Najemnicy – czyli Rafał Gan – Ganowicz w Kongo | część 1

Warto podkreślić, że walki na Ukrainie nie są pierwszym konfliktem, w którym biorą udział dobrze opłacani „ochotnicy” z Polski. Podczas wojny domowej, która wybuchła w rozpadającej się Jugosławii na początku lat 90., XX wieku również brali udział „żołnierze fortuny” znad Wisły. Oprócz nich po stronie państw biorących udział w tym krwawym konflikcie walczyli także członkowie rumuńskiej tajnej policji Securitate[7], a także rosyjscy piloci, którzy latali na serbskich migach i bombardowali pozycje Chorwatów[8]. Zagraniczni „ochotnicy” bili się także po stronie Chorwatów i Bośniaków.

– Czy pośród bośniackich Chorwatów i muzułmanów są obcy ochotnicy? – zapytałem Avdicia.

– W naszym korpusie jest ich kilkunastu – odparł. – Pochodzą z USA, Kanady i Niemiec. Mówią, że przyjechali bronić sprawiedliwości w Bośni i Hercegowinie. Istotna jest przede wszystkim ich moralna podpora do naszej walki z czetnikami. Przychodzą i odchodzą. Nie zostają długo, ale niektórzy są już z nami od kilku miesięcy[9].

W dalszej części rozmowy pomiędzy Branko Maliciem a Ekremem Avdiciem, ten ostatni zastrzegał, że ochotnicy walczący po stronie bośniackich Chorwatów i muzułmanów otrzymują tylko jedzenie i papierosy oraz niewielką ilość pieniędzy w bośniackich dinarach[10]. Jednakże biorąc pod uwagę, że z usług najemników korzystały wszystkie strony konfliktu, wydaje się bardzo prawdopodobne, że żołnierze fortuny walczyli również pod sztandarem z bośniacką lilijką.

Zniszczenia wojenne w Mostarze. O miasto toczyły się ciężkie walki pomiędzy oddziałami serbskimi, chorwackimi i bośniackimi. Obecnie Mostar znajduje się w granicach Bośni i Hercegowiny. Fot. Wikipedia Commons.
Zniszczenia wojenne w Mostarze. O miasto toczyły się ciężkie walki pomiędzy oddziałami serbskimi, chorwackimi i bośniackimi. Obecnie Mostar znajduje się w granicach Bośni i Hercegowiny. Fot. Wikipedia Commons.

Otwarcie do korzystania z usług najemnych „dobrowolców” przyznawali się Chorwaci. W tekście o wymownym tytule „Kiedy trafi mnie czetnik…”, Branko Malić przedstawił historię Vinskisa Kesutisa, Litwina z Kowna oraz Stephena Gaunta, mieszkającego w angielskim Leeds[11]. Obaj wspomniani przez B. Malicia żołnierze uzasadniają swój udział w walkach przeciwko Serbom względami ideologicznymi, jednakże wydaje się mało prawdopodobne, aby mieszkańcy Kowna i Leeds porzucali swoje dotychczasowe miejsca zamieszkania tylko i wyłącznie z pobudek ideologicznych i ruszali walczyć o niepodległą Chorwację. Jednocześnie autor artykułu wspomina o informacjach z prasy serbskiej, która informowała, że po stronie chorwackiej walczą najemnicy, którzy otrzymują od 1200 do 1500 marek niemieckich za miesiąc służby[12]. Biorąc pod uwagę wyraźną niechęć B. Malicia do Serbów można uznać, że przytoczone przez niego świadectwa były nieco upiększone lub tak zredagowane, by odsunąć od Chorwatów wszelkie podejrzenia dotyczące zatrudniania najemników.

W 1991 r. w Krakowie pojawiły się afisze wzywające do zaciągania się do wojska chorwackiego. O całej sprawie szeroko pisała krakowska prasa. Autorzy rozwieszanego na krakowskich murach afiszu widzieli w walce o niepodległość Chorwacji kolejny etap rozprawy z komunizmem[13]. Odpowiedzialnymi za całe zamieszanie okazali się informatyk Krzysztof Kopeć i mechanik Wojciech Polaczek, którzy po krótkim zainteresowaniu ze strony ogólnopolskich mediów nagle znaleźli się na celowniku Urzędu Ochrony Państwa[14].

Inny ochotnik do walki w Chorwacji, niejaki Mariusz B. spędził tam kilka tygodni, po czym zrezygnował z dalszego udziału w konflikcie i z pomocą ambasady RP w Zagrzebiu powrócił do Polski. Otrzymane na podróż pieniądze ukradli mu „jacyś Węgrzy”, a on sam, gdy znalazł się w kraju, chętnie utrzymywał kontakty z krakowskim radiem RMF. Po udzieleniu wywiadu dla jednego z krakowskich tygodników nawiązali z nim kontakt K. Kopeć i W. Polaczek, którzy przekonali go, aby wrócił do Chorwacji, gdzie miał tworzyć Legion Polski[15]. Po zakończeniu wojny „legion” miał powrócić do Polski i najoględniej mówiąc zrobić w kraju porządek. Sprawa znalazła finał w sądzie, padły wyroki uniewinniające, zaś w prasie pojawiły się szerokie informacje na ten temat. Jednym z dziennikarzy próbujących w nieco prześmiewczy sposób podsumować krakowskie wydarzenia był Tomasz Ordyk, redaktor czasopisma „Komandos”:

Chłopcy spiskowali aż miło. Wydawali oświadczenia dla prasy, 3 maja zorganizowali wiec na Rynku Głównym, na który przyszli koledzy i jeszcze paru kolegów kolegów. Na apele do walki o „wolność naszą i waszą” przechodnie reagowali obojętnie, obeszło się nawet bez zadymy. Cała tak dobrze zapowiadająca się kampania nie wyszła dalej niż poza deklaracje i oświadczenia. Chętnych do walki o prawdziwą wolność Bałkanów brakowało. Jeżeli ktoś się tym zainteresował pytał o pieniądze i tu odpowiedzi były wymijające, a Krzysztof Kopeć stwierdzał niejednokrotnie, że w imię walki z komunizmem trzeba walczyć za darmo. Frajerów nie znalazł[16].

One Comment

  1. Дотации на СМИ в России упадут на
    40 процентов.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*