559 roku przed sądem miejskim stanął Bartosz z Lusiny. Mężczyzna przyznał się do zuchwałej kradzieży… pieczęci koronnej! Pod osłoną nocy zakradł się na zamek królewski i ukradł ze stołu mieszek, w którym – oprócz kosztowności – znajdowała się właśnie pieczęć. Złodziej został szybko ujęty przez strażników i przekazany władzom miejskim. Jego czyn spotkał się z następującą karą: najpierw publicznie go torturowano (przypalano mu czoło, pierś i plecy), a następnie skazano go na śmierć przez powieszenie.
14 czerwca 1597 roku Jan Cieśla z Bochni wyznał na torturach, że wraz ze swoim kompanem Wojciechem udali się wieczorem na cmentarz ewangelików. Zaczęli szukać miejsca pochówku świeżo pochowanej córki krakowskiego mieszczanina, pana Mory. Rozkopali grób, otworzyli trumnę, a następnie splądrowali ciało – zabrali krzyż, pierścionek, koszulę i letnik (tak nazywano letnią szatę, najczęściej kobiecą). Aby uniknąć wykrycia, włożyli ciało z powrotem do trumny, głową w dół, a następnie zasypali je ziemią. Za ten czyn Jan Cieśla został skazany na śmierć.
Emocje, prawo i zbrodnie złotego wieku
Przed sądem miejskim rozstrzygano również sprawy zdrad małżeńskich. 12 października 1602 roku rozpatrywano sprawę Anny Diadowej, córki murarza Jakuba i Jadwigi, którą mąż Mar cin przyłapał na zdradzie z Tomaszem Rybarzem, będącym… żebrakiem! Oboje, stanąwszy przed sądem, zobowiązali się za przestać cudzołożenia pod groźbą kary śmierci.
Nie zawsze jednak surowo karano za recydywę. W 1609 roku Jakub Szewczyk został uwięziony za kradzież różnych przedmiotów, w tym kapelusza, biżuterii i ubrań. Uniknął jednak poważniejszych konsekwencji, ponieważ skradzione rzeczy wróciły do właścicieli, a on sam obiecał poprawę. Niestety nie dotrzymał słowa i wkrótce wrócił na drogę przestępstwa.
Dzięki wstawiennictwu wpływowych osób pozwolono mu opuścić Kraków, za miast wymierzyć mu surowszą karę. Jakub wciąż jednak wracał do miasta i kontynuował swój proceder. Za kolejne wykroczenia został publicznie ukarany – wychłostano go prętami na Ryn ku, po czym ponownie wygnano go z miasta, zapowiedziawszy, że kolejny powrót będzie oznaczał znacznie surowsze konsekwencje.
Jakub zignorował zakazy i dalej kradł przedmioty, które następnie sprzedawał lub zastawiał. Władze miasta w końcu straciły cierpliwość i ogłosiły, że jeśli mężczyzna jeszcze raz po jawi się w Krakowie, zostanie niezwłocznie skazany na śmierć – bez możliwości łaski. W 1610 roku Jakub ponownie dopuścił się przestępstwa, co miało skutkować ostateczną karą. Niestety nie wiemy jednak, jak potoczyły się jego dalsze losy – historia urywa się na ostatnim ostrzeżeniu.
Kobiety, kary i społeczne napięcia
Wstawiennictwo życzliwych i wpływowych osób rzeczywiście prowadziło niekiedy do złagodzenia kary. W 1610 roku sądzono dwie kobiety: Helenę z Radziemic i Zofię z Krzeszowic. Helena, służąca w domu przy ulicy Szpitalnej, wyznała, że gdy Zofia potajemnie urodziła dziecko, na jej polecenie zabiła noworodka: zatkała niemowlęciu usta, co doprowadziło do jego śmierci, po czym zawinęła ciało w fartuch i zakopała je w komorze.
Dziecko zostało później odnalezione przez służbę z ratusza. Obie kobiety przyznały się do zbrodni przed sądem wójtowskim. Helena próbowała się bronić – zeznała, że działała na rozkaz Zofii – ale jednocześnie przyznała, że obie są równie winne i za sługują na karę. Wyrok, zgodnie z ówczesnym prawem, miał być wyjątkowo brutalny: skazane miały zostać stracone przez przebicie kołem i rozrywanie ciała za pomocą kleszczy. Dzięki wstawiennictwu życzliwych osób oraz decyzji władz kara została jednak złagodzona. Ostatecznie obie kobiety za dzieciobójstwo skazano na ścięcie mieczem.
Z perspektywy sarmackiej braci szlacheckiej interesująca może być sprawa z sierpnia 1630 roku, kiedy to do krakowskiego ratusza doprowadzono szlachcica Stanisława Racibora Starczowskiego. Został on oskarżony przez rajcę krakowskiego Krzysztofa Słowikowskiego o napaść z bronią w ręku oraz o obrazę słowną na cmentarzu przy kościele Mariackim. Starczowski wszystkiemu zaprzeczył i sarkastycznie dodał, by uznano za winnego i powieszono. Podczas rozprawy nie było mu już tak do śmiechu.
Powoływał się na swoje szlacheckie pochodzenie i stanowczo twierdził, że jest niewinny, po rozważeniu sprawy sąd uznał go jednak za winnego znieważenia i naruszenia porządku publicznego, zwłaszcza że do incydentu doszło w miejscu świętym: na terenie kościoła Mariackiego. W konsekwencji został skazany na trzy miesiące uwięzienia w zamku krakowskim. Ponadto na Starczowskiego na łożono obowiązek publicznego przeproszenia zarówno magistratu krakowskiego, jak i pokrzywdzonego rajcy, a także zapłatę grzyw ny na rzecz kościoła Mariackiego. W przypadku nieprzestrzegania tych postanowień groziła mu kara infamii, czyli utraty czci.
Zbrodnie złotego wieku: trucizny, spiski i bezkarność elit
Na kartach ksiąg miejskich odnajdziemy nawet sprawę… otrucia arszenikiem! To motyw często pojawiający się w literaturze kryminalnej i sensacyjnej, a także w tekstach historycznych. W kwietniu 1690 roku przed sądem stanął Sebastian Samowski, oskarżony o próbę otrucia swojej żony. Zgodnie z treścią oskarżenia Samowski wsypał arszenik do klusek, których najpierw sam nieco zjadł, a następnie nakazał żonie spożyć resztę.
Zaznaczył przy tym, by nikomu innemu ich nie podawała. Kobieta, niczego nieświadoma, zjadła dwie łyżki, po czym podała kluski dzieciom. Skutki były natychmiastowe: córka Salusia ciężko zachorowała, a drugie dziecko zmarło natychmiast. Samowska zaczęła natomiast wymiotować. Podczas przesłuchania oskarżony przyznał, że tydzień wcześniej kupił arszenik od czeladnika w sklepie na ulicy Szewskiej, i tłumaczył, że chciał użyć trucizny do wybicia szczurów. Potwierdził również, że wsypał truciznę do klusek, gdy żona wyszła po piwo, ale utrzymywał, że nie widział, jak podała je dzieciom.
Dodał także, że żona mu się „przykrzyła” i że już wcześniej próbował się jej pozbyć. Świadkowie potwierdzili, że po zjedzeniu klusek dzieci szybko zaczęły wymiotować i zachorowały. Chociaż nie podano ostatecznego wyroku, jednoznacznie stwierdzono, że dziecko zmarło w wyniku otrucia przygotowanego przez Samowskiego. Można przypuszczać, że odpowiadał on za śmierć dziecka oraz próbę otrucia żony.
„Krwawy burmistrz”
Historia uczy nas, że mechanizmy władzy są uniwersalne. Po kusa stawiania własnych interesów ponad dobro wspólne jest głęboko zakorzeniona w ludzkiej naturze. Władza, pieniądze i splendor od wieków stanowiły przyczynę korupcji, nepotyzmu, kumoterstwa, a także moralnych wybryków tych, którzy mieli stać na straży interesów społeczeństwa. W nowożytnej historii Krakowa szczególnie zapisał się pewien rajca, który uosabiał wszystkie te negatywne cechy – Erazm Czeczotka, wspomniany już w rozdziale piątym. Bartosz Paprocki tak opisał go w swoim herbarzu:
[…] był rajcą i mieszczaninem krakowskim, człowiek możny, tak w dobra ruchome jako i pieniądze, rad się ludziom zachował, jednak i za wielkimi uczynnościami swoimi, nie od wszyst kich jednaką chęć odnosił.
Delikatnie powiedziane! Ale zacznijmy od początku. Rodzina Czeczotki wywodziła się z Wielkopolski, skąd przeniosła się do Krakowa. Erazm był wielokrotnym rajcą i burmistrzem, który otrzymał przydomek „krwawy”. Mężczyzna zdominował miejską radę i wykorzystywał swoje stanowisko do czerpania nielegalnych dochodów. W tym zakresie okazał się znacznie sprytniejszy od swojego poprzednika, rajcy Andrzeja Wierzynka z początku XV wieku. Wierzynka przyłapano na kradzieży pieniędzy z miejskiej kasy, z czego mężczyzna tłumaczył się z tego słowami: „Kto ołtarzowi służy, ten z ołtarza żyć powinien”.
Czeczotka słynął z ekscentrycznego stylu życia, który budził zgorszenie wśród mieszczan. Był bogaty, chciwy i pozbawiony zahamowań zarówno w dążeniu do powiększania swojego majątku, jak i w zaspokajaniu swojej chuci. Utrzymywał liczne nałożnice, a w swojej kamienicy, znajdującej się na rogu ulic Wiślnej i Świętej Anny, prowadził łaźnię, w której kąpał się w towarzystwie tych kobiet. Zachowanie Czeczotki było wręcz ostentacyjne. Józef Muczkowski na podstawie źródeł z epoki tak opisywał słynną łaźnię:
Było to publiczną tajemnicą w mieście, że nie służyła ona wyłącz nie dla czystości ciała. Co się tam działo, odsłania nam rąbek tajemnicy wizyta biskupa Padniewskiego z roku 1568. Nie sądźmy, aby sam ksiądz biskup badał panujące tam stosunki. Komisarze delegowani do wizytacji kolegiaty św. Anny i życia duchowne go w obrębie tej parafii, stwierdzają w ustępie o heretykach, iż burmistrz Czeczotka jawnie utrzymuje kilka nałożnic, płodząc z nimi dzieci i że w domu swym utrzymuje łaźnię, w której się z publicznymi dziewkami kąpie, nie pomnąc na wstyd i bo jaźń pańską.
W 1567 roku Czeczotka dopuścił się jednego z najbardziej haniebnych czynów w całej swojej burzliwej karierze. Wykorzystał swoją władzę, by doprowadzić do bezprawnego skazania na śmierć Mikołaja Wolskiego, magistra filozofii i nauczyciela w szkole Świętego Ducha. Konflikt między mężczyznami miał podłoże osobiste, związane z rywalizacją o względy jednej z kobiet. Sprawa wywołała w mieście poważne tumulty, a Czeczotka okazał się nietykalny – nie potrafił go powstrzymać nawet dwór wawelski.
Choć Czeczotka ożenił się z Barbarą z Krupków, porzucił ją na rzecz Hanny Żurawskiej, kobiety lekkich obyczajów, z którą miał czterech nieślubnych synów. Zmarł w 1587 roku, nie poniósłszy praktycznie żadnych konsekwencji swoich czy nów – poza nałożoną na niego ekskomuniką. Życie i czyny Czeczotki zostawiły jednak trwały ślad w historii Krakowa i stały się przykładami bezwzględnego nadużywania władzy i braku skrupułów w realizowaniu własnych interesów.
Fot. Cracovia Poloniae Urbs Celebris, Van der Hagen, I poł. XVII w.
Tekst jest fragmentem książki Artura Wójcika „Sarmatia. Czarna legenda złotego wieku”. Śródtytuły zostały dodane przez redakcję portalu. Czytasz go dzięki współpracy reklamowej z Wydawnictwem Znak Horyzont. Więcej o książce znajdziesz TUTAJ.
