Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

22 czerwca 1897 roku urodził się Henryk Dobrzański ps.”Hubal”

22 czerwca 1897 roku urodził się Henryk Dobrzański ps.”Hubal”

Major kawalerii, olimpijczyk (jeździectwo), szerzej znany jako dowódca Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego.

Urodził się w Jaśle, w rodzinie szlacheckiej pieczętującej się herbem Leliwa. W 1912 roku wstąpił do Polskich Drużyn Strzeleckich. Dwa lata później założył mundur Legionów Polskich. W latach 1918-1920 uczestniczył w wojnie polsko-ukraińskiej i polsko-bolszewickiej. Po zakończeniu walk o granice Polski pozostał w wojsku. Czas pokoju umożliwił mu rozwój kariery jeździeckiej. Startował zarówno w wyścigach konnych, jak również konkursach hippicznych (skoków przez przeszkody). Jako utalentowany jeździec szybko wyróżnił się na zawodach pułkowych i krajowych, zdobywając czołowe lokaty. W lutym 1925 po raz pierwszy powołano go do reprezentacji przygotowującej się na międzynarodowe wojskowe konkursy hippiczne w Nicei i Londynie. W czasie tych ostatnich wyróżniony został złotą papierośnicą – specjalną, pozaregulaminową nagrodą przyznaną indywidualnie za najlepszy wynik wieczoru. Do 1928 r.  jedenastokrotnie reprezentował Polskę na zawodach rangi międzynarodowej, m. in. w Nicei, Londynie, Rzymie, Neapolu i Brukseli. W tym samym roku został również wyznaczony jako zawodnik rezerwowy na IX Igrzyska Olimpijskie w Amsterdamie.

Odznaczony Virtuti Militari V klasy, Krzyżem Walecznych (czterokrotnie), Krzyżem Niepodległości, medalem za wojnę 1920 oraz medalem 10-lecia Odzyskania Niepodległości.

W lipcu 1939 r. przeniesiony w stan spoczynku. Po wybuchu II wojny światowej znalazł przydział w 110. rezerwowym pułku ułanów jako zastępca dowódcy, ppłk. Jerzego Dąmbrowskiego. Gdy jednostka została rozwiązana, zdecydował się kontynuować marsz na pomoc walczącej stolicy. Wraz z grupą zebranych ochotników dotarł pod Warszawę niedługo potem, jak ta skapitulowała. W niedalekim majątku Krubki zadeklarował, że nie zdejmie munduru i będzie kontynuował walkę poza granicami Polski, zamierzając przedostać się do Francji. Z grupą kilkudziesięciu ochotników ruszył na południe, z czasem jednak zmienił pierwotny zamiar. Na początku października 1939 r. ogłosił żołnierzom decyzję pozostania w kraju. Jeszcze w tym samym miesiącu przystąpił do tworzenia organizacji konspiracyjno-wojskowej Okręg Bojowy Kielce. Jej zadaniem było szkolenie ochotników, gotowych do wystąpienia na tyłach niemieckich w czasie spodziewanej wiosennej ofensywy na zachodzie. Najwcześniejsze dokumenty OBK noszą datę 26 października 1939 r., niedługo potem przygotowano m.in. schemat organizacyjny i program szkolenia. Dodatkowym celem organizacji było organizowanie wywiadu i zaopatrzenia dla oddziału, który przyjął nazwę Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego. Po osiągnięciu porozumienia z gen. Michałem Karaszewiczem-Tokarzewskim „Torwidem” (18 grudnia 1939r.) OBK została wcielona w struktury Służby Zwycięstwu Polski.

Pozostający przy Hubalu umundurowani ułani stanowić mieli kadrę dla przyszłych jednostek. Dlatego na początku major utrzymywał niewielką liczebność oddziału – zazwyczaj nie było to więcej niż trzydziestu ludzi. Dopiero kiedy na początku lutego 1940 r. rozpoczął rozbudowę oddziału, jego stan liczebny szybko przekroczył dwustu żołnierzy. Niezależnie od sił, jakimi dysponował, Hubal od początku konsekwentnie unikał starć z Niemcami. Zdawał sobie sprawę, że akcja zbrojna ma sens dopiero w momencie zaangażowania przeciwnika w wojnę na zachodzie. Wszystkie wcześniej próby byłyby skazane na porażkę i mogły narazić ludność cywilną na represje. Dlatego w ciągu siedmiu miesięcy, od października 1939 do kwietnia 1940 r. i śmierci Hubala, historia Oddziału Wydzielonego odnotowuje tylko sześć walk z nieprzyjacielem i żadna z nich nie była planowaną akcją strony polskiej.

Do największego starcia doszło 30 marca 1940 r. pod Huciskami. Liczące około dwustu ludzi siły policyjne zmierzały w stronę wsi, prawdopodobnie w celach pacyfikacji. Hubalczykom udało się wówczas zaskoczyć Niemców i zmusić do odwrotu. Dwa dni później, 1 kwietnia, niedaleko Szałasów oddział Dobrzańskiego został otoczony. Pierścień okrążenia przerwała jedynie kawaleria, piechota miała przebijać się osobno. Do połączenia pododdziałów nigdy nie doszło.

Rankiem 30 kwietnia 1940 r. Niemcy natrafili na oddział odpoczywający w zagajniku niedaleko wsi Anielin. Wywiązała się bezładna strzelanina, w wyniku której polegli major Dobrzański i kapral Antoni Kossowski „Ryś”.

Zwłoki Hubala zostały przewiezione najpierw do Poświętnego, gdzie wystawiono je na widok publiczny, a potem do koszar w Tomaszowie Mazowieckim. Tu widziano je po raz ostatni. Miejsce pochówku majora Dobrzańskiego do dziś pozostaje nieznane.

Ewa Pawlus

  • Żołnierka

    Ten artykuł roi się od błędów faktograficznych, literówek i zupełnych bzdur!
    Po pierwsze, nawet jeśli żołnierzy Dobrzańskiego uznamy za oddział partyzancki, to na pewno nie byli oddziałem pierwszym. Pierwszeństwo mają tu bezwzględnie jednostki WP, które podjęły działalność czasem jeszcze we wrześniu ’39, na tyłach niemieckich.
    Po drugie, Dobrzański nigdy nie był w 119-tym tylko w 110. pułku ułanów, którego dowódcą był płk Jerzy Dąmbrowski.
    Po trzecie, oddział Hubala stan ponad dwustu ludzi osiągnął tylko w szczytowym okresie, w pierwszej połowie marca 1940 roku. Zazwyczaj jednak Majorowi towarzyszyło plus minus kilkudziesięciu żołnierzy.
    Po czwarte, Hubalczycy nie „prowadzili walk w rejonie Gór Świętokrzyskich”, tylko ich unikali. W ciągu 7 miesięcy, od października ’39 do kwietnia’40 oddział tylko sześciokrotnie starł się z przeciwnikiem i gros tych wydarzeń to były przypadkowe natknięcia się na siły niemieckie, a nie zaplanowane akcje.
    Po piąte, potyczkę 1 października ’39 oddział stoczył pod wsią Wola Chodkowska. Nie było czegoś takiego jak „Kłosa”. Jeżeli już – to Kłoda, miejscowość, obok której żołnierze mjra Dobrzańskiego przeprawili się przez Wisłę.
    Po szóste, pod Cisownikiem nie było żadnego „poważnego zwycięstwa”! Hubalczycy dali się Niemcom zaskoczyć podczas odpoczynku, musieli wycofać się ze wsi, a w dodatku stracili wtedy niemal wszystkie konie.
    Po siódme, pod Huciskami nie było batalionu Wehrmachtu, tylko mniej więcej kompania sił policyjnych – siły zupełnie wystarczające, żeby spacyfikować bezbronną wioskę. Taki był był wysłania tam oddziałów niemieckich. Na oddział natknęli się przypadkowo, dlatego też z taką łatwością dali się zaskoczyć.
    Po ósme, pod Szałasami nie ma mowy o żadnym rozbiciu silnej jednostki nieprzyjaciela. Oddział został tam otoczony przez Niemców i z trudem udało mu się wyjść z okrążenia. I to w dodatku tylko kawalerii – Major był zmuszony oddzielić piechotę od konnych i tej pierwszej kazał wychodzić z okrążenia na własną rękę, bo nie była w stanie nadążyć za mobilną kawalerią.
    Po dziewiąte, zdanie o potyczce pod Anielinem, to już jest zupełny hit. Bardzo chciałabym zobaczyć, gdzie pod tym niewielkim wtedy laskiem zmieścił się batalion piechoty Wehrmachtu i jednostka SS. Nie mylmy całości sił zaangażowanych w obławę i przeczesywanie całych kompleksów leśnych z konkretnym pododdziałem, który pod Anielinem natknął się na Hubala! Bardzo chciałabym też zobaczyć, jak kompania czołgów otacza zagajnik w kwietniu, na podmokłym terenie, na którym leży jeszcze śnieg. Ten, kto to pisał, chyba nigdy nie tylko nie widział czołgu, ale również nie był wiosną w lesie. Już nie wspomnę o tym, że Hubalczycy musieliby być głusi, żeby się dali nad ranem zaskoczyć kompanii czołgów.
    Po dziesiąte, nie mamy żadnych, ale to żadnych dowodów na to, że Niemcy zmasakrowali ciało Hubala lub w jakikolwiek inny sposób pastwili się nad jego zwłokami. Przeciwnie, wszystkie zachowane fotografie pokazują, że jedyne obrażenia, jakie widać na Hubalu, to rozległa plama krwi na mundurze, pochodząca od postrzału w klatkę piersiową.
    Wszystko nie jest jakąś wiedzą tajemną, a informacjami, które można znaleźć właściwie w każdym opracowaniu poświęconym majorowi Hubalowi. To nie jest osoba, która zasługuje na to, żeby o niej pisano bzdury w rocznicę jego urodzin.

  • Andrzej Igielski

    Tropem Hubala Panowie, przecież ten artykuł roi się od błędów faktograficznych, literówek i zupełnych bzdur!
    Po
    pierwsze, nawet jeśli żołnierzy Dobrzańskiego uznamy za oddział
    partyzancki, to na pewno nie byli oddziałem pierwszym. Pierwszeństwo
    mają tu bewzględnie jednostki WP, które podjęły działalność czasem jeszcze we wrześniu ’39, na tyłach niemieckich.
    Po drugie, Dobrzański nigdy nie był w 119-tym tylko w 110. pułku ułanów, którego dowódcą był płk Jerzy Dąmbrowski.
    Po
    trzecie, oddział Hubala stan ponad dwustu ludzi osiągnął tylko w
    szczytowym okresie, w pierwszej połowie marca 1940 roku. Zazwyczaj
    jednak Majorowi towarzyszyło plus minus kilkudziesięciu żołnierzy.
    Po
    czwarte, Hubalczycy nie „prowadzili walk w rejonie Gór
    Świętokrzyskich”, tylko ich unikali. W ciągu 7 miesięcy, od października
    ’39 do kwietnia’40 oddział tylko sześciokrotnie starł się z
    przeciwnikiem i gros tych wydarzeń to były przypadkowe natknięcia się na
    siły niemieckie, a nie zaplanowane akcje.
    Po piąte,
    potyczkę 1 października ’39 oddział stoczył pod wsią Wola Chodkowska.
    Nie było czegoś takiego jak „Kłosa”. Jeżeli już – to Kłoda, miejscowość,
    obok której żołnierze mjra Dobrzańskiego przeprawili się przez Wisłę.
    Po
    szóste, pod Cisownikiem nie było żadnego „poważnego zwycięstwa”!
    Hubalczycy dali się Niemcom zaskoczyć podczas odpoczynku, musieli
    wycofać się ze wsi, a w dodatku stracili wtedy niemal wszystkie konie.
    Po
    siódme, pod Huciskami nie było batalionu Wehrmachtu, tylko mniej więcej
    kompania sił policyjnych – siły zupełnie wystarczające, żeby
    spacyfikować bezbronną wioskę. Taki był był wysłania tam oddziałów
    niemieckich. Na oddział natknęli się przypadkowo, dlatego też z taką
    łatwością dali się zaskoczyć.
    Po ósme, pod Szałasami nie
    ma mowy o żadnym rozbiciu silnej jednostki nieprzyjaciela. Oddział
    został tam otoczony przez Niemców i z trudem udało mu się wyjść z
    okrążęnia. I to w dodatku tylko kawalerii – Major był zmuszony oddzielić
    piechotę od konnych i tej pierwszej kazał wychodzić z okrążęnia na
    własną rękę, bo nie była w stanie nadążyć za mobilną kawalerią.
    Po
    dziewiąte, zdanie o potyczce pod Anielinem, to już jest zupełny hit.
    Bardzo chciałabym zobaczyć, gdzie pod tym niewielkim wtedy laskiem
    zmieścił się batalion piechoty Wehrmachtu i jednostka SS. Nie mylmy
    calości sił zaangażowanych w obławę i przeczesywanie całych kompleksów
    leśnych z konkretnym pododdziałem, który pod Anielinem natknął się na
    Hubala! Bardzo chciałabym też zobaczyć, jak kompania czołgów otacza
    zagajnik w kwietniu, na podmokłym terenie, na którym leży jeszcze śnieg.
    Ten, kto to pisał, chyba nigdy nie tylko nie widział czołgu, ale
    również nie był wiosną w lesie. Już nie wspomnę o tym, że Hubalczycy
    musieliby być głusi, żeby się dali nad ranem zaskoczyć kompanii czołgów.

    Po dziesiąte, nie mamy żadnych, ale to żadnych dowodów
    na to, że Niemcy zmasakrowali ciało Hubala lub w jakikolwiek inny
    sposób pastwili się nad jego zwłokami. Przeciwnie, wszystkie zachowane
    fotografie pokazują, że jedyne obrażenia, jakie widać na Hubalu, to
    rozległa plama krwi na mundurze, pochodząca od postrzału w klatkę
    piersiową.
    Sprawdzajcie, co udostępniacie, bo potem się byle co pałęta po internecie

  • Andrzej Igielski

    Za Tropem Hubala:

    Po pierwsze, nawet jeśli żołnierzy Dobrzańskiego uznamy za oddział
    partyzancki, to na pewno nie byli oddziałem pierwszym. Pierwszeństwo
    mają tu bezwględnie jednostki WP, które podjęły działalność czasem
    jeszcze we wrześniu ’39, na tyłach niemieckich. Profesor Tomasz
    Strzembosz określił to zjawisko mianem „partyzantki powrześniowej”.
    Po drugie, Dobrzański nigdy nie był w 119-tym tylko w 110. rezerwowym pułku ułanów, którego dowódcą był ppłk Jerzy Dąmbrowski.

    Po trzecie, oddział Hubala stan ponad dwustu ludzi osiągnął tylko w
    szczytowym okresie, w pierwszej połowie marca 1940 roku. Zazwyczaj
    jednak Majorowi towarzyszyło plus minus kilkudziesięciu żołnierzy.

    Po czwarte, Hubalczycy nie „prowadzili walk w rejonie Gór
    Świętokrzyskich”, tylko ich unikali. W ciągu 7 miesięcy, od października
    ’39 do kwietnia’40 oddział tylko sześciokrotnie starł się z
    przeciwnikiem i gros tych wydarzeń to były przypadkowe natknięcia się na
    siły niemieckie, a nie zaplanowane akcje.
    Po piąte, potyczkę 1
    października ’39 oddział stoczył pod wsią Wola Chodkowska. Nie było
    czegoś takiego jak „Kłosa”. Jeżeli już – to Kłoda, miejscowość, obok
    której żołnierze mjra Dobrzańskiego przeprawili się przez Wisłę.
    Po
    szóste, pod Cisownikiem nie było żadnego „poważnego zwycięstwa”!
    Hubalczycy dali się Niemcom zaskoczyć podczas odpoczynku, musieli
    wycofać się ze wsi, a w dodatku stracili wtedy niemal wszystkie konie.

    Po siódme, pod Huciskami nie było batalionu Wehrmachtu, tylko mniej
    więcej kompania sił policyjnych – jednostka zupełnie wystarczająca, żeby
    spacyfikować bezbronną wioskę. Taki był cel wysłania tam oddziałów
    niemieckich. Na oddział natknęli się przypadkowo, dlatego też z taką
    łatwością dali się zaskoczyć.
    Po ósme, pod Szałasami nie ma mowy o
    żadnym rozbiciu silnej jednostki nieprzyjaciela. Oddział został tam
    otoczony przez Niemców i z trudem udało mu się wyjść z okrążenia. I to w
    dodatku tylko kawalerii – Major był zmuszony oddzielić piechotę od
    konnych i tej pierwszej kazał wychodzić z okrążenia na własną rękę, bo
    nie była w stanie nadążyć za mobilną kawalerią.
    Po dziewiąte,
    zdanie o potyczce pod Anielinem, to już jest zupełny hit. Bardzo
    chciałabym zobaczyć, gdzie pod tym niewielkim wtedy laskiem zmieścił się
    batalion piechoty Wehrmachtu i jednostka SS. Nie mylmy całości sił
    zaangażowanych w obławę i przeczesywanie całych kompleksów leśnych z
    konkretnym pododdziałem, który pod Anielinem natknął się na Hubala!
    Bardzo chciałabym też zobaczyć, jak kompania czołgów otacza zagajnik w
    kwietniu, na podmokłym terenie, na którym leży jeszcze śnieg. Ten, kto
    to pisał, chyba nigdy nie tylko nie widział czołgu, ale również nie był
    wiosną w lesie. Już nie wspomnę o tym, że Hubalczycy musieliby być
    głusi, żeby się dali nad ranem zaskoczyć kompanii czołgów.
    Po
    dziesiąte, nie mamy żadnych, ale to żadnych dowodów na to, że Niemcy
    zmasakrowali ciało Hubala lub w jakikolwiek inny sposób pastwili się nad
    jego zwłokami. Przeciwnie, wszystkie zachowane fotografie pokazują, że
    jedyne obrażenia, jakie widać na Hubalu, to rozległa plama krwi na
    mundurze, pochodząca od postrzału w klatkę piersiową.
    „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”

  • Andrzej Igielski

    Za Tropem Hubala:

    Po pierwsze, nawet jeśli żołnierzy Dobrzańskiego uznamy za oddział
    partyzancki, to na pewno nie byli oddziałem pierwszym. Pierwszeństwo
    mają tu bezwględnie jednostki WP, które podjęły działalność czasem
    jeszcze we wrześniu ’39, na tyłach niemieckich. Profesor Tomasz
    Strzembosz określił to zjawisko mianem „partyzantki powrześniowej”.
    Po drugie, Dobrzański nigdy nie był w 119-tym tylko w 110. rezerwowym pułku ułanów, którego dowódcą był ppłk Jerzy Dąmbrowski.

    Po trzecie, oddział Hubala stan ponad dwustu ludzi osiągnął tylko w
    szczytowym okresie, w pierwszej połowie marca 1940 roku. Zazwyczaj
    jednak Majorowi towarzyszyło plus minus kilkudziesięciu żołnierzy.

    Po czwarte, Hubalczycy nie „prowadzili walk w rejonie Gór
    Świętokrzyskich”, tylko ich unikali. W ciągu 7 miesięcy, od października
    ’39 do kwietnia’40 oddział tylko sześciokrotnie starł się z
    przeciwnikiem i gros tych wydarzeń to były przypadkowe natknięcia się na
    siły niemieckie, a nie zaplanowane akcje.
    Po piąte, potyczkę 1
    października ’39 oddział stoczył pod wsią Wola Chodkowska. Nie było
    czegoś takiego jak „Kłosa”. Jeżeli już – to Kłoda, miejscowość, obok
    której żołnierze mjra Dobrzańskiego przeprawili się przez Wisłę.
    Po
    szóste, pod Cisownikiem nie było żadnego „poważnego zwycięstwa”!
    Hubalczycy dali się Niemcom zaskoczyć podczas odpoczynku, musieli
    wycofać się ze wsi, a w dodatku stracili wtedy niemal wszystkie konie.

    Po siódme, pod Huciskami nie było batalionu Wehrmachtu, tylko mniej
    więcej kompania sił policyjnych – jednostka zupełnie wystarczająca, żeby
    spacyfikować bezbronną wioskę. Taki był cel wysłania tam oddziałów
    niemieckich. Na oddział natknęli się przypadkowo, dlatego też z taką
    łatwością dali się zaskoczyć.
    Po ósme, pod Szałasami nie ma mowy o
    żadnym rozbiciu silnej jednostki nieprzyjaciela. Oddział został tam
    otoczony przez Niemców i z trudem udało mu się wyjść z okrążenia. I to w
    dodatku tylko kawalerii – Major był zmuszony oddzielić piechotę od
    konnych i tej pierwszej kazał wychodzić z okrążenia na własną rękę, bo
    nie była w stanie nadążyć za mobilną kawalerią.
    Po dziewiąte,
    zdanie o potyczce pod Anielinem, to już jest zupełny hit. Bardzo
    chciałabym zobaczyć, gdzie pod tym niewielkim wtedy laskiem zmieścił się
    batalion piechoty Wehrmachtu i jednostka SS. Nie mylmy całości sił
    zaangażowanych w obławę i przeczesywanie całych kompleksów leśnych z
    konkretnym pododdziałem, który pod Anielinem natknął się na Hubala!
    Bardzo chciałabym też zobaczyć, jak kompania czołgów otacza zagajnik w
    kwietniu, na podmokłym terenie, na którym leży jeszcze śnieg. Ten, kto
    to pisał, chyba nigdy nie tylko nie widział czołgu, ale również nie był
    wiosną w lesie. Już nie wspomnę o tym, że Hubalczycy musieliby być
    głusi, żeby się dali nad ranem zaskoczyć kompanii czołgów.
    Po
    dziesiąte, nie mamy żadnych, ale to żadnych dowodów na to, że Niemcy
    zmasakrowali ciało Hubala lub w jakikolwiek inny sposób pastwili się nad
    jego zwłokami. Przeciwnie, wszystkie zachowane fotografie pokazują, że
    jedyne obrażenia, jakie widać na Hubalu, to rozległa plama krwi na
    mundurze, pochodząca od postrzału w klatkę piersiową.
    „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”

  • Andrzej Igielski

    Wklejam ponownie bo poza zmianą 119 pułku na 110 reszta bzdur dalej żyje swoim życiem
    Za Tropem Hubala:
    Po pierwsze, nawet jeśli żołnierzy Dobrzańskiego uznamy za oddział partyzancki, to na pewno nie byli oddziałem pierwszym. Pierwszeństwo mają tu bezwględnie jednostki WP, które podjęły działalność czasem jeszcze we wrześniu ’39, na tyłach niemieckich. Profesor Tomasz Strzembosz określił to zjawisko mianem „partyzantki powrześniowej”.

    Po drugie, Dobrzański nigdy nie był w 119-tym tylko w 110. rezerwowym pułku ułanów, którego dowódcą był ppłk Jerzy Dąmbrowski.

    Po trzecie, oddział Hubala stan ponad dwustu ludzi osiągnął tylko w szczytowym okresie, w pierwszej połowie marca 1940 roku. Zazwyczaj jednak Majorowi towarzyszyło plus minus kilkudziesięciu żołnierzy.

    Po czwarte, Hubalczycy nie „prowadzili walk w rejonie Gór Świętokrzyskich”, tylko ich unikali. W ciągu 7 miesięcy, od października ’39 do kwietnia’40 oddział tylko sześciokrotnie starł się z przeciwnikiem i gros tych wydarzeń to były przypadkowe natknięcia się na siły niemieckie, a nie zaplanowane akcje.

    Po piąte, potyczkę 1 października ’39 oddział stoczył pod wsią Wola Chodkowska. Nie było czegoś takiego jak „Kłosa”. Jeżeli już – to Kłoda, miejscowość, obok której żołnierze mjra Dobrzańskiego przeprawili się przez Wisłę.

    Po szóste, pod Cisownikiem nie było żadnego „poważnego zwycięstwa”! Hubalczycy dali się Niemcom zaskoczyć podczas odpoczynku, musieli wycofać się ze wsi, a w dodatku stracili wtedy niemal wszystkie konie.

    Po siódme, pod Huciskami nie było batalionu Wehrmachtu, tylko mniej więcej kompania sił policyjnych – jednostka zupełnie wystarczająca, żeby spacyfikować bezbronną wioskę. Taki był cel wysłania tam oddziałów niemieckich. Na oddział natknęli się przypadkowo, dlatego też z taką łatwością dali się zaskoczyć.

    Po ósme, pod Szałasami nie ma mowy o żadnym rozbiciu silnej jednostki nieprzyjaciela. Oddział został tam otoczony przez Niemców i z trudem udało mu się wyjść z okrążenia. I to w dodatku tylko kawalerii – Major był zmuszony oddzielić piechotę od konnych i tej pierwszej kazał wychodzić z okrążenia na własną rękę, bo nie była w stanie nadążyć za mobilną kawalerią.

    Po dziewiąte, zdanie o potyczce pod Anielinem, to już jest zupełny hit. Bardzo chciałabym zobaczyć, gdzie pod tym niewielkim wtedy laskiem zmieścił się batalion piechoty Wehrmachtu i jednostka SS. Nie mylmy całości sił zaangażowanych w obławę i przeczesywanie całych kompleksów leśnych z konkretnym pododdziałem, który pod Anielinem natknął się na Hubala! Bardzo chciałabym też zobaczyć, jak kompania czołgów otacza zagajnik w kwietniu, na podmokłym terenie, na którym leży jeszcze śnieg. Ten, kto to pisał, chyba nigdy nie tylko nie widział czołgu, ale również nie był wiosną w lesie. Już nie wspomnę o tym, że Hubalczycy musieliby być głusi, żeby się dali nad ranem zaskoczyć kompanii czołgów.

    Po dziesiąte, nie mamy żadnych, ale to żadnych dowodów na to, że Niemcy zmasakrowali ciało Hubala lub w jakikolwiek inny sposób pastwili się nad jego zwłokami. Przeciwnie, wszystkie zachowane fotografie pokazują, że jedyne obrażenia, jakie widać na Hubalu, to rozległa plama krwi na mundurze, pochodząca od postrzału w klatkę piersiową.

  • Andrzej Igielski

    Komentarze były ale są wycinane w pień!

    • Admin

      Komentarze są wszystkie w naszej bazie na kokpicie ale dlaczego ich nie pokazuje to nie mam pojęcia.

    • Admin

      Komentarze są wszystkie w naszej bazie na kokpicie ale dlaczego ich nie pokazuje to nie mam pojęcia.

  • Andrzej Igielski

    Teraz jest ok. To się nazywa rzetelna informacja o bohaterze

  • Andrzej Igielski

    Teraz jest ok. To się nazywa rzetelna informacja o bohaterze

  • Andrzej Igielski

    Teraz jest ok. To się nazywa rzetelna informacja o bohaterze

    • ADMIN

      Zapowiadaliśmy, że zostanie zmienione. Czekaliśmy tylko na tekst.

Partnerzy



Przewiń do góry