Jak Radziwiłłowie zostali książętami

Jak Radziwiłłowie zostali książętami? Prawda o tytule nadanym przez cesarza i romansie Barbary z Zygmuntem Augustem

Zaczynali jako jedna z wielu litewskich rodzin, ustępując miejsca możniejszym, bardziej rozpoznawalnym rodom. A jednak to oni potrafili znaleźć się tam, gdzie historia pisała się na oczach cesarzy i królów. Gdy inni tracili majątki i wpływy, oni zyskiwali tytuły, ziemie i znaczenie. I właśnie w tym splocie politycznych misji, osobistych relacji i niezwykłej intuicji ujawnia się, jak Radziwiłłowie zostali książętami – nie tylko z nadania, ale z przeznaczenia.

Poniższy tekst to fragment książki Radziwiłł. Aleksander Kaczorowski rozmawia z Maciejem Radziwiłłem, będącej zapisem rozmowy Aleksandra Kaczorowskiego z Maciejem Radziwiłłem – potomkiem jednej z najpotężniejszych rodzin dawnej Rzeczypospolitej. To opowieść o dumie i dziedzictwie, o historii, która nie mieści się w szkolnych podręcznikach, oraz o osobistym spojrzeniu na losy rodu, który od wieków rozbudzał wyobraźnię.

Jak właściwie powinienem się do Pana zwracać? Książę?

– Proszę, nie.

Ale mógłbym?

Mikołaj Czarny, kanclerz wielki litewski i wojewoda wileński, którego jestem potomkiem w dwunastym pokoleniu, otrzymał tytuł książęcy z rąk cesarza Karola V Habsburga w 1547 roku. Tytuł przysługiwał jemu i wszystkim jego potomkom, którzy noszą nazwisko Radziwiłł.

I tak jest do dzisiaj?

Tytułu nikt nam nie odbierze. Cesarz stał niejako ponad władcami innych państw i nadał go Radziwiłłom w uznaniu znaczenia rodziny.

A miał po temu jakiś bezpośredni powód?

Powodem było uznanie pozycji Radziwiłłów. Mikołaj Czarny dwa lata wcześniej wybrał się do Wiednia w związku z ceremonią ślubną, podczas której w imieniu króla Zygmunta Augusta poślubił cesarską bratanicę, Elżbietę Habsburżankę.

Jak to poślubił?

To było małżeństwo per procura. Król, zamiast samemu narażać się na uciążliwości podróży z Krakowa do Wiednia, wysłał na dwór cesarski swego pełnomocnika. A że Mikołaj Czarny był jego przyjacielem i powiernikiem, to jego właśnie spotkał ten zaszczyt.

Przy okazji kolejnego poselstwa mój przodek uzyskał od cesarza tytuł księcia na Nieświeżu i Ołyce. Zaś jego brat stryjeczny Mikołaj zwany Rudym został księciem na Birżach i Dubinkach.

Oglądał Pan serial Królowa Bona?

Rozumiem, do czego Pan nawiązuje. Radziwiłłowie są tam przedstawieni jako ambitni i cwani ludzie, którzy chcieli zagarnąć dla siebie koronę Jagiellonów. Podstawili siostrę Zygmuntowi Au gustowi i przyłapali go in flagranti.

A to nieprawda?

Nie, chociaż niewątpliwie pozycja rodziny uległa wzmocnieniu w czasach Mikołaja Czarnego, Mikołaja Rudego i Barbary. Niektórzy uważają, że potęga Radziwiłłów powstała właśnie dzięki małżeństwu Barbary z Zygmuntem Augustem.

…do którego doszło po przedwczesnej śmierci cierpiącej na epilepsję Elżbiety Habsburżanki.

Właśnie. W rzeczywistości jednak rodzina miała duże znaczenie na Litwie już na początku wieku XV, czyli sto pięćdziesiąt lat wcześniej. Radziwiłłowie wtedy ustępowali oczywiście nie tylko licznym krewnym Jagiełły i Witolda, lecz także Gasztołdom, Kiszkom, książętom Olszańskim czy Ostrogskim. Musiało być jednak coś specjalnego w tej rodzinie, skoro podczas zawarcia unii polsko-litewskiej w Horodle w 1413 roku mój najstarszy historyczny przodek Ościk, kasztelan wileński, otrzymał herb od Mikołaja Trąby, kanclerza i biskupa gnieźnieńskiego, a zarazem głowy rodu pieczętującego się herbem Trąby. Przypomnę, że w Horodle czterdzieści cztery polskie rody uczestniczące w bitwie pod Grunwaldem przyjęły do swoich herbów wyselekcjonowane przez Wielkiego Księcia Witolda rodziny litewskie.

Tekst, który czytasz, jest fragmentem książki Radziwiłł. Aleksander Kaczorowski rozmawia z Maciejem Radziwiłłem, która czeka na Ciebie tutaj:

Mikołaj Trąba był najważniejszym Polakiem, który pojawił się na zjeździe w Horodle. To, że Krystyn Ościk otrzymał herb akurat od niego, nie mogło być przypadkiem. Radziwiłł Ościkowicz, syn Krystyna, brany był zresztą później pod uwagę jako kandy dat na Wielkiego Księcia.

Na czym mogła polegać wyjątkowość rodziny, skoro, jak sam Pan stwierdził, w czasach Jagiełły ustępowała ona znaczeniem wielu jego krewnym i przedstawicielom innych rodów?

Tego nie dowiemy się nigdy. Pamiętajmy, że Litwini byli ostatnimi poganami Europy. Nie było tam mnichów chrześcijańskich, którzy jako jedyni w tamtych czasach umieli pisać i czytać. Formalnie Litwa przyjęła chrzest w roku 1386, ale nie znaczy to przecież, że Litwini zaczęli od razu chodzić do kościoła i odma wiać Credo. Uwzględniając realia tamtej epoki, należy założyć, że pogaństwo miało się dobrze jeszcze przez wiele lat, a kapłani lub ich potomkowie cieszyli się wysokim prestiżem.

Sądzi Pan, że Radziwiłłowie byli takimi kapłanami?

Myślę, że to całkiem możliwe. Prawdziwa wydaje mi się legenda, że pochodzimy od Lizdejki, najwyższego kapłana religii pogańskiej w czasach wielkiego księcia Giedymina. To by tłumaczyło, dlaczego ród niespokrewniony z rodziną wielkoksiążęcą tak szybko się wybił już w XV wieku.

Większość rodów ma swoje legendy. Bardzo lubię legendę herbową trąbitów. Część polskich rodzin pieczętujących się tym herbem do dziś używa przydomku Jordan. Podobno pochodzi on od słowa „orda”, bo protoplastą rodu trąbitów był Tatar, który służył Kazimierzowi Wielkiemu. Pewnego razu król w czasie polowania znalazł się w poważnym niebezpieczeństwie. Ów Tatar zauważył przybywający oddział swoich ziomków, którzy najechali niespodziewanie Małopolskę. Podjechał do rodaków, którzy pędzili pro sto na króla, i skierował ich tam, gdzie stał spory oddział polskich rycerzy. Polacy szybko poradzili sobie z najeźdźcami.

Kiedy król się o tym dowiedział, postanowił nagrodzić swojego tatarskiego sługę. Monarcha spytał go, co chciałby otrzymać. Tatar od razu odparł, że marzy o tym, by zostać rycerzem. Monarcha zgodził się i zagadnął, jakiego chce używać herbu. Nowo upieczony rycerz trzymał w ręku myśliwski róg lub trąbkę. Wiele rodzin rycerskich przyjmowało jako herby części uzbrojenia lub wyposażenia myśliwskiego, więc Tatar zapytał, czy może to być trąba. Na to król Kazimierz z monarszą hojnością powiedział: „Daję ci trzy trąby”.

Wróćmy jeszcze do historii króla Zygmunta Augusta i Barbary. Z filmu Janusza Majewskiego Królowa Bona wynika, że Radziwiłłowie praktycznie zmusili króla do ożenku z Barbarą. A jak było naprawdę?

Tak naprawdę oni wszyscy, to znaczy rodzeństwo Radziwiłłów i Zygmunt August Jagiellończyk, poznali się już w dzieciństwie. Zygmunta Augusta i Barbarę łączyła prawdziwa miłość. To nie była kolejna miłostka króla.

Skąd możemy to wiedzieć?

Najlepszy dowód na to, jak bardzo król kochał Barbarę Radziwiłłównę, to fakt, że po jej śmierci szedł za jej trumną przez całą drogę z Krakowa do Wilna. Chciał pochować żonę w ich ukochanym mieście. To ponad osiemset kilometrów! Tylko ktoś, kto prawdziwie kochał, mógł podjąć się takiego marszu. Tak wielkiej miłości nie można nazywać zauroczeniem czy przelotnym uczuciem.

Na Litwie Barbara Radziwiłłówna to uwielbiana postać pop kultury. Kilka lat temu obchodzono tam pięćsetlecie jej urodzin. Byłem na spotkaniu z udziałem kilkuset osób, na którym mówcy z wielkim wzruszeniem wspominali kobietę, o której w sumie niewiele wiemy. Litwini są zauroczeni jej historią miłosną, choć trwała tak krótko i zakończyła się śmiercią królowej w wieku za ledwie trzydziestu jeden lat.

I oczywiście uważają ją za Litwinkę?

Ona była Litwinką. Dla nich niesłychanie ważne jest na przykład to, że jako królowa i wielka księżna litewska pochowana została w katedrze wileńskiej, a nie na Wawelu. Król zapewne wykonał ostatnią wolę żony, która nie czuła się dobrze w Krakowie w otoczeniu nieprzychylnej jej Bony Sforzy i polskich panów. Wielu z nich otwarcie sprzeciwiało się małżeństwu Barbary z Zygmuntem.

Pański przodek Mikołaj Czarny był bratem Barbary?

Kuzynem, czyli bratem stryjecznym. Jej rodzonym bratem był Mikołaj Rudy.

I on także otrzymał od cesarza tytuł książęcy?

Tak. Ale pierwszy z naszego rodu tytuł otrzymał już w 1515 roku ich stryj Mikołaj Radziwiłł, wielki kanclerz litewski.

To dlaczego Pan o nim wcześniej nie wspomniał?

Ponieważ jego linia wymarła w następnym pokoleniu.

Fakt, że ów Mikołaj otrzymał tak zaszczytny tytuł na początku XVI wieku, dowodzi, że Radziwiłłowie już wtedy mieli wyjątkową pozycję na Litwie. Cesarze nie rozdawali tytułów książęcych na prawo i lewo. W podobnym czasie tytuły Świętego Cesarstwa Rzymskiego otrzymali potężni w Koronie Odrowąże Szydłowieccy, ale były to tytuły hrabiów, w hierarchii feudalnej znacznie skromniejsze.

Radziwiłłowie już wtedy wiązali się z członkami innych znaczących rodzin?

Tak. Kiedy prześledzi się ich małżeństwa z wieku XV, zaskakuje to, jak wiele małżonków pochodzi z najlepszych rodzin litewskich, a potem polskich. Pojawia się nawet pierwsze małżeństwo z rodziną panującą. Otóż księżna Anna Mazowiecka, znana ze swoich działań charytatywnych w Warszawie, była z domu Radziwiłłówna. Jej córka wyszła za mąż za księcia Siedmiogrodu z rodziny Batorych. Od niej pochodził Stefan, późniejszy król Polski.

Z owdowiałą Anną chciał ożenić się Zygmunt Stary. Jego plany pokrzyżował cesarz Maksymilian I, dziad Karola V Habsburga.

Cesarz wywarł na królu presję, by ten ożenił się z Boną Sforzą. Wiele wskazuje na to, że Zygmunta Starego z Anną łączyła praw dziwa miłość. A zatem love story pomiędzy jego synem Zygmuntem Augustem a Barbarą nie była pierwszą pomiędzy Jagiellonami i Radziwiłłami.

No dobrze, przekonał mnie Pan, że Radziwiłłowie nie zawdzięczają wszystkiego urodzie Barbary. W końcu tytuł książęcy otrzymali jeszcze przed jej ślubem z Zygmuntem Augustem i, co najważniejsze, z zupełnie innego powodu.

Nasz cesarski tytuł książęcy jest najstarszy w Rzeczypospolitej. Nosimy go już od blisko pięciuset lat, aczkolwiek nikt z rodziny nie używa go od co najmniej stulecia.

A mimo to ludzie nadal tytułują Was książętami?

Tak. Zwykle są to osoby, którym sprawia to wyraźną przyjemność. Niektórzy tytułują mnie mimo moich próśb, by zwracali się do mnie w mniej podniosły sposób.

W takich sytuacjach przypomina mi się pewna anegdota. Mój krewny Karol Radziwiłł po wojnie wyemigrował do Argentyny. Cieszył się tam wysokim prestiżem, bo przez wiele lat był ambasadorem Zakonu Maltańskiego w Buenos Aires, a poza tym, jako że w krajach hiszpańskojęzycznych używa się nazwiska nie tylko po ojcu, lecz także po matce, nazywano go Carlos Radziwill de Habsburgo, bo jego matka pochodziła z Habsburgów z Żywca. Oczywiście to drugie nazwisko robiło jeszcze większe wrażenie na Argentyńczykach, którzy nie mają własnej arystokracji. Pewien długoletni przyjaciel Karola, który zawsze zwracał się do niego per książę, ośmielił się pewnego dnia spytać, czy nie mogliby jakoś odformalizować swojej relacji. Zapewne liczył, że będzie wreszcie mógł zwracać się do Radziwiłła po imieniu. Karol ucieszył się z propozycji przyjaciela i od razu się na nią zgodził.

– Jak zatem mogę się zwracać teraz do księcia? – spytał przyjaciel.

– Wasza Wysokość – odpowiedział Karol.

To już może lepiej zostańmy przy księciu, Panie Macieju.

Nie jest to na pewno anegdota o mnie, tylko typowy żart radziwiłłowski, który osoby spoza rodziny mogą uważać niestety za przejaw megalomanii.

Panu często się zdarza, że ktoś nazywa Pana księciem?

Tak, szczególnie na Wschodzie, czyli na Litwie, w Ukrainie, dawniej także na Białorusi. To zabawne, że w Polsce ludzie czasami oburzają się, kiedy ktoś w mediach używa tytułów arystokratycznych, a w tych trzech krajach, w całkiem nieodległej przeszłości poddanych bezwzględnej sowietyzacji, tytułowanie jest czymś normalnym. Kilka razy zdarzyło mi się, że na Białorusi czy Litwie ktoś prosił mnie, bym tam zamieszkał na zawsze, bo oni także chcą mieć swoją arystokrację.

Na Białoruś chyba by się Pan nie zdecydował?

Kiedyś jeździłem tam często, ale moje wsparcie dla opozycji sprawiło, że musiałem zaniechać podróży. Nie byłoby zbyt miło spędzić reszty życia w białoruskim kryminale.

Bardzo żałuję, że nie mogę już tam jeździć. Lubię ten kraj i ludzi. Spośród wszystkich naszych sąsiadów Białorusini są chyba najbardziej przyjaźnie nastawieni do Polaków. Jest tam też wielkie zainteresowanie historią Rzeczypospolitej i Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Nieśwież, niegdyś stolica mojej rodziny, wiąże się z moimi ulubionymi przodkami: Mikołajem Czarnym i Mikołajem Krzysztofem Sierotką. Ten pierwszy był typowym mężem stanu, człowiekiem wierzącym w potęgę dyplomacji. Czarny uosabia długą tradycję uprawiania polityki w mojej rodzinie, a poza tym zasłużył się, fundując pierwsze tłumaczenie Biblii na język polski z języków oryginalnych, tzw. biblię brzeską, chociaż sam uważał się za Litwina. Późniejsza o kilkadziesiąt lat katolicka Biblia w tłumaczeniu Jakuba Wujka przełożona została z tekstu łacińskiego, z wersji zwanej Wulgatą.

A Mikołaj Krzysztof Sierotka?

To był prawdziwy człowiek renesansu. Jego przezwisko wzięło się z czasów, kiedy wraz z ojcem, Mikołajem Czarnym, przebywał na Wawelu. Któregoś dnia Zygmunt August zobaczył płaczącego chłopczyka. Przygarnął go i spytał: „Co to za sierotka tak płacze?”. Przezwisko zostało z Mikołajem Krzysztofem do końca jego życia. Był mecenasem sztuki, kolekcjonerem, ufundował zamek i kościół w Nieświeżu, był podróżnikiem i autorem bestsellerowego pamiętnika z podróży do Ziemi Świętej i Egiptu.

A co robił w Egipcie?

Pojechał do Jerozolimy i Betlejem jako pielgrzym, a przy okazji odwiedził Egipt z czystej ciekawości. Można go uznać za pierwszego w dziejach Rzeczypospolitej egiptologa, bo zakupił niedaleko Gizy kilka mumii i zamierzał je zabrać do Nieświeża. Niestety w drodze powrotnej, kiedy potężna burza uderzyła w statek, prze sądni marynarze uznali, że to klątwa zabranych nieboszczyków, i Radziwiłł musiał wyrzucić mumie za burtę.

Sierotka był człowiekiem ciekawym życia, świetnie na tamte czasy wykształconym. Nienawidził wojny i nie lubił polityki, ale kiedy zaszła potrzeba, włączał się w życie publiczne. Gdy wróg zagrażał ojczyźnie, wkładał zbroję i gotów był umrzeć za swój kraj. Został pochowany w kościele w Nieświeżu; w tamtejszej krypcie znajduje się ponad siedemdziesiąt sarkofagów Radziwiłłów. Ostatni pochówek miał miejsce w roku 2000.

Był Pan przy tym pochówku?

Nie. Byłem za to pierwszym Radziwiłłem, który odwiedził Nieśwież po drugiej wojnie światowej. Jeździłem tam z nieżyjącą już ciotką Betką, czyli Elżbietą z Radziwiłłów Tomaszewską. Była ona ostatnią osobą, dla której zamek w Nieświeżu był po prostu domem jej ojca, przedostatniego ordynata nieświeskiego. Odwiedzaliśmy razem Nieśwież wiele razy w czasach, kiedy odnawiano zamek.

I jak Was tam witano?

Ciocia witana była na Białorusi jak królowa wracająca z wygnania, choć czasami była dosyć nieprzyjemna dla ludzi odnawiających siedzibę jej ojca i ostro krytykowała ich za różne niedociągnięcia. Była barwną postacią i chyba nigdy nie pracowała zawodowo. Ona i jej drugi mąż Jan Tomaszewski żyli z wyprzedaży majątku. Jego rodzina wyprzedawała nieruchomości odziedziczone w Portugalii, a ona wyzbywała się radziwiłłowskich skarbów, które ostatni car oddał Radziwiłłom na przełomie wieku XIX i XX. Większość życia spędziła na Zachodzie i uważała nas, Radziwiłłów wychowanych w PRL-u, za ludzi bezużytecznych.

W jakim sensie?

Jej zdaniem nie rozumieliśmy, że nasza rodzina stworzona jest do władzy. Tymczasem my, tacy skromni, ciągle kogoś prosimy o coś albo przepraszamy za coś, zamiast rozkazywać i rządzić.

To jak się Pan dogadywał z ciotką?

Ciotka lubiła ze mną rozmawiać, bo w wieku stu lat nie ma się już rówieśników, a ja byłem jedną z niewielu osób z rodziny, które sporo wiedziały o tych, którzy odeszli kilkadziesiąt lat wcześniej, mimo że sam ich nie znałem.

Pewnego razu pojechaliśmy na Białoruś samochodem. Był straszny upał, na granicy czekaliśmy kilka godzin. Bałem się, że niemal stuletnia dama umrze z gorąca, więc poszedłem do biało ruskich pograniczników i powiedziałem, że mam w samochodzie ciotkę, która jest o dwa tygodnie młodsza od Wielkiej Rewolucji Październikowej. Pogranicznicy spojrzeli w paszport cioci i od razu nas przepuścili.

Pańska ciotka dożyła setki?

Dożyła stu czterech lat.

Innym razem pojechaliśmy do Miru, gdzie znajduje się zamek Radziwiłłowski i kościół ufundowany przez Mikołaja Sierotkę. Podjeżdżamy, miejscowi katolicy witają nas chlebem i solą. Jakaś stremowana pani mówi: „Witamy książąt Radziwiłłów na naszej ziemi”. Na to moja ciotka ostrym głosem: „Jakiej waszej ziemi? To nasza ziemia”.

Co Pan wtedy poczuł?

Jako Radziwiłł wychowany w PRL-u poczułem potworny wstyd. A ciocia najpewniej wstydziła się, że ma takiego nieudacznego kuzyna.

Rozumiem, że Pańska ciotka używała tytułu książęcego?

Oczywiście. W liberalnych krajach Zachodu, w które wpatrzeni są nasi progresiści, używanie arystokratycznych tytułów wciąż jest normą; w Niemczech tytuł jest wręcz częścią nazwiska.

W Polsce tytuły arystokratyczne zniesiono w 1921 roku.

Nie tyle tytuły, ile raczej obowiązek ich stosowania. Później, w PRL-u, arystokratę nazywano w prasie księciem czy hrabią tylko wtedy, gdy był cudzoziemcem lub mieszkał na Zachodzie albo zaplątał się w jakiś skandal. Przy okazji słynnej transakcji sprzedaży kolekcji Czartoryskich przed kilkoma laty minister Piotr Gliński tytułował księciem Adama Czartoryskiego, ale do mnie i Jana Lubomirskiego zwracał się per pan. Żartowaliśmy, że skoro PiS jest raczej antyniemiecki, to może pan minister nie uznaje tytułów Świętego Cesarstwa Rzymskiego, a jedynie dynastyczne tytuły litewskie.

Przy tym Adam Czartoryski jest Hiszpanem, czy tak?

Tak, mieszka w Hiszpanii od urodzenia. Ale jego ojciec był Polakiem.

Zachowanie ministra Glińskiego było nawet zabawne, bo potwierdzało regułę, o której wspomniałem.

Z czego to wynika? To jakieś peerelowskie zaszłości?

Nie. Moim zdaniem niechęć Polaków do arystokracji ma znacz nie głębsze korzenie. To zadawniony resentyment postszlacheckiej inteligencji w stosunku do arystokracji, który zaczął się w pierwszej połowie XIX wieku i nasilił po powstaniu styczniowym 1863 1864 roku.

Bo ci pierwsi wtedy strasznie zbiednieli, a drudzy kolaborowali?

Może nie kolaborowali, tylko po prostu uważali, że powstanie nie ma sensu. Nie każda funkcja w strukturach władzy państw zaborczych uważana była za kolaborację. Wielu ludzi sądziło, że poprzez legalne działania więcej można zrobić dla polskości, niż knując spiski i przygotowując kolejne powstania. Oczywiście byli też arystokraci, którzy mimo wszystko wzięli udział w powstaniu 1863 roku. O ile jednak w powstaniu listopadowym uczestniczyli ludzie o naj ważniejszych nazwiskach (i nierzadko w wyniku późniejszych re presji carskich utracili gigantyczne majątki), to powstanie styczniowe rzeczywiście było dziełem drobnej szlachty i postszlacheckiej inteligencji.

Do pogłębienia resentymentu przyczyniło się także to, że zaraz po rozbiorach powstały heroldie. Były to urzędy prowadzące rejestr szlachty i pilnujące, by nikt nie używał bezpodstawnie tytu łów arystokratycznych. Od tej pory to biurokraci decydowali o tym, czy ktoś rzeczywiście ma tytuł szlachecki. W dawnej Rzeczypospolitej takiego urzędu nie było, więc często dochodziło do oszustw, podszywania się pod rodziny szlacheckie przez osoby, które dorobiły się pieniędzy, ale pochodziły z klas niższych albo z drobnej szlachty, jak przodkowie prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Naprawdę?

Tak. Była to wprawdzie rodzina szlachecka, ale nie miała nic wspólnego z Komorowskimi herbu Korczak, mieli inny herb. Przodkowie pana prezydenta zmienili sobie herb, żeby się pod tę bogatszą rodzinę, mówiąc kolokwialnie, podczepić. Samowolne nadawanie herbu własnej rodzinie lub równie samowolna zmiana herbu nie należały do rzadkości. W pierwszej Rzeczpospolitej nikt tego nie pilnował.

Ale była przecież Liber Chamorum, czyli Księga chamów?

To popularna nazwa. Tak naprawdę to była Liber generationis ple beanorum, czyli Księga rodów plebejuszy. Siedemnastowieczny wykaz setek, jeśli nie tysięcy rodzin szlacheckich wątpliwego po chodzenia. Autor księgi, Walerian Nekanda-Trepka, starał się je zdemaskować.

Pierwsza polska lustracja?

Jak ta z roku 1992 – nieudana, ponieważ stan szlachecki był strukturą sieciową. Nie mamy szczęścia do lustracji.

Co to znaczy sieciową?

Że jak ktoś był bogaty i kupił sobie kontusz, ładne buty i sygnet, to po jakimś czasie uchodził już za szlachcica, czyli w praktyce się nim stawał. Czasami takie działania spotykały się ze sprzeciwem, bywały wyśmiewane, ale na ogół przechodzono nad tym do po rządku dziennego, zwłaszcza wtedy, gdy samowoli dopuszczał się ktoś, kto miał mocną pozycję. Z czasem zapominano o pochodzeniu wątpliwego szlachcica i w kolejnych pokoleniach nikt już nie wracał do tematu.

Podobnie bywało z tytułami. Zdarzało się, że tytuł hrabiowski otrzymała tylko jedna gałąź rodziny lub tylko jeden jej przedstawiciel i wtedy z reguły najstarszy syn mógł dziedziczyć tytuł, ale dopiero po śmierci ojca. W takich rodzinach tytułu używali z reguły wszyscy, chociaż nie mieli do tego prawa. W praktyce często tytułowano osoby nieuprawnione, nie wchodząc w szczegóły, kto ma prawo przedstawiać się jako hrabia.

A kto miał takie prawo? Jak liczna to była grupa?

W Polsce było sporo ponad dwieście rodzin, które otrzymały taki czy inny tytuł, przeważnie hrabiowski. Jest wiele anegdot na temat pozyskiwania tytułów, które w wieku XIX można było po prostu kupić. Podobno pewien szlachcic wysłał swojego rządcę do Rzymu, by ten załatwił mu tytuł hrabiowski. Rządca wysłał telegram o na stępującej treści: „Panie Hrabio, tytuł załatwiony. Było tanio, więc dla siebie też wziąłem”. Wynika z tego jasno, że tytuł hrabiowski nie jest żadnym dowodem, że ktoś pochodzi z rodziny arystokratycznej.

Inny sposób zdobywania tytułu polegał na tym, że wysyłało się korespondencję do kancelarii jednego z zaborczych cesarzy i pod pisywano list z użyciem tytułu hrabiowskiego. Urzędnik kancelarii zwykle nie sprawdzał, czy adresat naprawdę ma prawo do tytułu, i adresował kopertę zwrotną z literkami „hr”. W ten sposób powstawali tak zwani kopertowi hrabiowie.

Z drugiej strony niektóre rodziny magnackie odmawiały przyjmowania tytułów w czasach Rzeczpospolitej. Na przykład Zamoyscy odmówili przyjęcia tytułu książęcego od cesarza.

Dlaczego?

Jan Zamoyski, hetman i kanclerz, cenił równość szlachecką. Potem jednak rodzina przyjęła tytuł hrabiowski. Inna potężna rodzina magnacka ma dosyć wątpliwe prawo do tytułu, ale go używa i nikt tego nie kwestionuje, bo zalicza się do arystokracji.

Tak naprawdę problemy zaczęły się po rozbiorach, gdy trzeba było udowodnić swoje szlachectwo w rosyjskich, pruskich czy au striackich urzędach. Wiele rodzin nie było w stanie tego zrobić; nawet ci, którzy od wieków byli szlachtą.

Prawdziwi szlachcice nie mieli dokumentów, by udowodnić szlachectwo?

Albo pieniędzy – to była kosztowna procedura.

Dzisiaj może się to wydawać śmieszne, ale w tamtych czasach ludzie bardzo boleśnie przeżywali utratę szlachectwa. Często nie mieli wielkich zasobów finansowych i pochodzenie było ich głównym, a często jedynym aktywem w życiu społecznym.

Czyli przeżywali degradację?

Tak. Dzisiaj nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, czym była taka degradacja w społeczeństwie stanowym. Stąd brały się różne mity rodzinne, które trwają czasami do dziś, że niby car skonfi skował jakiś wielki majątek. A tak naprawdę przeważnie żadnego majątku nie było, a jeśli nawet był, to podzielony pomiędzy wielu potomków albo przepuszczony, bo komuś karta nie szła lub nie umiał zarządzać swoimi dobrami.

Wielu ziemian zwyczajnie sobie nie radziło, szczególnie po zniesieniu pańszczyzny i parcelacjach. Nie jest to zjawisko nowe. Dziś też zdarza się, że dzieci, które dziedziczą po ojcu czy matce firmę, szybko doprowadzają ją do upadku. Nie brakuje też utracjuszy i osób, które marnują fortuny przez głupie inwestowanie pieniędzy. Marnowanie fortun nie jest bynajmniej przypadłością szlachty. Jest takie piękne angielskie powiedzenie: „How to make a small fortune? Start with a big one”. Jak zrobić mały mająteczek? Zacząć od wielkiego.

Jest takie zjawisko, które nazywam idioceniem rodzin arystokratycznych. W długim ciągu pokoleń rodziny, opływającej w bogactwo, władzę i prestiż, trudno jest należycie wychowywać dzieci. Niełatwo zaszczepić im motywację i dyscyplinę. To kończy się upadkiem rodu. Nie jest to tylko przypadłość arystokracji. Współcześni milionerzy często już w drugim pokoleniu nie potrafią wy chować dzieci. Zamożnym arystokratom było w pewnym sensie jeszcze trudniej, bo oprócz bogactwa cieszyli się zwykle prestiżem otoczenia i sprawowali władzę. Młody człowiek, któremu wszyscy się kłaniają, a monarcha nadaje jakieś urzędy, ma kłopot z utrzymaniem dyscypliny, motywacji i elementarnej pokory, która jest warunkiem uczenia się. W mojej rodzinie dochodziło do podobnych problemów, co kończyło się upadkiem zamożnej gałęzi rodziny, ale wtedy na scenę wchodziła skromniejsza część rodu, bar dziej zmotywowana i mniej zdemoralizowana.

Zubożali ziemianie zawsze mogli wydać córki za bogatych chłopów czy mieszczan. Pisał o tym Jerzy Stempowski w liście do Marii Dąbrowskiej: „Od pewnego starego ziemianina z okolic Warszawy słyszałem, że w jego powiecie zachowała się wśród ziemiaństwa tylko jedna rodzina szlachecka; wszyscy inni ziemianie są potomkami kupców – głównie rzeźników i masarzy – warszawskich, podszywających się pod szlachtę”. A co z synami szlacheckimi? Oni zostawali na lodzie?

Dlatego pod koniec XIX wieku powstała spora grupa młodych, spauperyzowanych inteligentów, którzy odczuwali silny resentyment wobec arystokracji i zamożnej szlachty. Wielu z nich, chociażby Feliks Dzierżyński czy Józef Piłsudski, przystąpiło do ruchów socjalistycznych. Tacy drobnoszlacheccy inteligenci wręcz dominowali w PPS i nierzadko radykalizowali się coraz bardziej. Później do inteligencji weszły osoby pochodzenia robotniczego czy chłopskiego i przejęły ten sposób myślenia.

Nowi inteligenci weszli w buty starych?

Tak. W jakiejś mierze ten resentyment trwa do dzisiaj, chociaż większość polskiej inteligencji, o ile ona jeszcze w ogóle istnieje, wywodzi się z innych grup społecznych.

I stąd niechęć do używania tytułów?

Tak, aczkolwiek już ze sto lat temu sami arystokraci uważali, że nie wypada posługiwać się tytułem, na przykład podpisując list. Można to zrobić, zwracając się do kogoś, ale nie wobec samego siebie.

Czyli na wizytówce nie ma Pan napisane Książę Maciej Radziwiłł?

Na szczęście nawet mi to do głowy nie przychodzi. Mój ojciec wstałby chyba z grobu, gdybym coś takiego zrobił.


Fot. z kolekcji prywatnej Macieja Radziwiłła

Comments are closed.